15.07.2018

Wywiadówka: Paulina Krupińska

Kiedy pytam o dogodny dla Pauliny termin wywiadu, w słuchawce słyszę: Zapytam, kiedy Sebastian może zostać z dziećmi i wtedy się umówimy. Blisko domu, żebym w razie czego mogła je przejąć. Tak też robimy. O swoich dzieciach, niespełna 3-letniej Antosi i rocznym Jędrku opowiada z pasją, radością i energią. Bardzo dobrze się tego słucha.

Jakie to są sytuacje, że w razie czego trzeba być blisko domu? Kiedy jesteś niezbędna jako mama?

Kiedy dzieci są chore. Akurat dziś jest ten dzień: oboje mają katar i kaszel. Jak już jesteś mamą dwójki dzieci to – sama zobaczysz – już nie jesteś mistrzem logistyki. Kiedy miałam tylko Tosię, zastanawiałam się: co te matki tak narzekają, że nie mają na nic czasu, że prysznic biorą z dzieckiem, o co chodzi? Z jednym dzieckiem było to dla mnie nie do pomyślenia, z dwójką musisz już tak robić. Z jednym dzieckiem wszystko było uporządkowane, z dwójką to jest Armagedon totalny! Planowanie nie ma najmniejszego sensu. Kiedy umawiam się z kimś np. na godz. 12.00, to wiem, że o godz. 11.50 będę musiała zmienić pieluchę, moja sukienka zostanie poważnie zabrudzona albo Tosia akurat będzie chciała iść do toalety. Wtedy jestem skoncentrowana na dzieciach, nic innego już się nie liczy, a na pewno nie spotkanie o 12.00.

Wspomniany Armagedon to kwestia liczby dzieci czy ich charakteru?

Chyba jednak liczby. Bo moje dzieci mimo swojej żywej natury są raczej grzeczne, śpią w nocy, nie miały kolek, ja nie miałam problemów z karmieniem. W obu ciążach postanowiłam zrezygnować z showbiznesu, wyciszyć się. Nie miałam żadnych stresów, problemów zdrowotnych i to – wydaje mi się – miało przełożenie na to, jakie mam dzieci. We mnie był spokój i w nich również jest. Oczywiście są różne przypadłości, na które nie masz wpływu: napięcia mięśniowe, refluks, mnie to jednak na szczęście nie dotyczyło. Z kolei logistyka to zupełnie inna sprawa. To nie jest tak, że masz niespokojne dziecko i nie możesz się zorganizować, to jest po prostu dwoje dzieci. Jedno to jest luz, dwójka – mniejszy luz. Nie wiem, jak będzie z trójką – bo marzę o trójce. Chociaż słyszę często, że trzecie to już się samo chowa. Zobaczymy (śmiech).

Jakie masz podejście do macierzyństwa?

Przede wszystkim żadnego napięcia. Zanim zostałam mamą, miałam już doświadczenie, zdobyte u koleżanek, które miały dzieci. Dostałam od nich całe know how, w związku z tym żadna sytuacja mnie nie zaskakiwała, nie było paniki. Nie popełniałam błędów, które im się zdarzało popełniać, bo mnie przed nimi przestrzegały. Kiedy ja byłam w pierwszej ciąży, one były już w drugich. Byłyśmy idealnie zsynchronizowane. Karmiłyśmy o tych samych porach, wychodziłyśmy na miasto, na spacery. To było bezcenne. Ja zawsze byłam zaprogramowana na bycie mamą. Porody też sobie zaplanowałam: naturalne, bez znieczulenia.

A Sebastian panikował?

Dobrze, że na mnie trafił (śmiech), bo gdyby był z jakąś panikarą, to by się oboje wykończyli. Ja od początku byłam opanowana, osadzona w macierzyństwie, czułam się pewnie, więc uspokajałam go, dawałam mu poczucie bezpieczeństwa. On bał się, jak sprawdzi się w roli taty. Wychowywał się bez ojca, więc chciał być jak najlepszym tatą i dać dzieciom to, czego sam nie miał, kiedy był mały. Nałożył na siebie dużą odpowiedzialność. I jej sprostał. Jest naprawdę super tatą, który jest w pełni zaangażowany w swoją rolę. Czasem ma jednak mniejszą cierpliwość niż ja, która wynika z racji wieku, jego natury, czy z racji tego, że jest artystą. Kiedy masz chaotyczne życie, przeplatane koncertami, to chcesz mieć spokój, kiedy wracasz do domu. A przy dzieciach ciężko o ten spokój (śmiech).

Sama nie masz gorszych dni?

Mam czasem taką bezradność… Sebastiana często od piątku do poniedziałku nie ma w domu. W sezonie koncertowym praktycznie każdy weekend jestem sama. Tak wygląda życie z muzykiem. Są też takie miesiące np. luty czy marzec, kiedy jest non stop w domu i mam ochotę go zabić (śmiech). Ale kiedy w weekendy go nie ma, a życie rodzinne innych kwitnie: wychodzą sobie na spacery, na wspólne obiady, ja wtedy jestem sama z dziećmi i moimi rodzicami. Z kolei w tygodniu, kiedy wszyscy inni pracują, my jesteśmy razem, więc wszystko u nas jest do góry nogami. Czasem, kiedy ja coś sobie zaplanuję, że jak tylko dzieci pójdą spać, to zrobię to, i to, i jeszcze tamto. I nagle wszystko z dziećmi idzie nie tak, jak trzeba. Cały plan bierze w łeb, a mnie dopada bezradność. Myślę sobie: O nie, dlaczego dzisiaj jestem w tym wszystkim sama!? Ręce mi opadają, ale szybko biorę się w garść, bo nie ma, że nie mogę. Matka nie może nie móc. Piękne w macierzyństwie jest to, że nam się chce chcieć. Dla dzieci.

