23.09.2018

Wywiadówka: Paulina Chylewska

Znamy się już trochę, ale nigdy nie rozmawiałyśmy o dzieciach. Na Paulinę zawsze patrzyłam przez pryzmat pracy. Ciepła i radosna profesjonalistka – tak ją widziałam. Po tej rozmowie wiem, że jest dokładnie taką samą mamą. 

Pamiętasz ten moment, kiedy zdecydowałaś się na bycie mamą?

Zostałam mamą po 4 latach małżeństwa. Najpierw postanowiliśmy, że chcemy sobie – nazwijmy to – pożyć: imprezy, wyjazdy, takie życie singielskie, ale we dwoje. A potem przyszedł moment, że poczułam, że już mi czegoś brakuje, chciałam, żeby nasza rodzina była fajniejsza, pełniejsza. Choć dziś myślę sobie, że jak wtedy podjęłam tę decyzję, to kompletnie nie zdawałam sobie sprawy z tego, czym jest macierzyństwo. Teraz to wiem. Miałam 27 lat, jak zdecydowaliśmy: Niech się dzieje wola nieba, niech się dzieje, co chce, jesteśmy gotowi na to, żeby zostać rodzicami. Kiedy miałam 29 – zostaliśmy nimi po raz pierwszy.

Miałaś jakieś obawy związane z macierzyństwem?

Obawy zaczęłam mieć, jak zaszłam w ciążę, nie wcześniej. Jednym z najdziwniejszych był lęk o to, że zagłodzę własne dziecko. Po prostu nie będę wiedziała, kiedy jest głodne. Nie wiem, skąd mi się to wzięło. Każdy, z kim później rozmawiałam, mówił: No co Ty? Przecież jak dziecko jest głodne, to płacze. To była jakaś irracjonalna obawa. Bałam się też tego, czy na pewno urodzę zdrowe dziecko, mimo, że ciąża przebiegała prawidłowo. I trzeci lęk: czy ja sobie w ogóle będę umiała poradzić? Jak pojawi się taka mała istota, czy ja będę wiedziała, jak ją trzymać, przewinąć? Chociaż najgorsza trauma to było jedzenie. Ja potrafiłam obudzić się w nocy z przeczuciem, że nie będę wiedziała, co robić.

Jak wspominasz poród?

Mimo, że mój mąż bardzo chciał być przy porodzie, ja miałam jakieś opory, mówiłam, że się nie zgadzam, że będzie położna i ona mi w zupełności wystarczy. Ale kiedy już się zaczęło – dość niespodziewanie –  i trwało naprawdę długo, powiedziałam do mojego Marcina: Zostań, nie chcę, żebyś wychodził. To była spontaniczna decyzja, bardzo dobra. Widziałam, że się ucieszył. Podczas trudnych momentów wspierał mnie i rozśmieszał, to bardzo pomagało.

Co poczułaś, jak Lena się pojawiła?

Tych emocji było milion! Jak mam o tym opowiedzieć, to chyba nie bardzo potrafię… Zalała mnie fala najróżniejszych uczuć: miłości, troski…Były też wątpliwości: Jezu, co to teraz będzie? Oraz stwierdzenie: Jaka ona piękna! I jeszcze jedna niesamowita rzecz: wiedziałam to jeszcze przed porodem, upewniłam się po nim. Kobieta ma tak skonstruowane ciało, że w momencie kiedy rodzi dziecko, w tej fałdzie, która zostaje po ciąży, dokładnie mieści się to dziecko! Sprawdziłam: rzeczywiście tak jest.

Jakie były Wasze początki z Leną?

Ja miałam taki plan, żeby mieć dwójkę dzieci i to szybko. Jednak Lena nie ułatwiła nam zadania… Miała kolki, codziennie, punktualnie od godz. 17.00. Zaczynał się „Teleexpress” i moje dziecko zaczynało płakać. Płakała godzinę, dwie, czasem dłużej. To były momenty, kiedy ja – chyba po raz pierwszy w życiu – czułam się kompletnie bezsilna. Nic nie pomagało: ani ciepłe pieluchy, ani suszarka, noszenie, tulenie, bujanie w wózku. Nic. Patrzyłam na moje bezbronne dziecko, które bardzo, bardzo cierpiało, a ja nie mogłam mu pomóc. To były momenty, które mnie obezwładniały. Jak ona zasypiała po tej godzinie czy dwóch, ja byłam bez sił. Zdarzało mi się płakać i się złościć: trochę na siebie, trochę na nią, na cały świat. Lena była też dzieckiem, które słabo spało. Do pierwszego roku życia budziła się w nocy, więc my przez rok właściwie nie spaliśmy. To były trudne momenty.

