16.06.2019

Wywiadówka: Szymon Majewski

Ta „Wywiadówka” jest wyjątkowa, bo z ojcem dorosłych już dzieci, który jest nimi tak przejęty, jakby tatą został wczoraj. Mówi o nich bardzo na serio i ostrożnie. Po tym wywiadzie myślę sobie: Co ja tam wiem o rodzicielstwie! Nic nie wiem. Ale jednocześnie też myślę: Dzięki tej rozmowie wiem więcej. Dziękuję Ci Szymon.

Twoje ojcostwo nie było zaplanowane. Kiedy dowiedziałeś się o tym, że zostaniesz ojcem, miałeś jakieś wątpliwości albo obawy?

Tak, straszne! Byłem wtedy uskrzydlony, ale też pełen lęku, tym bardziej, że ja cierpię na nadodpowiedzialność. Pewnie wynika to z tego, że małżeństwo moich rodziców trwało dosyć krótko, nie przetrwało, tak jak i małżeństwo rodziców mojej żony. Więc dla nas, młodych był to ciężar i problem, nie mieliśmy pełnej rodziny, byliśmy naznaczeni niepewnością i w pewnym stresie. Zadawaliśmy sobie pytania: Czy podołamy? Ale myślę, że to akurat pytanie zadaje sobie każdy rodzic, bo nagle dostaje taki skarb i musi dać radę. Dużo jest też schematów matki, ojca, wątpliwości, jak podzielić te obowiązki. Ja wtedy byłem na haju w związku z tym, że za chwilę miałem zostać rodzicem, ale też w szale pracy: to były początki Radia Zet, początki mojej ścieżki zawodowej, strasznie dawno temu, coś się zaczynało, działo, coś się udawało: najpierw radio, potem telewizja. Ale pamiętam, że to były dwie najwspanialsze informacje, jakie w życiu dostałem, właściwie jedna po drugiej, bo to dosyć szybko się wszystko wydarzyło: 1,5 roku różnicy między dziećmi. Typowa sytuacja, kiedy ludziom się wydaje, że jak pierwsza ciąża była zaskakująca, to już drugiej nie będzie, no bo tak nie powinno być, że znowu będziemy niewyspani. Nam się wydawało, że jesteśmy zaimpregnowani na najbliższy czas. Towarzyszyły nam lęki, jak wszystkim: lęki ekonomiczne, bo mieszkanie na Ursynowie wynajęte, dwa pokoje, 32 metry. Potem już nasze własne mieszkanie, ale pralki, lodówki pożyczone, przeprowadzki, koledzy pomagają, przyjaciele, żadne jakieś firmy, mała winda, coś się nie mieści, ktoś się zaklinował, ktoś się przestraszył, że z tym nie przejdziemy…Wszystko wtedy takie było: śluby – szampan sowietskoje igristoje, pół godziny w pałacu ślubów, pełno znajomych, Magda oczywiście w ciąży już od 3 miesięcy, podróż poślubna na 3 dni do Zakopanego, tego typu historie.

Jak sobie radziłeś na samym początku z obowiązkami rodzicielskimi?

