16.12.2018

Wywiadówka: Piotr Kraśko

On jest taki jak w telewizji – podsumowuje nasza fotografka po naszym spotkaniu. Rzeczywiście Piotr jest rzeczowy, mówi spokojnym, wyważonym i ciepłym głosem. Jest bardzo merytoryczny, przygotowany, profesjonalny. Tyle, że wygląda nawet lepiej niż w telewizji. I wygląda na to, że w kwestii rodzicielstwa często zdaje się na żonę, bardzo liczy z jej zdaniem. Wspomina o niej co i rusz, doceniając i komplementując. On jest ojcem, ale nie zapomina, że jest również mężem. I to jest piękne!

 Kiedy stwierdziłeś, że jesteś gotowy na dziecko? Facet to czuje? 

Poczułem, jak dowiedziałem się, że będę ojcem. Myślę, że to bardzo dobrze dla mnie i dla moich dzieci, że mają mnie jako tatę teraz, a nie wcześniej. Przez kilkanaście lat pracy niemal bez przerwy jeździłem po świecie i sytuacja, gdy nagle dowiadujesz się, że następnego dnia wyjeżdżasz z domu nie na tydzień, a na pół roku, a tak się zdarzało, była dla mnie oczywista. Dla ojca trójki dzieci oczywista nie jest. Po raz pierwszy zostałem ojcem mając 36 lat i myślę, że ten moment był dla mnie idealny, bardzo się cieszyłem. Są wspaniali ojcowie, którzy mają lat 20, ale uważam, że ja nie byłbym dobrym ojcem, mając tyle lat. Chociaż nigdy się tego nie dowiem, może gdyby się to wydarzyło i ja bym się wcześniej zmienił? Nic bardziej człowieka nie zmienia niż posiadanie dzieci.

Miałeś jakieś lęki?

Ja się wychowywałem bez ojca, więc miałem w sobie bardzo dużą obawę, która zaskakiwała moją żonę Malinę. Wyobrażałem sobie, że kiedy chłopak, mężczyzna wie, że zostanie ojcem, to przypomina sobie te wszystkie wspaniałe sytuacje, które przeżył z ojcem i myśli sobie: O! To ja teraz będę robił to samo: pójdziemy na rower, będziemy łowić ryby, będziemy grać w piłkę nożną, siatkówkę, razem odrabiać lekcje. Ja takich wspomnień nie miałem, więc nie byłem pewien, czy będę w stanie to wszystko po prostu zrobić po raz pierwszy z dziećmi, a nie powtórzyć z przeszłości. Potem okazało się, że martwienie się tym było kompletnie niepotrzebne. Kiedy Konstanty się urodził, każdego kolejnego dnia uczyłem się tego, co robić, a może to po prostu on mnie uczył? To chyba pani Danuta Wałęsowa powiedziała, że rodzicielstwo to jest bardzo ciekawe doświadczenie, że codziennie czegoś dowiadujemy się o sobie i nie zawsze są to dobre rzeczy. To jest bardzo trafna obserwacja. Codziennie można o coś mieć do siebie żal, że było się za mało cierpliwym, że za bardzo motywowało się do czegoś, a może za mało, może trzeba było odpuścić, a może jednak bardziej przekonywać? To są bardzo trudne doświadczenia każdego dnia. I co najważniejsze: nie ma jednej dobrej metody. Przy trójce dzieci to jest niezwykłe doświadczenie, bo wszystkie dzieci są inne. I to, co działa na najstarszego syna, nie zadziała na naszą córkę i odwrotnie. Nie ma złotego sposobu, trzeba wyczuć, zrozumieć, nauczyć się każdego dziecka inaczej.

Długo uczyłeś się pierwszego syna, Konstantego? Kiedy pojawiła się między Wami więź?

