26.08.2018

Wywiadówka: Sonia Bohosiewicz

Na wywiad umawiamy się jakieś 20 sekund. Od razu proponuje dzień, godzinę i miejsce. Sonia to konkretna babka.  

Podczas rozmowy śmiejemy się z fotografką w głos, tak zabawnie opowiada, a potem długo jesteśmy pod wrażeniem tego spotkania. Obie myślimy sobie i mówimy to głośno: Ale to jest kapitalna matka!

Zawsze wiedziałaś, że będziesz mamą?

Ja bardzo, bardzo pragnęłam być mamą. Już w wieku 9 lat wiedziałam, że chcę nią być. Czekałam tylko na odpowiednią osobę, z którą będę miała dziecko, z którą założę rodzinę. Jak zaszłam w ciążę – ale to była radość! To nie były hocki klocki, niby byłam dojrzałą kobietą, miałam 33 lata, a dopadła mnie myśl: Tak marzyłaś, stało się i jest nieodwołalne. Aaaa! To już teraz?!

Miałaś lęki?

Oczywiście wiedziałam, że sobie poradzę, wiedziałam, jaką chcę być mamą. Lęk dotyczył dokładnie nieodwołalności decyzji. Bardzo czegoś chcesz, bardzo, a potem zastanawiasz się nad konsekwencjami. Wiedziałam, że nie ma odwrotu, że nigdy już nie będę miała takiego życia, jak wcześniej. I jak to teraz będzie? – To był mój lęk. Potem, mniej więcej po jednej dobie bycia właścicielką testu ciążowego z dwiema kreseczkami – mam go do dziś – zalała  mnie obezwładniająca miłość i strach zaczął dotyczyć czegoś nowego: zdrowia dziecka. Myślałam, czy to wszystko dobrze przebiega, żyłam od USG do USG, od badania do badania. Kiedy słyszałam, że wszystko jest w porządku, na chwilę czułam ulgę, a potem znowu się martwiłam. Wielokrotnie budziłam się w nocy, bo bałam się o dziecko. Mówiłam do niego: Błagam, porusz się. Kiedy to zrobił, zasypiałam. To były pierwsze momenty, kiedy bałam się o kogoś, zupełnie nie mając nad tym kontroli. Dziś już wiem, że ten lęk będzie mi towarzyszył przez całe życie. Obejrzałam ostatnio wywiad Davida Lettermana z Barackiem Obamą. Cóż to jest za cudny człowiek! Obama powiedział, że posiadanie dzieci to posiadanie serca poza własnym ciałem. Jakie to trafne, tak jest! Dopóki jeszcze są w domu, możesz je chronić, kiedy z niego wychodzą – latają samolotami, jeżdżą autami, są z ludźmi, których nie znasz, masz ochotę mówić: Wróć i siedź tutaj Serce, przecież jesteś jeszcze takie naiwne, bezbronne. Pewnie robisz tysiące głupot, może Ci się tyle stać, a ja nie mam nad tym panowania. Ten strach towarzyszy mi, jak każdemu rodzicowi. Miłość i strach, to zapamiętałam z ciąży. Oczywiście pamiętam również milion kalorii, które przetoczyły się przez mój organizm. Och, jakie to było cudowne! Całe życie się odchudzasz i nagle nie musisz! To było naprawdę duże osiągnięcie, bo przytyłam w pierwszej ciąży 33 kg. Dziwna sytuacja: niby widziałam na wadze, że dobijam do 90 kg, ale specjalnie mnie to nie przejmowało. Mój Paweł śmiał się ze mnie, że niedługo będę ważyła więcej od niego, a chłop ma prawie 2 metry. Niestety okazało się, że nie przygotowuję się do zawodów sumo, to tylko ciąża. Nasz pierwszy Syn – Teodor – jest styczniowy, więc w ciąży chodziłam w puchowej kurtce męża, bo w nic innego się nie mieściłam. Po miesiącu od urodzenia Teodora pojawił się pomysł, żebyśmy poszli do znajomych na imprezę. Tak mnie to strasznie ucieszyło, że wyjdę do ludzi! Ale kiedy spodnie zatrzymały mi się w udach i nie dały wciągnąć dalej, zorientowałam się, gdzie jestem. Naprawdę nie widziałam tego przez ten cały miesiąc. Wciąż miałam dla swojego ciała taką wyrozumiałość ciążową. Ale kiedy po sprawie z jeansami, próbowałam założyć płaszczyk i nie zmieściłam się w barkach – w barkach! Tam nie ma brzucha! – to popłakałam się w przedpokoju. A mój mąż na to: Dlaczego płaczesz? To ubierz tą moją kurtkę granatową, co ją nosiłaś. A ja pomyślałam: To jest tragedia: nie jestem w ciąży, a noszę kurtkę mojego męża. To było straszne. Wtedy rozpoczęła się Wielka Pardubicka powrotu do figury.

