01.07.2018

Wywiadówka: Weronika Książkiewicz

Wchodzi do restauracji, uśmiechając się szeroko. Potem, podczas rozmowy okazuje się, że potrafi jeszcze szerzej, najszerzej i najszczerzej: kiedy opowiada o swoim 8-letnim synku, Borysie. Wtedy też w jej oczach pojawia się coś jakby wzruszenie. Piękny to jest widok.

Twoje najmocniejsze wspomnienie z początków macierzyństwa?

Poród i wielka radość, wręcz euforia, kiedy w końcu po trudach i mękach udało mi się wydać syna na świat. Adrenalina sprawiała, że na początku robiłam bardzo dużo ponad siły, następnie przyszło wielkie zmęczenie – skutek nieprzespanych nocy. Dużo we mnie było też strachu.

Czego się bałaś?

Strach towarzyszył mi od początku: w ciąży zastanawiałam się, czy na pewno wszystko jest dobrze, potem martwiłam, czy synek urodzi się zdrowy, następnie: kolki, ząbkowanie…Borys płakał, ja nie wiedziałam dlaczego, nie wiedziałam, jak mu pomóc. W ogóle nieźle dawał czadu: mało spał za dnia, nie spał w nocy, to był ciężki czas. Mój lęk był chorobliwy: cały czas bałam się, że coś mu się stanie. Instalowałam wszystkie możliwe urządzenia kontrolujące i monitorujące oddech, np. maty na bezdech. Na spacerach używałam specjalnego gadżetu montowanego na pieluszce, który też sprawdzał, czy dziecko prawidłowo oddycha. Od początku byłam mamą zestresowaną, wyjątkowo bojącą się śmierci łóżeczkowej. Nawet jak on spał, ja się budziłam i sprawdzałam, czy oddycha. Bałam się, jak szedł do przedszkola, czy się tam zaaklimatyzuje. Jego smutne oczka na mnie patrzyły i mówiły, że nie chcą zostawać, bardzo to przeżyłam. Miałam ochotę przebrać się za jakiś krzak albo drzewo, być niedaleko, patrzeć przez okno (śmiech). Później była szkoła i obawa, czy dzieci go polubią, czy się będzie dobrze uczył? Za chwilę pewnie będę się stresowała, czy trafi na dobrą dziewczynę, czy się dostanie na studia, czy będzie sobie radził z nauką? Macierzyństwo to ciągły strach, bo chce się dla swojego dziecka jak najlepiej, najzdrowiej, żeby miało jak najfajniejsze życie. Lęk towarzyszy mi stale.

Jest coś, co koi te lęki?

Momenty, kiedy on mnie wzrusza, takie chwile tylko dla nas. Jego pierwsze słowa, to, jak mnie obcałowuje albo prosi: Mamo…Przytul, i wtula się we mnie. Albo kiedy prowadzę go do szkoły, a On mi mówi: Nie idź dalej, mamo. Ja na to: Daj mi buzi. A on: Nie, nie ruszaj się. Ja  już dalej idę sam. Już chce być taki dorosły.

Co Borys ma z Ciebie?

Jesteśmy fizycznie bardzo podobni.

Czyli jest przystojny?

Jest. Ale nie mówię mu tego. Mówię tylko, że jest mądry. Poczucie humoru też mamy podobne. Takie trochę abstrakcyjne, co jest rzadkie u chłopców w jego wieku. Uwielbiam jego żarty sytuacyjne. Ostatnio było mi smutno, w domu pociekły mi łzy. On pyta, dlaczego płaczę. Ja na to, że nie płaczę, tylko coś mi do oka wpadło. A on: Yhymmnnnn… i nuci: Trudne sprawy. Także podsumował mnie, wszystko wiedział.

Czym się różnicie?

On jest porządny, poukładany, nienawidzi się spóźniać. Ja też tego nie lubię, ale on rzeczywiście się nie spóźnia, u mnie z tym różnie bywa. Jest taki terror, żebyśmy punktualnie wyjechali do szkoły, że jak coś idzie nie tak, to on wpada w panikę, zdarzają się nawet histerie, on nie może się spóźnić i koniec.

Borysa wychowywałaś sama, bez pomocy jego taty. Miałaś takie myśli, że musisz podwójnie się starać albo kochać?

Rzeczywiście starałam się mu dawać więcej niż powinnam. W efekcie strasznie go rozpuściłam. Kiedy zauważyłam, że to idzie w złym kierunku, poszłam po poradę do psychoterapeuty.

Co Cię niepokoiło, jak Borys się zachowywał?

