28.10.2018

Wywiadówka: Weronika Rosati

Z miejsca mi mówi, że wszyscy pytają ją o dziecko i że … uwielbia to! Jej 10-miesięczna córeczka jest z nami: najpierw śpi w wózku, potem przechodzi z jej kolan na kolana naszej fotografki, z jej rąk do moich rąk. Eli jest bardzo otwarta i cudownie radosna. Dodatkowo jest świetnym kompanem do lunchu i rozmowy. Gołym okiem widać, że daje Weronice dużo szczęścia. I spokoju. Drugiej tak spokojnej mamy nie znam!

Jak zareagowałaś, kiedy dowiedziałaś się, że będziesz mamą?

Bardzo się starałam, żeby nią zostać, więc to nie było zaskoczenie. Byłam na to przygotowana nie tylko emocjonalnie, ale również merytorycznie. Choć teraz już wiem, że do macierzyństwa przygotować się nie można. Wydaje ci się, że jesteś gotowa, a potem i tak wszystko jest zaskoczeniem. Moment, kiedy potwierdziło się, że będę mamą, był ogromnym szczęściem, bo to od lat było moje największe marzenie.

Kiedy to już się stało, pojawił się jakiś strach?

Jestem ogromnie emocjonalna, więc stresowałam się cały czas. Przez to, że bardzo tego chciałam, strasznie się bałam, że coś może się stać, że mogłyby być jakieś komplikacje. Dla bezpieczeństwa, a przede wszystkim na polecenie lekarza, zrezygnowałam w pewnym momencie z wysiłku fizycznego, ograniczyłam swoją pracę na planie. Końcówkę ciąży przeżyłam śpiąc, odpoczywając, oglądając filmy i chodząc na spacery. To był chyba jedyny tak leniwy okres w moim życiu. Miałam z tego powodu oczywiście wyrzuty sumienia i myślałam: Tak nie może być, muszę się zorganizować, działać.Ale teraz myślę, że to był po prostu taki okres i widocznie był mi potrzebny. Poza tym naprawdę chciałam „przeżyć” tę ciążę, skupić się na niej. Moim głównym zajęciem w ciągu dnia było: wyspać się i pomyśleć, co zjeść dobrego dla dziecka, gdzie iść na spacer, co przeczytać. Różnie się w ciąży czułam, np. w 4 i 5 miesiącu – fatalnie: wyglądałam źle, byłam zmęczona i bardzo mnie wtedy stresowało, że pod nosem cały czas miałam paparazzi. Do 7 miesiąca byłam w Polsce, potem wyjechałam do Stanów, tam ich nie było. Poczułam ulgę, miałam spokój, piękną pogodę. Codziennie jeździłam nad ocean, spędzałam czas na świeżym powietrzu, mogłam cieszyć się ciążą, wychodzić na zewnątrz bez specjalnego przejmowania się, jak wyglądam. W ósmym miesiącu już w nic się nie mieściłam, na spacer z psem wychodziłam w szlafroku, bo tak mi było najwygodniej. Mama zrobiła mi wtedy zdjęcie w uggach, szlafroku, z psem i wielkim bębnem (śmiech). To było dla mnie fajnie, że miałam taką wolność i luz.

Jak wspominasz poród?

Dzięki Bogu, nie mogę narzekać: miałam szybki i łatwy poród. Tzn. łatwy w porównaniu do tego, przez co kobiety czasem przechodzą. Choć tak naprawdę dla mnie on łatwy nie był, bo myślałam, że umrę! Na szczęście szybko poszło: wszystko trwało parę godzin, nie było żadnych komplikacji, malutka była zdrowa, dostała 10 punktów w skali Apgar.

Jakie to były emocje, kiedy zobaczyłaś ją po raz pierwszy?