Byliście rodzicami przewrażliwionymi?

My siebie wtedy nazywaliśmy bardzo uważnymi rodzicami (śmiech). Lena od 3 czy 4 miesiąca życia, jak ktoś się nad nią pochylał, jak coś się jej podobało, uśmiechała się i machała rączkami. Im była starsza, tym to machanie się wzmagało. Cieszyła się całą sobą. Jeszcze przed przedszkolem, kiedy chodziła do klubu dziecięcego, jej wychowawczyni powiedziała do mnie: Troszkę mnie to niepokoi, może trzeba by to dziecko zbadać? A jak masz pierwsze dziecko – wychuchane i wydmuchane – i  ktoś Ci mówi, że trzeba je zbadać, to myślisz sobie, że to jest koniec świata! Zrobiłam jej wszystkie możliwe badania sensoryczne i na koniec ta Pani, która je robiła, zapytała mnie: A właściwie to z czym Pani do mnie przyszła? Powiedziałam, że moje dziecko, jak się bardzo cieszy, to macha rączkami. Ona na to: Naprawdę Pani z tym do mnie przyszła? Ja: No naprawdę, bo może tak nie powinno być?Spojrzała na mnie i powiedziała: Wie Pani co? Proszę dać temu dziecku spokój, proszę dać jej się cieszyć! Lena ma teraz 11 lat i do dzisiaj, jak ma jakąś wielką radochę z czegoś, to macha rękoma! Śmiejemy się, że jak pozna fajnego chłopaka, przyjdzie do domu i będzie nimi machać, to będzie oznaczało, że on jest naprawdę fajny.

Jak Twój mąż sprawdził się w roli ojca?

Super. Marcin był osobą, która w ogóle nie miała obaw, żadnych problemów: jak złapać, chwycić, przewinąć, nakarmić, wykąpać. On był bardzo otwarty, od początku wszystkim się dzieliliśmy. Moja obserwacja jest taka, że dziecko z matką jest zaopiekowane: Uważaj, nie dotykaj, tak nie rób itd. Dziecko z tatą ma silniejsze doznania: moje córki z Marcinem się szamoczą, przewracają, z nim mają większe ekstremum. Jak on usiądzie na kanapie, one natychmiast są na nim: przepychają się, robią fikołki i cuda na kiju. Jak ja siadam na kanapie, to po prostu siadam na kanapie (śmiech).

4 lata po Lenie urodziła się Nina. Odwlekaliście decyzję o drugim dziecku ze względu na kolki?

Trochę tak. Ja miałam poczucie, że muszę odpocząć, wyspać się, wróciłam też do pracy, musiałam się na nowo umościć. Ale przyszedł moment, kiedy Lena była już bardzo samodzielna, poszła do przedszkola… Wiedziałam, że to już,  że to pora na drugie dziecko.

Płeć miała znaczenie?

Mój mąż od samego początku, od pierwszej ciąży chciał syna. Jak się okazało, że będzie córka, powtarzał: Byle była zdrowa, byle była zdrowa. W drugiej ciąży jego nadzieje na syna były już ogromne. Pojechaliśmy na USG, lekarz mnie zbadał i zapytał, czy chcemy znać płeć. My: że oczywiście. Na co on: Dziewczynka. Od tego momentu do momentu aż nie wsiedliśmy do samochodu, mój mąż nie odezwał się ani słowem. Ani jednym słowem. Wsiadłam do tego samochodu i mówię do niego: Powiesz coś wreszcie czy nie?On na to: No co mam Ci powiedzieć? Chciałem syna… Ja: No dobra, ale co ja mam teraz zrobić? Płeć dziecka zależy od mężczyzny, więc jak sobie zrobiłeś, tak masz (śmiech).

Jak Lena zareagowała na siostrę?

Na początku bardzo się ucieszyła, głaskała brzuszek, opowiadała mu historie. Razem z nami wybierała sprzęty, ubranka, zabawki. W szpitalu dostała od Niny prezent – no wszystko zrobiliśmy książkowo i wydawało nam się, że jest super. One się tuliły, kochały, wszystko przebiegało jak należy. Aż przyszedł taki moment – Nina miała wtedy ze 2-3 miesiące – że Lena usiadła obok mnie na kanapie i powiedziała: Bo tak naprawdę to Ty bardziej kochasz Ninę niż mnie. Zaczęłam się zastanawiać: Co myśmy źle zrobili?! Ale potem, przy rozmowach z innymi mamami, okazało się, że tak po prostu jest, zawsze. Pokazywałam więc jej, że to nieprawda, organizowałam nam czas tylko we dwie, żeby miała poczucie, że jest odrębną jednostką. Lena do dziś uwielbia te chwile, pewnie też dlatego, że przez 4 lata była jedynaczką. Z kolei Ninie brakuje siostry, kiedy Leny nie ma, tęskni, bo nie miała czasu bez niej. Zresztą one są zupełnie inne.