To jest zupełnie inaczej w przypadku kobiety i mężczyzny. Zupełnie inaczej za pierwszym razem, jak się zostaje ojcem, inaczej za drugim i trzecim. Za pierwszym razem dla mnie to była ogromna radość pomieszana z niepewnością, tak przejmujące doświadczenie, że na początku wydawało mi się, że zupełnie nie wiem, co robić. Zajęło mi więcej czasu bycie spokojnym w roli ojca niż Malinie, która była wspaniała od pierwszej chwili. Ona nie była pewna, czy wszystko robi dobrze, ale robiła wszystko idealnie. Ja miałem dużo wątpliwości, czy robię wszystko, tak jak powinienem i słusznie. Uczucie miłości pojawiło się od razu, ale – żeby pewnie się czuć w tej relacji – potrzebowałem więcej czasu. To stało się, jak zaczęliśmy rozmawiać, choćby monosylabami. U kobiet wszystko działa chyba bardziej intuicyjnie, u nas nie.

Byłeś przy porodzie Konstantego?

Nie byłem, pracowałem wtedy w Stanach, Malina miała wyznaczony termin, ja miałem kupiony bilet na kilka dni wcześniej, ale Kostek urodził się jeszcze wcześniej. Dzwoniła do mnie w nocy: Kochanie, jadę, ja rodzę już! Na pewno Ci się wydaje…– powiedziałem, to był środek nocy, ja byłem nieprzytomny. A potem to było niesamowite, jak do mnie zadzwoniła rano i usłyszałem w słuchawce taki nawet nie płacz, ale głośniejszy oddech Konstantego. Usłyszenie tego dźwięku było jednym z najbardziej przejmujących doświadczeń w moim życiu.

Co poczułeś, jak go wziąłeś po raz pierwszy na ręce?

Ogromny lęk, że go wypuszczę z rąk, odpowiedzialność za jego życie w sensie dosłownym i przenośnym. Zastanawiałem się, czy dobrze go trzymam, czy główka nie jest za bardzo odchylona do tyłu… To były tysiące różnych pytań.

2 lata po Konstantym urodził się Aleksander. Szybko. To było wyzwanie?

My od początku chcieliśmy mieć dwoje dzieci, bo sami jesteśmy jedynakami. Wszystko wyszło idealnie, bo dzięki tej niedużej różnicy – Konstanty ma teraz 11 lat, a Aleksander –9 – chłopcy mają wspaniałą relację, są przyjaciółmi. Za to różnica między nimi, a Larą, która ma 2,5 roku, jest tak duża, że budzą się w nich instynkty opiekuńcze. Między sobą zdarza się im pokłócić, ale i tak żyć bez siebie nie mogą. Ona z kolei jest na tyle mała, że przy niej wydorośleli.

Jak przygotowywaliście Kostka na przyjście na świat brata?

To był bardzo ważny moment. Dużo rozmawialiśmy, staraliśmy się poświęcić mu mnóstwo uwagi i czasu, tłumaczyliśmy, że nasza rodzina się powiększy. Poszliśmy z Konstantym do szpitala, żeby odwiedzić Aleksandra i wtedy Kostek dostał od niego traktor, o którym do dzisiaj pamięta. Więc ten brat był ok, bo dał mu traktor. Później pilnowaliśmy, żeby spędzać ze starszym synem jak najwięcej czasu. Trzeba było się czasem rozdzielać, żeby to były wartościowe sytuacje sam na sam, żeby on czuł się najważniejszy.

Przy drugim porodzie byłeś już obecny.

Tak i to było wspaniałe doświadczenie. Siedziałem za Maliną, trzymałem rękę na jej głowie, prawie cały czas rozmawialiśmy. Mi się często zdarza, że w bardzo poważnych sytuacjach dostaję głupawki, więc cały czas żartowałem, co dla lekarzy musiało być chyba raczej nowym doświadczeniem. Malina mówiła, że jakoś tak strasznie jej nie denerwowałem. Trochę tak, ale strasznie nie. Na pewno czułem się wtedy na swoim miejscu.

Jacy są chłopcy?