Ile trwała?

Spokojnie, powolutku aż do skutku: z 8 miesięcy, ale udało się. Przy Leonardzie, moim drugim synu, przytyłam tylko 13 kilo. Pilnowałam się jak modelka Victoria’s Secret na chwilę przed pokazem. Ale wiesz, to jest taki błąd pierwszych razów – za pierwszym razem idzie się szeroko. Kupujesz te przewijaczki, ręczniczki, termometry do wody, wszystko co się da, przy drugiej –  już wiesz, co jest zbędne. Tak też miałam z ciążą. Na szeroko. Jadłam lody o 1 w nocy. Tak, jadłam lody. Było rozkosznie i cudownie! Do czasu…

Po ciąży było równie rozkosznie i cudownie?

Wraz z cudem narodzin i zobaczeniem twarzy, którą z miejsca bezwarunkowo pokochałam, rozpoczął się nowy etap. Przez 24 godziny nie mogłam zasnąć, cały czas trzymałam Teodora na rękach, gadałam do niego i śpiewałam, i płakałam ze wzruszenia. Po 24 godzinach weszła do mnie pielęgniarka i mówi: Pani Soniu, może by Pani poszła spać? Ja na to: Ale jak? Przecież ja mam dziecko…Ona: Możemy je odłożyć. Ja: Ale gdzie? Ona: Tu jest łóżeczko…Ja: Aha. Nie wiem, co się zadziało w mojej głowie. Mnie się wydawało, że ja z nim muszę być ciągle. Przy Leonardzie czułam się już jak stara wyga. Nacieszyłam się jego obecnością, a kiedy zasnął, powiedziałam: Proszę go zabrać i dać mi tabletkę nasenną. Miałam świadomość, że będę potrzebowała dużo sił. Było inaczej, bo już wiedziałam, z czym to się jeAle przy Teodorze… W dzień, kiedy urodziłam, grała Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Oglądałam ją i płakałam: Biedne dzieci, biedni rodzice, ojej jak już dużo zebrali, ludzie są cudowni… Płakałam ze smutku nad biedą świata i nad hojnością ludzi I ten Owsiak taki cudowny! – co akurat jest prawdą – i  mówiłam sobie: Stop! Przecież to nie jest pierwszy raz, kiedy oglądam Orkiestrę. Dlaczego akurat tym razem tak wyję? Wyczołgałam się z łóżka, poszłam do pielęgniarki i mówię, szlochając: Błagam Panią…A ona spojrzała na moją koszulę: Boże! Jaka piękna laktacja! Ja na to: Nie. Jeszcze nic nie ma. To są łzy. Ona pyta: Ale co się stało? Dlaczego Pani tak płacze? Ja: Wiem, że to wszystko nie jest prawdą. Te zbyt duże emocje…To jest jakaś karuzela, która się we mnie kręci. –  mówiłam to z chlipaniem – Ja bardzo proszę o jakieś tabletki uspokajające, żeby to wszystko powstrzymać. Ja przecież żyję ze wzbudzania i powstrzymywania emocji, a tym razem nic nie mogę zrobić…Na co pielęgniarka: Ja to, co Pani mówi, będę opowiadała wszystkim! Bo kobiety są pewne, że ta karuzela emocjonalna to jest prawda. Rzeczywiście tak jest. Znajdujesz sobie przyczynkę i się zaczyna. Mój mąż spóźnił się do mnie z kwiatami wieczorem 3 minuty. Miał być o 19.00, do 19.03 przeżyłam koszmar: To jest koniec! On nas opuścił. Jesteśmy sami. On o nas zapomniał. To jest straszne! Rozpacz!!! I nagle wchodzi z wielkim bukietem kwiatów i ja płaczę w drugą stronę: On nas kocha! Przywiózł nam kwiaty! Będziemy razem! Niebotyczne szczęście….Niestety takie rzeczy się dzieją z kobietami. Nikt o tym jakoś specjalnie nie mówi, nie przygotowuje na to, że to będzie taka jazda, taka afera we łbie i hormonach. Mówią: będzie cud narodzin! No tak. Był cud, ale wsadzają cię potem, bez ostrzeżenia, na emocjonalny rollercoaster. Ja co 3 sekundy nie wiedziałam, co się dzieje. Byłam niepoczytalna!