Nie do opisania! Uczucia nie do określenia…To był najpiękniejszy dzień w moim życiu. Bardzo chciałam mieć dziewczynkę, bardzo! Mój lekarz w pewnym momencie zapewnił mnie co do tego, jednak wszyscy moi bliscy – wszyscy poza moją mamą – czuli i uważali, że to będzie chłopiec. Więc ja cały czas byłam niepewna. Jak ona się urodziła, zapytałam, czy oddycha i czy to dziewczynka? Położyli mi ją na skórze i to był niesamowity moment! To pierwsze spotkanie, poznanie osoby, na którą się czeka całe życie, to było coś!

Od razu poczułaś między Wami więź?

Miałyśmy tę więź i kontakt od samego początku. Cały czas z nią rozmawiałam, puszczałam jej muzykę, opowiadałam o wszystkim, co się dzieje, co robię. Jak się urodziła, to poczułam, że ta więź jest jeszcze silniejsza. Czułam, że jest między nami niesamowita chemia, że ją dobrze znam i jednocześnie czuję, że i ona zna mnie dobrze.

Co było najtrudniejsze na początku?

Na początku bałam się wszystkiego – jak ją ubierałam, to lękałam się o to, czy nie połamię jej rączek, potem czy będę mogła karmić, oczywiście bałam się też śmierci łóżeczkowej, więc przez pierwsze 3 miesiące niewiele spałam. Ona spała ze mną, ja leżałam, pilnowałam jej, sprawdzałam, czy oddycha, czy wszystko jest ok.

Miałaś baby bluesa?

Miałam duże wahania hormonalne, ale one nie wiązały się z dzieckiem, ale z innymi rzeczami, które miały miejsce w moim życiu. Pierwsze pół roku życia Eli wiązało się z emocjami, które nie ułatwiały osiągnięcia równowagi emocjonalnej, ale to nie ona była problemem. Wręcz przeciwnie: w niej znajdowałam spokój i ukojenie.

Jaką jesteś mamą?

Otwartą, działającą instynktownie. Traktuję Eli jak moją najbliższą przyjaciółkę, kompana życia, za którego oczywiście jestem odpowiedzialna. Ona jest bardzo ze mną związana, nawet jak jest z nami moja mama, to i tak ona musi być ze mną, przy mnie, na mnie. Mama do mnie mówi: Wiesz co, ja nie pozwalałam Tobie, żebyś spała ze mną w łóżku, jak byłaś mała. My z Eli do dzisiaj śpimy razem, u nas wszystko jest „bardziej”.

Miałaś momenty niemocy, płaczu?

Nie. Jak płakałam to z innych powodów. Nigdy jednak nie czułam się sfrustrowana. Może ze 2 razy miałam tak, że czułam się już bardzo zmęczona.

Po 2 miesiącach w Stanach, przyleciałyście do Polski. Jak Eli zniosła podróż?

Ona ma za sobą 6 oceanicznych podróży, plus jedna do Meksyku, jedna do Londynu, do Gdańska. Samolotem latała już chyba z 20 razy, bez problemów. Wszyscy mnie straszyli, że podróżowanie z dzieckiem to jest dramat, nie jest! My często podczas lotu razem sobie śpimy. Kiedy Eli czuje, że mama jest blisko, wszystko jest ok.

Jaka jest Elizabeth?

To zabrzmi dziwnie, ale jest z niej mała estetka. Potrafi się awanturować, że w śpioszkach  wynoszę ją z domu, a jak ma na sobie sukienkę, to jest przeszczęśliwa. Wąską czapkę zdziera z siebie z impetem, ale luźny kapelusz jest ok. Jak słyszy muzykę, to gaworzy. Lubi też zdjęcia. Jest też bardzo charakterna i wymagająca, potrzebuje atencji i bliskości. Ja ją nazywam w żartach „małą terrorystką”. Bo musi być cały czas być w centrum uwagi, najlepiej na rękach, a to – wiadomo – jest trudne.

Jak Eli Cię zmieniła?

Nigdy nie byłam cierpliwą osobą, Eli to zmieniła. Ale cierpliwość mam tylko do niej, do nikogo i do niczego innego. Moja mama mówi, że jestem też o wiele spokojniejsza. Oczywiście mam i tak, że mówię jej: Myszko, już nie będę Cię huśtać, uspokój się, przestań.Nie jestem cały czas „matka maślane oczy” i zen.