Zupełnie różni. Jeden z nich jest skrajnym optymistą, nawet jak coś mu się nie będzie udawało, to i tak będzie z siebie zadowolony. A drugi, choćby wszystko wychodziło mu najlepiej na świecie, to zawsze uważa, że mógł to zrobić lepiej. Jak oglądają mecze Polaków i jest 4:1 to uważa, że można by tego piątego gola strzelić, a drugi jak jest 0:0 to myśli, że to super mecz. Jeden z synów uwielbia przytulanie się, a drugi niekoniecznie. Jeden uważa, że ma święte prawo zapisane w Konstytucji, żeby raz na jakiś czas spać z rodzicami, a drugi jak się wyprowadził od nas mając 1,5 roku, to do głowy mu nie przyszło, żeby wrócić.

Jak wspominasz przyjście na świat Lary?

Ja już byłem tak pewny swojej roli, że byłem na granicy pouczania wszystkich wokół, co należy robić. To, że po wszystkim ojciec może potrzymać dziecko na rękach, to jest niezapomniana chwila. Ja do Lary do dziś mówię: Kto Cię pierwszy trzymał na rękach? Kto Cię tak zrozumie jak tata? Ja w ogóle bardzo lubię nosić dzieci na rękach. Wszystkie dzieci wolałem nosić na rękach niż wozić w wózku. Zawsze wspaniały jest dla mnie moment, kiedy dzieci są już ciężkie i mama, i babcia odmawiają noszenia, a tata jeszcze nosi.

Kto kogo namawiał na trzecie dziecko?

Jakoś to tak wyszło spontanicznie. Ale powiem Ci, że mając dwóch chłopaków, przy trzecim dziecku uważaliśmy, że będzie idealnie, jeśli będziemy mieć trzech synów i też wspaniale, jeśli dwóch synów i córkę. Kiedy dowiedziałem się, że to będzie dziewczynka, na początku zacząłem się zastanawiać, czy będę wiedział, co robić. Przy Konstantym nie wiedziałem, co robić z chłopcem, bo ta relacja ojca z synem była dla mnie nieznana, potem z Aleksandrem było już zupełnie inaczej, a z dziewczynką myślałem, że to kolejne zupełnie inne wyzwanie. Oczywiście wszystko się zmieniło, gdy tylko pojawiła się na świecie. Lara od urodzenia wiedziała, co ma zrobić, żeby tata zrobił dokładnie to, czego ona chce. Oczywiście robi to na tyle zręcznie, że mi się chwilami wydaje, że to ja decyduję o tym, co się wydarzy, co oczywiście jest tylko złudzeniem.

 Miłość ojca do córki jest inna?       

Tak. Ja na początku zastanawiałem się, jak to będzie z drugim dzieckiem, jeżeli kochasz swoje pierwsze bezgranicznie? Miłość do pierwszego będzie mniejsza? Przecież dajesz mu 100%. Potem się okazuje, że to jest oczywiste, że wszystkie dzieci kochasz tak samo, kochasz po prostu razy dwa, a potem razy trzy. Każda ta relacja jest inna, bo charakter każdego dziecka jest inny.

Jaką mamą jest Malina?

Malina jako matka budzi we mnie ogromny podziw. Jej tytaniczna praca, nieprawdopodobne pokłady intuicji w sytuacjach, kiedy ja jestem bezradny – to bardzo mi imponuje. Ona doskonale wie, co ma zrobić, jak ma zrobić, kiedy utulić, kiedy nakarmić, kiedy położyć do snu. Ja mogę się tego uczyć, a ona to od razu wiedziała. Często jak widzę długo płaczące dzieci na ulicy, to nie bardzo rozumiem ten fenomen, bo dzieci natychmiast trzeba czymś zająć, zainteresować, odwrócić ich uwagę. Tego nauczyła mnie Malina. Ja staram się ją w tym naśladować i czasem to działa.

Kiedy jesteś stanowczy? Czego zabraniasz?