Jakie są?

Lena jest odważna, zawsze miała cechy lidera. Już w przedszkolu ustawiła sobie całą grupę dokładnie tak, jak chciała.

Po kim to ma?

Aaaaaa… Nie wiem (śmiech). Po moim mężu na pewno ma lekką rękę do wydawania pieniędzy. Jak dasz jej 50 złotych i wyślesz po bułki, to wróci jeszcze z pomidorami i żelkami dla siebie i siostry. Jest też dosyć uparta, potrafi zamęczyć człowieka. I konsekwentna: jak coś sobie postanowi, to idzie w tym kierunku. Ona ma silny charakter i osobowość, nie mam wątpliwości, że poradzi sobie w życiu. Natomiast Nina to typ takiego delikatnego wrażliwca, przytulasa, wszystko ją dotyka, jest bardzo empatyczna. Ma też artystyczną duszę – od września chodzi do szkoły muzycznej. Będzie chyba pierwszym profesjonalnym muzykiem w naszej rodzinie. Długo się zastanawialiśmy, czy na pewno sobie poradzi, ale przekonało mnie to, że ona w momentach, kiedy jest jej źle, smutno, kiedy się zezłości albo pokłóci z siostrą, idzie do pokoju i gra, muzyka to dla niej ujście emocji.

Jaką jesteś mamą?

Ja jestem tym złym policjantem w domu. Staram się być mamą konsekwentną. Nie zawsze się to udaje, ale faktycznie to ja każę myć zęby, sprzątać, to ja wymagam więcej niż Marcin. W życiu jestem poukładana, tego też wymagam od dziewczyn, żeby mi pomagały, żeby uczestniczyły w życiu domu, o odpowiednich godzinach chodziły spać…Ja też częściej krzyczę, niestety krzyczę, za każdym razem jak wyrwie mi się głośniejsze : Lena!, sama siebie karcę. Jestem mamą wymagającą, ale też bardzo kochającą, kocham te dwie pindy bardzo i nie wyobrażam sobie życia bez nich. Nie jestem mamą kumplem, nie chcę być kumplem. Chcę być dla nich mamą. Ale też chcę nadążać: wiem, kim jest Ariana Grande, czym jest musical.ly. Staram się interesować tym, czym one się interesują, sprawdzać, co to jest. U nas w domu jest takie miejsce, gdzie wiszą zasady, do których wszyscy musimy się stosować. Stworzyliśmy je wspólnie, dziewczyny bardzo się w to zaangażowały. W tych zasadach jest m.in. to, że nie krzyczymy, mamy słodyczowy dzień tylko w sobotę, sprzątamy po sobie, pomagamy w domu, a telefonów i tabletów i używamy tylko w weekendy.

Twój mąż jest mniej rygorystyczny niż Ty?

Tak, choć na pewno trzymamy wspólny front. Czasem jak ja coś mówię, widzę, że w Marcinie się gotuje i słyszę: Pozwól ze mną do łazienki. A potem mówi: Zwariowałaś?! Po co im tego zakazujesz? Próbujemy ustalać większość rzeczy między sobą, żeby one dostawały jeden przekaz. W wielu przypadkach się udaje, w innych – one wiedzą, że lepiej iść do taty, bo tata pozwoli, tata kupi…

To co z tym synem?

To strasznie trudne pytanie. Patrzę na swój PESEL i wiem, że to nie jest PESEL sprzyjający – 4 dychy w tym roku. Jednak gdyby pojawił się syn, byłoby super. Z drugiej strony w macierzyństwie najbardziej przeraża mnie logistyka, nie do końca sobie z tym radzę, mimo, że jestem osobą bardzo uporządkowaną. A logistyka z trójką dzieci? Nie wiem, czy miałabym odwagę…Poza tym jak masz 11-letnie i 7-letnie dziecko i one zajmują się już sobą, to jest wygodne: możesz sobie poczytać książkę, obejrzeć film. Kiedy wspomnieliśmy kiedyś naszej starszej córce, że mogłaby mieć brata, urządziła nam histerię, że ona nie chce, że mamy to przemyśleć. Więc na razie zamiast syna, jest opcja: pies. Mój mąż powiedział, że to musi być pies, a nie suka, bo on tego nie wytrzyma (śmiech).

Jeżeli zdecydujecie się na dziecko, to ja życzę, żeby to był syn!

To jest dobre życzenie! Dziękuję w imieniu swoim i męża.

 

Zdjęcia: Aneta Zamielska