Miałem 26-27 lat, jak urodziła się Zosia, potem 28, jak urodził się Antek. Od początku byłem włączony w sprawę, od początku byłem ojcem świadomym. Byłem przy porodzie, co było wtedy bardzo rzadkie, to były pierwsze w Polsce porody rodzinne, trzeba było na to mieć zgodę (nie wiem kogo). Pamiętam duże zdziwienie, wielu mnie wtedy za to krytykowało. Znajomi nam zarzucali, że to jest ryzykowne, ale też, że to jakaś dziwna moda, co my mamy w głowach? Ta moja, nasza decyzja, że będę przy Magdzie, była odbierana jako rewolucyjna, schemat był jednak inny: mama rodzi, a ojciec idzie w długą z kolegami, wraca po 3 dniach i podnosi rozradowany pierworodnego do góry. A ja się śmiałem, że skoro byłem przy zapłodnieniu, to też przy porodzie powinienem być. Bardzo nam to odpowiadało: szkoła rodzenia, zajęcia i wspólny poród. Dla mnie bycie rodzicem to niesamowita przygoda, ale jednocześnie trudność połączenia go z pracą. To jest chyba cecha mojego bycia ojcem: próbuję być dla pracy, która zaprząta moją głowę, wciąga i ściąga ze mnie duży haracz, haracz nieobecności: muszę być dla niej, a jednocześnie chcę być dla dzieci. Pamiętam, że jeździłem do radia na dyżury w ciągu dnia po nieprzespanych nocach i zasypiałem w metrze, parę razy przejechałem swoją stację. Najbardziej kryminalną rzeczą było to, że puściłem piosenkę, zasnąłem i się nie obudziłem, jak się skończyła, więc była dziura w eterze. Kończyłem radio, prułem do domu. Po nocy wymyślałem jakieś programy telewizyjne, pisałem je w kuchni albo w toalecie, pracowałem, jak dzieci zasypiały. Byłem ciągle niewyspany, Magda to samo. W tamtym okresie wszyscy mnie rozpoznawali po tym, że – ponieważ cały czas nosiłem Zosię i Antka, którym się ulewało – na ramieniu miałem biały ślad, nie do sprania. Jak patrzę na ten czas to były 3-4 lata wyjęte z życiorysu. Ale jednocześnie cudowny, piękny czas, najwspanialszy w życiu. Jak widzę zdjęcia: nas, naszych dzieci trzymających się za ręce, stojących nad zatoką czy and morzem, to tęsknię trochę za tym czasem. Jak sobie to przypominam, to mam nawet łzy w oczach, bo myślę sobie: Kurczę, to był taki czas nasycenia się sobą, obecnością, dziećmi, bo teraz one są mniej w naszym życiu, wybywają w świat. Przestają chcieć się przytulać, co najwyżej mogę piątkę przybić synowi, córkę przytulić, ale czasami na siłę… Tęsknię za tym kontaktem. Zawsze zazdroszczę, jak widzę młodych ludzi trzymających się za ręce idących z małym dzieciakiem. Ale myślę sobie, że to, co nam się z Magdą fajnego przytrafiło to spełnienie naszego marzenia: kompletnej rodziny – to, czego sami nie mieliśmy. Dla nas to było ważne: stworzyć dzieciom dom. Było nam ciężej, bo ja jako ojciec nie mogłem skorzystać z rad mojego ojca, ponieważ brakowało mi żywiołu ojca. Moje bycie ojcem było naznaczone jego brakiem, więc prawdopodobnie zdarzyło mi się popełnić dużo błędów. 

 Jak w macierzyństwie odnajdywała się Twoja żona?

Magda szalała! Jak jeszcze urodził się Antek to naprawdę był istny szał. Przychodziłem do domu, a ona biedna, wykończona, umęczona, z dwójką. Przez parę miesięcy zajmowała się tylko dziećmi, nie widząc się ze znajomymi i przyjaciółmi i – niewiarygodna rzecz – po tych kilku miesiącach poszła na spotkanie z koleżankami i tak gadała, że straciła głos, a moja żona, raczej dużo nie mówi! Ale widocznie miała takie nagromadzenie tematów, że nie mogła przestać. Chciałbym to zobaczyć. Jak oglądam nasze zdjęcia z tego okresu, to widzę ludzi umęczonych. Pamiętam to jako taki nieustannie wykańczający lot. Nagle trafiła nam się dwójka: jedno po drugim. One nocy nie przesypiały: Zosia zasnęła, ale Antek się budził, więc i Zosia się budziła. 

Miałeś do czynienia w tym okresie z burzą hormonów Magdy? 

To wszystko było, ale ja zawsze miałem opcję zrozumienia. Ja jestem specyficzny, jeżeli chodzi o stosunek do kobiet. Jestem feministą, zupełnie zorientowanym na kobiety. Dla mnie te wszystkie historie i żarty, że „Stara w domu daje czadu, idziemy na piwo”: umiem sobie z tym poradzić, obśmiać to, żartem zareagować, ale jestem bardzo prokobieco wychowany, przez mamę i ciocię. Ja jestem babskim królem – tak byłem nazywany w podstawówce – uwielbiam spędzać czas z kobietami. Moje ulubione towarzystwo to przyjaciółki mojej żony. Rzadziej zdarzają mi się spotkania z kolegami przy piwie niż z nimi.