Jakie są Twoje dzieci?

Tosia jest bardzo żywym, kontaktowym dzieckiem. Nie było sytuacji, żeby ona trzymała się mojej spódnicy czy nogi, żeby się bała czy wstydziła innych. Kiedy pojawiała się nowa osoba, było: Pa pa mama i tyle. Jędrek też jest bardzo kontaktowym dzieckiem, ale jednak jest bardziej mamusiowy (śmiech). Trochę inaczej jest z tymi synkami!

Jakie to są różnice?

Wiesz…będąc w drugiej ciąży, wiele razy zastanawiałam się, czy będę w stanie dać tyle samo miłości drugiemu dziecku. Myślałam, że tak mocno kocham Tosię, że jest to niepowtarzalne. I teraz mogę potwierdzić, że się da! Wielokrotnie rozmawiam z przyjaciółkami o tym, że my mamusie mamy większą słabość do naszych małych mężczyzn, że im więcej wybaczamy. Dla Tosi jestem bardziej surowa, nie odpuszczam jej, pewnie dlatego, że jest starsza. Powtarzam jej, że musi być silna, chowam ją na fighterkę, niezależną babkę. Przy Jędrku nie jestem już taka konsekwentna. Zapewne robię duży błąd, ale na tym etapie jeszcze mam za miękkie serce (śmiech). Podoba mi się w nim to, że jest takim prawdziwym facetem w mikro wersji. Jest bardzo silny, uparty i ma duszę sportowca. Tosia zawsze chwytała się zabawek, które wydawały dźwięki, a Jędrek lubi kopanie piłki i fizyczne aktywności. Oni są wizualnie bardzo do siebie podobni. Zobacz sama, pokażę Ci…

Paulina wyciąga telefon.

Tosia, blondynka i te niebieskie oczy. Jestem ciekawa, do kogo ona jest podobna (śmiech)? Ani do mnie, ani do Sebastiana. Patrz, jak śpiewa! Ona cały czas śpiewa, wszędzie śpiewa. A Jędruś – ciemne oczy i też blond włosy. Zobacz tutaj: jego roczek… wydaje mi się, że oczy ma jednak moje …

Momentalnie przytakuję, uśmiechając się również do siebie. Mój Syn jest kopią Mojego Męża, ale często inni słyszą ode mnie te same słowa: Ale oczy ma moje!

Coś te dzieci muszą mieć naszego (śmiech).

Macie jakiś podział obowiązków rodzicielskich?

Tak. Sebastian kąpie i usypia, zazwyczaj Tosię, a ja Jędrka. Czasem mówi do mnie: Ja już swoje dziecko wykąpałem i uśpiłem, teraz Twoja kolej (śmiech). Więc dobrze jak jest dwójka dzieci, bo jest po połowie, po równo.

Według jakich zasad wychowujecie dzieci?

Nawet jak byśmy mieli jakieś, to jesteśmy tak emocjonalni, tak prawdziwi, że w emocjach często je gubimy. Nie umiemy być sztywni i opanowani. Oczywiście chciałabym być taką mamą, która nigdy nie podnosi głosu, ale tak się przecież nie da. Oboje jesteśmy temperamentni, a przy dzieciach chcemy być prawdziwi, nie udaje nam się być bez skazy.

Twój największy sukces macierzyński?

To, co dzieciom możemy dać najlepszego to miłość, uwaga, czas oraz wzajemny szacunek i miłość rodziców. Nauczenie prostych emocji i słów Kocham Cię. Kiedy dziecko to powiela, naśladuje nas, wtedy czujemy prawdziwe szczęście. Dzieci mogę nauczyć najpiękniejszych piosenek, najpiękniejszego tańca, ale to nie będzie taką dumą jak to, że nauczyłam je bycia wrażliwymi, empatycznymi i opiekuńczymi ludźmi.

Co Cię w Twoich dzieciach najbardziej rozczula?

Jednym z najpiękniejszych dni w moim życiu był ten, kiedy Tosia przyszła po raz pierwszy do szpitala po narodzinach Jędrka. Zobaczyła brata i powiedziała: O, brat. To ja go będę woziła! I zaczęła wozić go po sali szpitalnym łóżeczkiem. Jak przeglądam nasze zdjęcia z tego momentu, kiedy jesteśmy już w komplecie, to właśnie one najbardziej mnie wzruszają. Pamiętam też pierwszy dzień matki w przedszkolu, byłam taka dumna, że jestem mamą, że jestem zapraszana do przedszkola, żeby świętować ten dzień. W macierzyństwie piękne jest to, że nie tylko Ty dajesz, ale i dzieci dają Tobie te wyjątkowe momenty. Na pewno moje dzieci uczą mnie bycia tu i teraz oraz jeszcze większej spontaniczności. Kiedy one już śpią, a ja wieczorami siadam sobie na kanapie, to tak naprawdę jestem wdzięczna za ten chaos i rozgardiasz, który jest obecnie w moim życiu. Jak jestem w pracy czy na wyjeździe bez nich – bardzo mi tego brakuje. W tym nieładzie jest taka radość, taka miłość. Byłabym o wiele biedniejszym człowiekiem, gdybym nie miała tych emocji i przeżyć.

Jaka piękna puenta! Musimy skończyć, bo zaraz się popłaczemy…

Zdjęcia: Helena Ludkiewicz