Co Eli ma z Ciebie?

Jest bardzo pogodna, uczuciowa, potrzebuje dużo czułości. Jest też uparta jak osioł. Kocha stare filmy: pierwsza rzecz, na której zawiesiła oko, a potem patrzyła w telewizor jak zauroczona, to był stary film z Kirkiem Douglasem. Bardzo dużo rozmawia, jest kontaktowa, uwielbia ludzi, uwielbia wychodzić, kocha zakupy – wiadomo, że na razie z uwagi na to, że w sklepach zawsze dużo się dzieje i jest masa kolorowych, przykuwających uwagę rzeczy. Gdy ją biorę na zakupy, to jest pełnia szczęścia: uśmiechy do sprzedawców, do ludzi. Jak coś przymierzam, pokazuję się jej w lustrze, jest wniebowzięta. Jesteśmy też bardzo podobne fizycznie: mamy takie same rysy, taką samą drobną budowę.

Eli towarzyszy Ci w pracy?

Tak, wtedy zajmuje się nią moja mama. Połowa czasu spędzonego na planie to jest czekanie na ujęcia, ten czas chcę spędzać z nią. Wciąż karmię, to jest kolejny powód. Teraz jestem na etapie szukania niani, bo nie mogę eksploatować mamy do tego stopnia, żeby ona po 8-10 godzin dziennie siedziała z małą w przyczepie na planie. Poza tym chciałabym też mieć czas na takie rzeczy jak siłownia, spotkania ze znajomymi czy kino. Przez 10 miesięcy jej życia nigdy nie spędziłyśmy dnia ani nocy osobno, zaledwie parę godzin. Wtedy, kiedy zdjęcia były gdzieś na jachcie i niemożliwe było wzięcie jej ze sobą. Po dwóch godzinach już umierałam, bardzo tęskniłam. No ale jak można nie tęsknić za wyrywanymi włosami, uderzaniem zabawką w czoło albo zaplamionymi ciuchami (śmiech)?

Odkąd jesteś mamą  zmieniło się także Twoje podejście do pracy?

Jestem sto razy bardziej zdyscyplinowana. Kiedyś miałam tak, że nie mogłam uczyć się tekstu wieczorem, bo wtedy nic mi nie wchodziło. Teraz robię to o 22.00, skupiam się, każda minuta jest na wagę złota, bo jeszcze trzeba się wyspać, o 5.00 rano wstaję do pracy.

Używasz swoich zdolności aktorskich do rozśmieszania, czytania Eli?

Oczywiście. Ona uwielbia, jak udaję zwierzątka, tańczę, robię śmieszne miny. Jest też niesamowicie mimiczna.

Kiedy Cię wzrusza?

Ostatnio dopadła mnie migrena i ona to wyczuwała, cały czas chciała być przy mnie, przytulała się do mnie. Leżałyśmy razem, miałam na czole okład, a ona wsadziła mi do ust swojego smoczka. Zrozumiała, że coś mnie boli, coś mi dokucza. Ponieważ smoczek ją uspokaja i jej pomaga, to pomyślała, że i mi pomoże. To było bardzo wzruszające.

Co najbardziej lubicie robić razem?

Być razem. Po prostu. Najpiękniejsze jest życie z Eli na co dzień. Ale uwielbiam też moment zasypiania razem, kiedy mogę ją przytulić, kiedy ona wtula się we mnie. Wtedy jest taki spokój…

Jak chcesz ją wychować?

Na dobrego, uczciwego człowieka. Chciałabym, żeby miała świadomość, że w życiu może wszystko, że nic nie jest niemożliwe. Chcę, żeby wierzyła w marzenia, miała marzenia i je realizowała. Chcę ją wychować tak, jak moi rodzice mnie wychowali, żeby nie czuła żadnych ograniczeń, żeby miała świadomość, że jest bardzo kochana, żeby wiedziała, że dla mnie jest najważniejszą osobą na świecie.

Zdjęcia: Aneta Zamielska