A jakim jesteś ojcem?

Na pewno takim niepotrafiącym postawić granic, dającym sobie wchodzić na głowę z tej całej miłości. Może czasami, może częściej trzeba było powiedzieć „nie”? Jednocześnie takim bardzo zorientowanym na dzieci. I skaczącym między domem a pracą.

Czyli Magda przyjęła rolę złego policjanta?

Tak. Raczej Magda zawsze była od zakazów. Ale ponieważ i jedno, i drugie z nas nie miało pełnych wzorów rodzicielskich, więc to nasze wychowanie było na podstawie tego, co sobie wymyśliliśmy, wyobraziliśmy i co chcieliśmy dać. Ono nie bazowało na wiedzy czy pewności, ale wynikało z serca, potrzeby ciepła i miłości. Myślę sobie, że pewne rzeczy mógłbym zrobić lepiej, np. kwestia szkoły: ona niesie za sobą wiele zagadek i pytań dla rodzica. Teraz po latach uważam, że nasze wybory były złymi wyborami, były bez sensu. Jest jakaś taka mania posyłania dzieci do szkół z dobrymi wynikami, a może trzeba było odpuścić i posłać je do normalnych szkół? Nam się wydaje, że tzw. szkoły renomowane to jest to, a często ta giełda wyników nie przekładała się na zrozumienie jednostki. Dziś wolałbym, żeby moje dzieci chodziły do szkoły, gdzie bardziej dzieci rozumieją, gdzie nie ma parcia na lepszą średnią. One mówiły mi potem, że miały do nas trochę żal i pretensje, że ich szkoły nie były takie. Moje dzieci były nietypowe albo właśnie typowe: nadenergetyczne, z pomysłami, trochę takie jak ja. Nie spotkałem wielu sojuszników po drodze, którzy podaliby im rękę. Marzyłbym sobie takie szkolnictwo, gdzie jest bardzo indywidualne podejście do dziecka. Ja zawsze walczyłem o to. Np. Zośka była bardzo dobra z plastyki. Na rozmowach mówiłem: Słuchajcie, nie jest dobra z matematyki, ale doceńcie to, że jest świetna z plastyki. – Teraz Zosia studiuje na ASP, więc nie była najgorsza z tej plastyki. – Waszym zadaniem, drodzy nauczyciele, jest pomóc jej, wzmocnić jej atuty, docenić. Dajcie jej np. gazetkę ścienną do zrobienia. I nagle okazywało się, że nauczyciele proponowali zrobienie gazetki ściennej dziecku, które ma piątkę z matematyki, piątkę z zachowania i piątki z innych przedmiotów, bo było wiadomo, że to dziecko się wyrobi, zrobi kolejny lepszy wynik, liczyła się średnia. Do przedstawień inscenizowanych też brane były te dzieci, które się lepiej uczyły, bo wiadomo było, że się przygotują. A według mnie to była okazja do zaangażowania i zmotywowania tych, którzy radzili sobie gorzej. No ale: to były szkoły prywatne… 

Widziałeś w swoich dzieciach odbicie siebie?

Absolutnie. One nie mogły się skupić, miały problem z koncentracją. Dziś to już by się doszukiwano jakiegoś ADHD, wtedy mówiono: nadenergetyczne, żywe srebro, dziecko nie potrafiące się dostosować do systemu, porządku. Moje dzieci są też dosyć mocno anarchizujące, ja też taki byłem w szkole. Nie mówię tutaj oczywiście o żadnej bandyterce, ale to zawsze były dzieci kontestujące, stale poszukujące, poddające pod wątpliwość. Szkoła była o rysie lewicowym, moje dzieci stawały się bardziej tradycyjne, szkoła o lekkim zarysie chrześcijańskim – i moje dzieci nagle były bardziej lewicowe. Ja też zawsze mam ten problem: Dlaczego mam iść za wszystkimi? Oczywiście wtedy częściej zbiera się po dupie. Moje dzieci też zadawały pytania i w związku z tym pojawiały się pewne problemy. My szliśmy im w sukurs, byliśmy pierwszymi rodzicami, którzy przychodzili na zebrania i ostatnimi, którzy wychodzili. 