Po powrocie do domu było lepiej?

Lepiej, ale pojawiły się nowe orzeszki do zgryzienia. Niby wiedziałam, co muszę zrobić: przewinąć, dać jeść, wykąpać – to nie są skomplikowane rzeczy, to nie jest fizyka kwantowa. Ale jednak niewiarygodnie męczyło mnie to, że ciągle jestem na stand by’u. Moja mama mówiła mi: Jak tylko dziecko zaśnie, Ty też musisz iść spać. Ja na to: Nie. Ja sobie posprzątam, zrobię to, to i to, i dopiero pójdę spać. Na co mama: Nie, bo zrobisz to wszystko i będziesz czekała aż się obudzi, już się nie położysz. I tak rzeczywiście było. Ja nawet, jak już miałam wszystko zrobione i mówiłam: O! Wolny czas, to jednak tego wolnego czasu nie miałam. Niby siedziałam, ale siedziałam w napięciu. Czułam się, jak lokaj na usługach królowej, który jest ciągle pod jej drzwiami w oczekiwaniu, że ona czegoś od niego zachce. Więc na początku to nie było płynne, łagodne macierzyństwo. A kiedy już zaczęłam okiełznywać rzeczywistość, kiedy już moja Królowa Elżbieta zaczęła się stawać moją Elką, a ja w rączych podskokach na dywanie zaczęłam tracić zbędne kilogramy, wtedy nadeszło tsunami: rozpoczęły się kolki. Kto doświadczył, ten współodczuwa. Kto nie doświadczył, nic nie wie i niech się cieszy, że nie wie. Zaczęły się w 3. i trwały do 9. miesiąca jego życia. Po trzydziestej nieprzespanej nocy, zadzwoniłam do lekarza i poprosiłam, żeby powiedział mi, ile najdłużej kolkowało dziecko, z którym miał do czynienia, że chcę znać ten największy wymiar kary. Najwyżej to się skończy wcześniej i dostanę amnestię, ale nie mogę czekać i każdego dnia mieć nadzieję, że to może jest wreszcie ten ostatni. Powiedział, że 2 lata. Ok. Biorę to na klatę. – pomyślałam.

Teodor płakał, nie spał?

Płakał i nie spał. Kolki zaczynały się o 20.00 wieczorem i trwały do 5 rano. Zero snu. Płacz bez przerwy.

Jak sobie z tym radziliście?

Kiedy dziecko płacze drugą godzinę, to masz poczucie bezradności, myślisz, że zaraz wyskoczysz przez okno. To jest tortura, ból. Przeczytaliśmy cały internet, znaliśmy wszystkie kropelki na rynku światowym, kupiliśmy je wszystkie, wszystkie pieluszki na brzuch, espumisanki z Austrii i Czech, metodę na suszarkę, odkurzacz… Zrobiliśmy wszystko, co się dało. Wiedzieliśmy, że dziecko jest zdrowe – i to było dla nas najważniejsze – a kolki musimy przejść. To była kwestia siły i spokoju, ale i bezradność…Najgorsze dla mnie było jednak to, że – kiedy moje dziecko płakało – inni zaczynali pytać: A próbowałaś z suszarką? Może połóż je na brzuszku? A jadłaś kapustę? Dodawałaś dużo soli? Dodawałaś mało soli? Czyli jeszcze sugerowali, że dziecko kolki ma przeze mnie. To mnie najbardziej męczyło. Pamiętam, że zadzwoniłam do mojej mamy i mówię jej: To jest takie koszmarne, jestem już tak zmęczona ludźmi, którzy mi radzą… A ona, jakby nie słysząc tego, co mówię spytała: Ale ten koperek dajesz?

W tym czasie pracowałaś?

Tak. O 5.30 wstawałam, brałam dwa środki przeciwbólowe, bo tak mnie bolała głowa ze zmęczenia, brałam Teodora do nosidełka i szłam z nianią na plan serialu. Pracowałam, on sobie cudownie odsypiał noc, karmiłam go podczas moich przerw i wracaliśmy do domu, gdzie zabawa zaczynała się na nowo. Ale rodzic zniesie wszystko…

Nie bałaś się kolek u Leonarda?