To są codzienne doświadczenia. Bo ja uważam, że nie ma czegoś takiego jak weekendowe ojcostwo. Według mnie to nie jest ojcostwo. To, że tata weźmie dzieci na weekend i pojedzie na łódkę albo pójdzie do kina, to ma niewielkie znaczenie, tzn. dobrze, że chociaż tyle, ale rodzicielstwo polega na przekonaniu do odrabiania lekcji  albo umycia zębów wtedy, kiedy dzieci w ogóle nie mają na to ochoty, na poradzeniu, kiedy Marcin z 5a dokucza im i oni nie wiedzą, co zrobić, na namówieniu, żeby poszli na biologię, której nie cierpią i zjedli marchewkę i pomidora, za którymi nie przepadają…To jest mnóstwo spraw, które dzieją się codziennie, ileś trudnych decyzji, które musisz podejmować co chwilę. Zawsze łatwiej jest odpuścić, tylko z tego nic nie wynika, do niczego to nie prowadzi. To są codzienne trudne dylematy. Na szczęście z czasem to wszystko jest coraz łatwiejsze.

Co jest dla Was najważniejsze w wychowaniu dzieci?

Najbardziej byśmy chcieli, żeby nasze dzieci były po prostu szczęśliwe. Najtrudniejsze jest zrozumienie, co możemy im dać, co jest im naprawdę potrzebne, a nie co nam się wydaje, że byłoby dla nich dobre. Każdy wybór, jakiego dokonają, będzie dobry. Nie chodzi o to, żeby byli świetni we wszystkim, ale w tym co naprawdę sprawia im radość i może być ich pasją na życie. Warto rozbudzać pasje i wyczuć też, w którym momencie odpuścić, a w którym motywować.

Jakie Wasze dzieci mają pasje?

Piłka nożna, jeździectwo, tenis i skoki narciarskie to są ich miłości. Nasze dzieci wychowują się w bardzo sportowej rodzinie, czego ja sam nie doświadczyłem i im tego zazdroszczę. Konstanty jak miał 2,5 roku, jego dziadek – wielokrotny mistrz Polski w skokach i ujeżdżaniu – powiedział: On jeszcze nie jeździ konno! My na to: Ale on ma 2,5 roku. Na co dziadek: No właśnie! Lara miała 1,5 roku, kiedy pierwszy raz wsiadła na konia. Jak widziała, że bracia jeżdżą, a ona nie, była oburzona. Więc jedna osoba trzymała małego kucyka, druga trzymała Larę i ona tak siedziała z pół godziny na koniku i była przeszczęśliwa. Teraz, kiedy ma 2,5 roku, codziennie potrafi spędzić na koniu dwie godziny, co – dla jej bezpieczeństwa – wymaga zaangażowania paru osób, ale dla niej koniki są najważniejsze na świecie. Cała trójka uwielbia treningi, co jest doskonałe, bo kształtuje może nawet bardziej charakter niż mięśnie.

Kiedy dzieci Cię rozczulają?          

Kiedy np. syn, który nie jest fanem przytulania, nagle przyjdzie i się przytuli, bo widzi, że jestem z jakichś powodów smutny i w ten sposób mnie pociesza. Za to drugi po raz tysięczny wchodzi mi na kolana i to też jest superfajne. Albo Lara, która chodzi na zajęcia baletowe w przedszkolu…Ostatnio mówię do niej: Pokaż mi, jak się tańczy. I ona pokazuje. Innym razem proszę, żeby coś pokazała, a ona na to: Jutro Ci pokażę. I to też jest rozbrajające.

Jak dzieci wpłynęły na Wasz związek?                       