A to, że byłeś rozpoznawalny było problemem?

Żeby być sprawiedliwym: myślę, że tak, że to jest obciążające dla dzieci. To, że tatuś jest Ąckim z zębami albo przebrany za kobietę lata w jakimś programie… Moje dzieci miały wtedy ok. 8 lat i inne dzieci się z nich śmiały, nie rozumiejąc, że jestem showmenem, kiedy tańczę przebrany za miss Rosji na armacie. Po latach miałem rozmowy z Zosią i Antkiem i wiem, że był to dla nich duży ciężar. Zaangażowanie się w taki program nie ma granic, ciągnie z ciebie wszystko: ja byłem wtedy ojcem trochę z doskoku, takim marynarzem. Program zaprzątał mi głowę i przez ważny czas życia mojej córki i syna byłem trochę nieobecny.

Po latach mieli o to do Ciebie pretensje?

Mieliśmy rozmowy na te tematy. Trzeba stwierdzić fakt: mnie w tym czasie nie było. Ale też nie wiem, jak by było, gdybym był pracownikiem huty albo korporacji. To był dla mnie czas szaleńczej popularności, ale i goryczy, że nie mogłem być w domu, a jak byłem w domu, to i tak byłem nieobecny. Bo tej pracy nie zostawiasz za sobą, ona jest gdzieś w Tobie, te wszystkie jej napięcia… Próbujesz się w tym jakoś odnaleźć…Może są tacy, którzy mają łatwość poradzenia sobie z tym, ale ja akurat, powiem szczerze, próbowałem, ale nie było to dla mnie proste. Jak nadchodziły wakacje, które przecież miałem dłuższe, to zanim ja wyhamowałem z tą swoją energią i pochłonięciem…Dzieci, poza tym były gdzieś tam na widelcu i za popularność ojca lekko dostawały. To wychowanie, to ich dzieciństwo było inne, bo tata w danym momencie wykonywał pracę, jaką wykonywał. Wciąż ją wykonuję, ale teraz one są bardziej z nią oswojone, wtedy z kolei dojrzewały i na pewno co jakiś czas musiały wysłuchać jakiegoś nieprzyjemnego komentarza na temat ojca, który robił dziwne rzeczy, bo robił dziwne rzeczy. Nasilenie tego i fakt, że one nie miały odporności sprawiały, że to był dla nich ciężki czas. Kto wie, czy po drodze nie spotkały też jakiegoś nauczyciela, który spojrzał na nie inaczej, bo na mnie patrzył z perspektywy lupy telewizora, mając – nie wiem – inne poglądy? Może myślał sobie, że skoro ja jestem facet rozwalający gdzieś tam system, to należałoby to również przypisać moim dzieciom? Nie wiem…

 Ale myślę sobie, że Twoje zdolności i talenty komika też pomagały i były przydatne w wychowaniu dzieci?

Tak, to pewnie będzie fajnym wspomnieniem z ich dzieciństwa i zostanie w ich pamięci, że miały wesołego ojca. Zosia teraz robi pracę dyplomową i jej tematem będą moje bajki, które wymyślałem na poczekaniu, ona będzie je rysowała. Właśnie teraz jestem na etapie przypominania ich sobie, spisywania, odtwarzam właśnie trzecią. One były dosyć nietypowe. Antek też rysował na ich podstawie komiksy, też mu się to przydało, oboje coś z tego mieli. 

Łatwiej wychowuje Ci się syna czy córkę?

Nie wiem… Łatwiej jest mi w kontaktach z kobietami, ale marzyłbym sobie – z racji tego, że u mnie ojca zabrakło – mieć jeszcze lepszy kontakt z moim synem. Ja zawsze nad tą swoją rolą ojca zastanawiałem się bardziej. Są różne rzeczy, nad którymi chciałbym popracować i je poprawić. Myślę też, że syn dla ojca stanowi jakieś wyzwanie, bo gdzieś musi się zmierzyć z postacią ojca.

 Jakim ojcem jesteś dla Antka?