Ja bardzo chciałam mieć kolejne dziecko, między chłopcami jest 3,5 roku różnicy. Kolek bałam się bardzo. To był mój największy lęk. Na szczęście Leonard ich nie miał, tzn. miał raz, jedną, w piątym dniu życia. Jak dostał tej kolki, ja się tak przeraziłam! Na szczęście już się nie powtórzyła.

Jak Teodor zareagował na brata?

Nie było zazdrości, ale naturalna radość i okrzyki: Dzidzia, dzidzia! Dostał od brata piękną zabawkę – tak nam radzono – i pamięta ją do teraz. Chociaż był jeden moment, który zapadł mi w pamięć: mieliśmy włączoną elektroniczną nianię w sypialni i ja, usypiając Leonarda, mówiłam do niego: Synciu, mój synciu. Teodor słysząc to w salonie, powiedział do mojego męża: Mama mnie woła, muszę biecSynciu było zarezerwowane tylko dla niego i nagle musiał się tym podzielić. Ale to była jedyna taka sytuacja, która myślę, że bardziej dotknęła mnie niż jego.

Jesteś mamą na luzie?

Myślę, że jestem odbierana jako mama kompletnie nie stawiająca granic, pozwalająca na wszystko, rozpuszczająca swoje dzieci jak pańskie bicze. Ale to nieprawda. Wiem, że wcale nie trzeba na dziecko krzyczeć, warczeć i być dla niego szakalem, tylko – tak jak to robią sarenki – iść sobie razem na polanę, jak dziecko odbiegnie, to się przekona co tam jest i za chwilę samo przybiegnie z powrotem. W przypadku moich dzieci to się sprawdza, to jest dobry kierunek. One od momentu, kiedy już tylko mogły, bardzo mocno zaznaczały potrzebę decydowania o sobie. Starałam się im dawać jak najwięcej wolności, tyle, ile chciały. Często, jak sprawy u nas w domu stają na ostrzu noża i chcemy im coś rozkazać, to nasz syn reaguje słowami: Ty mi nie rozkazujesz, ja stanowię sam o sobie. Mają to bardzo mocno zakorzenione. Ja bardzo chciałam, żeby tak było, chciałam, żeby byli ludźmi myślącymi. Jeśli chcieli wyjść w sandałach na deszcz, wychodzili w sandałach na deszcz. To oni mieli się zorientować, że to jest głupia decyzja, bo jest im zimno i mokro. Ale kiedy wybiegali na ulicę, następowało święte prawo rodzica: brałam za frak!

Kiedy wkurzasz się na swoje dzieci?

Najbardziej wkurzam się wtedy, kiedy nie respektują moich granic. Pozwalam się im kłócić: Macie swój spór, kłóćcie się. Nie zgadzam się jedynie na przemoc fizyczną, uważam, że to kretyńskie. Ale w sytuacji kiedy np. ja chcę porozmawiać przez telefon, a oni się kłócą: proszę ich raz i drugi, żeby przestali. Kiedy nie przestają, wtedy krzyczę, stawiam granice. Krzyczę , po czym ich przepraszam. Ostatnio Teodor wymyślił hasło wilk. Ono znaczy tyle, że mi zależy, że naprawdę chcę, żeby się uspokoili, to jest mi potrzebne, bo muszę się skupić albo jestem w stresującej sytuacji. Jak jest hasło wilk: wszystkie ręce na pokład. Cisza.

Fajne! Jaki jest Twój największy sukces macierzyński?

Trudno coś wymyślić… Może to, w jaki sposób Teodor potrafi się sam uspokoić. On ma 9 lat. Ostatnio kiedy był zdenerwowany, zamknął się w łazience. Pytam, co się stało, a on: Mamo, jestem zły. Nie na Ciebie. Jestem po prostu zły. Chcę pobyć sam. On umie określić stan, w którym jest i to, czego chce. Puścił sobie muzykę relaksacyjną i ciepłą wodę do wanny, mówił mi, że najchętniej by kopał i gryzł poduszkę. Ja mówiłam: To idź, pokop sobie i pogryź poduszkę. Super jest to, że nie chciałeś się wyżyć na nas. Że sam z sobą chciałeś dojść do ładu. Wiedział, że stan, który się u niego wywołał, nie jest prawdą, a ja wiedziałam, że to efekt naszego podejścia i wychowania. Byłam dumna z niego i z nas.

 

Zdjęcia: Aneta Zamielska