Miał momenty bardzo złego zachowania, wszystko wymuszał, był niegrzeczny, wpadał w histerię. Nie było to częste, ale tak nasilone, że wtedy miałam ochotę wbić zęby w ścianę, żeby nie powiedzieć czegoś, czego będę żałowała. Poszłam więc po pomoc. Trafiłam do cudownej Pani, która wytłumaczyła mi, że dziecko nie jest niczemu winne, wszystkiemu winni są rodzice. Nie musiałam więc zabierać Borysa na te spotkania. Ona przekazała mi kilka rad: co robić, czego unikać. Niesamowite, jak to zadziałało.

Jakie to były rady?

Przede wszystkim konsekwencja! Kiedy dziecko coś źle zrobi, mówimy, że ma iść do swojego pokoju, przemyśleć swoje zachowanie. Dziecko idzie na 3 minuty i za chwilę wraca: Mamusiu, ja cię tak kocham. Przepraszam. W takich sytuacjach wcześniej, mówiłam: Borysku, ja też, ale proszę, nie rób tak więcej. I to był błąd. Dziecko musi odczuć, że to nie ono wychodzi z inicjatywą pojednania, ale to my mu dajemy na to zgodę. Więc jak on przychodził i mówił: Ja Cię tak kocham, mamuniu. To ja z wewnętrznym bólem serca mówiłam: Też Cię bardzo kocham, ale zrobiłeś źle i ja nadal nie chcę z tobą rozmawiać. Idź do siebie. Po pewnym czasie pytałam go: Co chcesz mi powiedzieć? I rozmawialiśmy. Dzięki temu dziecko zapamiętuje, że nie jest władne i wszechmogące, że decydujący jest rodzic. Chłopcy szczególnie lubią mieć wyznaczone granice, czują się wtedy bezpiecznie.

Borys przychodzi do Ciebie z problemami, zwierza Ci się?

Dzieci są złośliwe, on sam czasem dla dzieci taki jest. Jak mu dokuczały za bardzo, prosił mnie, żeby interweniować. Na początku działałam, ale potem stwierdziłam, że to nie jest dobry pomysł, dzieci same muszą nauczyć się rozwiązywania konfliktów, ewentualnie z pomocą wychowawczyni. Dzwonienie do innych rodziców nie uważam już za rozwiązanie.

A ma już swoje miłosne sprawy?

On nie lubi dziewczyn, dziewczyny go denerwują (śmiech).To jeszcze nie jest ten etap. Jak jakaś poświęca mu za dużo uwagi, chodzi za nim, to on się bardzo denerwuje.

Kiedy byłaś z niego najbardziej dumna?

Jak zdawał egzaminy do szkoły podstawowej. Patrzyłam na niego, podglądałam przez małe okienko, myśląc sobie: Boże, biedne małe dziecko. Ale jak zobaczyłam , że siedzi grzecznie i ze spokojem przegląda stos kartek do wypełnienia, pomyślałam: Jaki mądry chłopiec.

Co najbardziej lubicie robić razem?

Lubimy oglądać filmy. Borys w bardzo młodym wieku zainteresował się „Gwiezdnymi wojnami”, obejrzeliśmy wszystkie części z analizą scen i postaci i tłumaczeniem, że nikomu tam nie dzieje się krzywda. W tej chwili on ma ogromną wiedzę na ten temat, zna wszystkie postaci, nawet te, które pojawiają się choćby na moment i nie mają mówionych scen. Niestety przedmioty szkolne tak go nie interesują (śmiech).

Borys wie, że jesteś rozpoznawalna?

On trochę  w tym wyrastał, to działo się na jego oczach. Na początku bardzo się denerwował. Kiedy ktoś podchodził i chciał sobie ze mną zrobić zdjęcie, on protestował: Mamo, nie rób! Był zazdrosny. Teraz widzę, że do tego przywykł i nie ma już z tym problemu. Miałam taką sytuację, że jechaliśmy razem autem, on siedział z tyłu, ja odebrałam telefon na głośniku. Zadzwoniła Pani z gazety z propozycją naszej wspólnej okładki. Odmówiłam. Jak on to usłyszał, była  niezła afera! Że on chce być na okładce (śmiech).

Twoje podejście do pracy zmieniło się od kiedy jesteś mamą?

Nauczyłam się w pracy odpoczywać, okazała się ona jeszcze bardziej przyjemna i lżejsza niż wydawało mi się wcześniej.

Co Ci dało macierzyństwo?

Myślę, że się uspokoiłam. Miałam w  sobie dużo cech egoistycznych, narodziny dziecka zmieniły to we mnie, postawiły mnie do pionu. Wszystko nagle przestało skupiać się wokół mnie, stało się podporządkowane jemu. Nie ma już: ja ja ja ja, jest: Mamo, daj (śmiech).

Zdjęcia: Aneta Zamielska