Mój syn za wiele nie mówi, ja z kolei mówię dużo, za dużo – to też jest mój problem. Często jest tak, że zagłuszam innych, ale cały czas nad tym pracuję. Czasem też nie słucham, chciałbym bardziej słuchać.  Z Antkiem, który ma już 23 lata, mamy teraz kilka płaszczyzn porozumienia: m.in. muzykę i piłkę nożną. Lubimy sobie razem obejrzeć mecz albo pójść na koncert.

A z Zosią?

Córka ma podobną energię do mnie. Ona stawia sobie granice, mocne granice niezależności. Wspólnie dyskutujemy, śmiejemy się, oboje lubimy Wyspiańskiego. Mieliśmy ostatnio rozmowę: córka twierdzi, że bitwa pod Grunwaldem to straszny obraz, ja uważam, że nie jest najgorszy. Ja w ogóle cały czas mam z dziećmi dysputy. Mój syn mówi mi np., że strasznie jem, że jem nieestetycznie, że połykam. Nie wiem, może to jest kwestia tego, że byłem wychowywany za komuny, gdzie było ciężko z dostępnością jedzenia, więc jak już mam je na talerzu, to nie mogę uwierzyć, że ono jest? Jem szybko i w ten sposób się nim cieszę? Podobno jem strasznie i to nie jest tylko zdanie mojego syna, ale też mojej żony. 

Co Was wzrusza jako rodzinę?

Nasz 19-letni pies, Lusia! Ale wzruszają nas też podobne filmy, seriale. Mamy zbliżone poczucie humoru, łączy nas fantazja, pamięć mojej mamy, babci. Mamy podobną wrażliwość, z tą różnicą, że ja z moją córką uzewnętrzniamy emocje i uczucia, moja żona i mój syn – mniej, mają energię bardziej wsobną.

Jak wsobna Magda okazuje uczucia?

Magda jest mamą, która okazuje miłość przez gesty, przez kuchnię, poprzez wnętrza. Jest energią do siebie, ale wszytko ogarniającą. Ona cały czas próbuje nas zadziwić, ja czasem mówię do niej: Magda, odpuść już. Wczoraj zrobiła dla mnie i córki obiad wegetariański, bo oboje nie jemy mięsa, a dla Antka – mięsny. Zrobiła nagle pełno potraw! Bo ona tak właśnie pokazuje, że nas kocha.

Co było dla Was, rodziców, najtrudniejsze, kiedy dzieci dorosły: to, że wyfrunęły z gniazda? Tak. To jest trudne. Oczywiście możesz się też tym delektować, bo nagle zaczynasz mieć czas na teatr, kino, na nowo możemy ten czas poświęcić sobie. U nas jednak ta pępowina nie do końca jest odcięta. Jak córka napisze, że wpadnie za godzinę, to jest radość w domu!

Co jest dla Ciebie najpiękniejszego i najtrudniejszego w ojcostwie?

Najwspanialszą rzeczą jest to, że możesz przekazać dziecku swój sposób patrzenia na świat, a najtrudniejsze chyba to, żeby nie przekazać dzieciom swoich lęków. Mnie się wydaje, że chyba nie wszystko mi się w tym temacie udało. Ja cierpię na nadodpowiedzialność, to jest taki lęk o wszystko, lęk o byt, rodzaj nadwrażliwości… Dar skupienia się: tego też nigdy nie miałem, nie mam i nie wiedziałem, jak przekazać. 

Przed Tobą, w perspektywie, rola dziadka, ekscytuje Cię to?

Dla mnie to jest podstawowy temat, czekam, kiedy to się przytrafi. Zastanawiam się, jakim będę dziadkiem: dziadkiem-przyjacielem? Chciałbym na pewno oddać trochę więcej mojego czasu niż wtedy, kiedy praca mnie tak naznaczyła. Ja miałem naprawdę niesamowitego dziadka, który zastępował mi ojca, był idolem mojego dzieciństwa. Ja już niestety nie zawalczę jak on w Powstaniu Warszawskim, ale może zrobię coś innego niesamowitego? Możemy się spotkać za 10-15 lat i pogadać. To może być ciekawe.

Umowa stoi. W takim razie do zobaczenia!

Zdjęcia: Aneta Zamielska