Bardzo. Na pewno jest wiele wspaniałych związków, które nie mają dzieci, ale – z mojej perspektywy patrząc – to jest nie do opisania, jak bardzo posiadanie dzieci wpływa na dwoje ludzi, jak bardzo czyni rodzinę. I to nie jest tak, że te dzieci muszą być cały czas koło nas, z nami, sama świadomość ich istnienia jest budująca. To naprawdę wszystko zmienia na lepsze. Nasze dzieci rozumieją, że czasem chcemy być sami, wyjść na randkę, wypychają nas wtedy z domu: No idźcie sobie już na tę randkę! A z drugiej strony jak odrabiamy jedne lekcje, drugie, ten nie chce zjeść kolacji, ten warzyw, a ten ma ochotę zjeść nutellę i jak wszyscy pójdą spać i jest w domu cisza, to ta cisza tak pięknie brzmi. Gdyby nie było dzieci, brzmienie tej ciszy byłoby niezauważalne. To jest niesamowite.

Ojcostwo zmieniło Ciebie?

Dopóki nie masz dzieci, łatwo jest kogoś pouczać, mówić sobie w myślach: Dlaczego to dziecko płacze, czy nie można go jakoś uspokoić? Potem okazuje się, że to jest czasem najtrudniejsze zadanie świata. Wczoraj wydawało Ci się, że już wszystko wiesz, ale dziś metoda, która skutkowała wczoraj, jest nic nie warta. Ojcostwo uczy dystansu, pokory, zrozumienia. Doświadczenie bycia rodzicem, odpowiadania za kogoś, w sensie dosłownym, utrzymywania kogoś, jest bezcennym doświadczeniem. Według mnie bardzo ryzykownym jest, kiedy ktoś, kto nie ma rodziny, bierze odpowiedzialność za kraj, bo uważam, że jest ogromny obszar życia, o którym nie ma pojęcia, odpowiedzialność, z którą nigdy nie musiał się mierzyć. Ktoś taki nie ma w sobie tej pokory, którą mają Ci, którzy mają rodzinę. Bardzo istotne jest, żeby wracając do domu z pracy, nie uważać, że ta praca jest najważniejsza. Możesz być prezydentem, noblistką, gwiazdą rocka, a w domu jesteś od tego, żeby przeczytać bajkę, pomóc nauczyć się wierszyka czy odrobić zadanie domowe z matematyki i bywa, że jesteś tak samo bezradny w temacie tej matematyki jak każdy. Ktoś, kto tego nie doświadczy, będzie miał w sobie za dużo skłonności do pouczania innych.

Chcesz mieć więcej dzieci?        

Z trójką jesteśmy szczęśliwi, ale był taki moment, jaka Lara miała chyba 1,5 roku i Malina powiedziała: Zobacz, ona jest taka duża, zaraz wyjdzie z domu i zostaniemy sami. Ale na razie jesteśmy zadowoleni, trójka wydaje się być idealna, zwłaszcza organizacyjnie.

Choć domyślam się, że trójka to też nie są przelewki.

Tak. Zwłaszcza wyjazdy na wakacje to jest przedsięwzięcie, bo to jest podróż 5 osób. Jak tylko dowiedziałem się, że będę ojcem po raz trzeci, od razu wiedziałem, że musimy mieć większy samochód – my często podróżujemy z babciami, dziadkami – a więc samochód, gdzie zmieści się 6 albo 7 osób. Kiedy lecimy gdzieś dalej, to już jest kwestia 5 biletów, pokoju na 5 osób, to trochę komplikuje.

Czym jest dla Ciebie ojcostwo?

Nie wiemy, co to lęk, dopóki nie boimy się o własne dzieci, nie boimy się o ich zdrowie. Pierwsza gorączka 39 stopni jest przerażeniem, jakiego wcześniej się nie przeżyło: czy zaraz przejdzie czy już dzwonić po pogotowie? To są czasem chwile ogromnej bezradności. Martwisz się, że ktoś w szkole dokucza Twojemu dziecku, a Ciebie tam nie ma, nie możesz nic zrobić, albo jest smutne, bo ktoś mu coś powiedział. To są dziesiątki dylematów, rozterek, których nigdy bym nie miał, gdybym nie miał dzieci, ale to też zdecydowanie więcej cudownych sytuacji, najpiękniejszych w życiu, jakich nigdy bym nie przeżył bez nich.

Zdjęcia: Aneta Zamielska