21.10.2018

Wywiadówka: Otylia Jędrzejczak

Bycie z nią w związku łatwe nie jest, sama to potwierdza i powtarza. Ma świadomość, że jest wzburzoną wodą. Na szczęście ma partnera, który jest spokojny niczym… Ocean Spokojny. Mamą jest od 1,5 roku. Widać, że czuje się w tej roli zupełnie naturalnie, jak ryba w wodzie. Chce jeszcze, chce więcej i zaznacza to już w odpowiedzi na pierwsze pytanie.

Rodziłaś w wodzie?

Nie. Nie brałam tego w ogóle pod uwagę. Woda kojarzy mi się dobrze, ale też z ciężką pracą, a chciałam, żeby poród ciężką pracą jednak nie był. Nie był najlżejszy, ale nie był też najcięższy. Mam więc motywację na drugiego potomka, nie mam traumy. Mój Paweł był przy mnie i brał wszystkie krzyki i złe emocje na siebie. Nie rozstaliśmy się przez to, więc jest sukces (śmiech).

Jak Ci pomagał?

Radził sobie bardzo dobrze. Pokazywał dużą cierpliwość do mnie, do moich złości. Kiedy odeszły mi wody, powiedział:Spokojnie, Pani doktor mówiła, że od tego momentu mamy 4 godziny. Jak zobaczyłam w jakim powolnym tempie zakłada koszulkę, to myślałam, że go rozszarpię! Ale powtarzałam sobie: Nie ma sensu się kłócić. Później mi opowiadał, że tak mu się ręce trzęsły, że nie był w stanie założyć jej szybciej. Emocje miał od samego początku.

Jakie emocje miałaś Ty, kiedy dowiedziałaś się, że jesteś w ciąży? Jak zareagowałaś?

To był taki etap, że ja bardzo chciałam być w ciąży, planowaliśmy to. Jak się dowiedziałam, byłam bardzo szczęśliwa. Ale przyszła też myśl: Jak ja wszystko pogodzę? Początki były ciężkie, bardzo źle zniosłam pierwsze 4 miesiące. Mimo wszystko pracowałam i to pozwoliło mi uwolnić głowę. Później było rewelacyjnie. Od samego początku mówiłam sobie: Nie jedz za dwoje, bo potem za dwoje będziesz zrzucała. Znajomi stwierdzili, że w ostatnim trymestrze jednak o tym zapomniałam. Choć mi się wydawało, że nie (śmiech). Zaskoczeniem było dla mnie to, że spodziewam się dziewczynki. Byłam przekonana, dałabym sobie głowę urwać, że to będzie chłopiec i bardzo chłopca chciałam. Jak się dowiedziałam, że będzie córeczka, to zaczęłam sobie wyobrażać te wszystkie fryzury, które będę jej robiła i cieszyć się strasznie. Marcelina będzie starszą siostrą i fajnie. Bo dziewczynki są bardziej odpowiedzialne, mam wrażenie. Z perspektywy czasu jestem przeszczęśliwa, że jest pierwsza.

Jak informację o ciąży przekazałaś Pawłowi, dziś już Twojemu narzeczonemu?
Nie widzieliśmy się długo, chciałam mu zrobić niespodziankę, jak wróci do domu, ale przez telefon byłam chyba trochę najeżona i on do mnie: Chyba dostałaś okres (śmiech). Ja na to: No właśnie nie. Więc wyszło tak, że dowiedział się przy różnicy zdań. Ale był bardzo szczęśliwy. Był już na ojcostwo gotowy.

Co poczułaś, gdy po raz pierwszy zobaczyłaś Marcelinę?

Byłam bardzo zmęczona, nie miałam od razu uczucia „wow”. Ale faktycznie, jak ją zobaczyłam, to poczułam spokój. Jak ona zapłakała i przytuliła się do mnie, aż mi łzy poleciały, że jest już ze mną. Leżała mi na klatce piersiowej bardzo długo, bardzo długo się do siebie przytulałyśmy. Czułam wtedy pełnię szczęścia. Nie miałam siły, wszystko było za mną, a ona już ze mną.

Tata kangurował Marcelinę?        

Od samego początku. Później jeżeli tylko była taka możliwość, też to robił. On bardzo chciał jak najszybciej nawiązać z nią relację. Kiedy ja byłam zmęczona, zdejmował koszulkę i kładł ją na siebie. Sprawdził się jako tata bardzo. Pod tym względem nie mogę w ogóle narzekać. Paweł jest bardzo czuły dla niej, ma też dużo cierpliwości. Jest w niej zakochany po uszy, ona jest oczkiem w głowie tatusia.

Jakie były Wasze początki?

Marcelina była bardzo łaskawym dzieckiem. Niemal od początku budziła się 2-3 razy w nocy, co nie było wielkim problemem. Choć zdarzały się momenty niemocy. Jak byłam niewyspana i zmęczona, miałam myśli: Nie dam rady, mam dosyć. Ale one trwały 35 sekund. Myślisz sobie: nie mam siły,  a za moment musisz już ją mieć. I masz.

Miałaś baby bluesa?

Nie, ja wahania nastrojów mam zawsze, nieważne, czy jestem w ciąży, czy już urodziłam…

Po porodzie nie miałaś napadów płaczu?

Miałam tak, że kiedy coś mnie zdenerwowało, jakaś mała rzecz, to szybko płakałam. A czasem płakałam zupełnie bez powodu.

To chyba jednak baby blues (śmiech).

Ok, to może faktycznie miałam (śmiech). Mój Paweł śmiał się, że o wszystko beczę. Ale brał to na klatę. Było tak, że łzy same mi leciały, byłam nadwrażliwa. Ale nigdy nie było to czymś negatywnym. Byłam zapłakana, ale szczęśliwa.

Mieliście jakiś podział obowiązków?

Na początku wszystko robiliśmy wspólnie, żeby się razem uczyć. Ale kąpałam oczywiście ja. Po 4 kąpielach Paweł mówi do mnie: Może dałabyś mi jednak wykąpać? (śmiech). Mieliśmy super zgrane wieczory i noce: jedna osoby robiła mleko, druga przewijała, przebierała. Nawet jak byliśmy zmęczeni, oboje się angażowaliśmy. Dzięki temu wszystko szło sprawniej i szybciej. Tak jest do dziś. Choć czasem się wymieniamy: kompromis w obowiązkach. Jak Paweł ma więcej pracy, to biorę wszystko na siebie, żeby mógł wypocząć i miał energię na kolejny dzień. Kiedy On widzi u mnie zmęczenie, mówi: Wyjdź sobie do fryzjera. Taki mamy układ: rozumiemy, że każde z nas czasami potrzebuje wytchnienia. Ale jak patrzymy na nasze dziecko, najcięższe chwile, największy ból jest tego wart. Ona jest warta każdego zmęczenia.

Są między Wami sprzeczki dotyczące córki?

Pewnie! Ja czasem podtykam jej jakieś jedzenie, którego nie powinnam, bo ma za dużo cukru zdaniem taty. Paweł skrupulatnie sprawdza wszystkie etykiety. Marcelina pije tylko wodę, nie je żadnych ciasteczek, słodyczy. Ja czasem mówię: Odpuśćmy, dajmy jej czegoś spróbować. Mój narzeczony bardzo tego pilnuje. Albo kwestie co może, a czego nie. U taty ma zdecydowanie większe granice niż u mnie. U mnie to właściwie granic nie ma, póki co.

Jaka mamą jesteś?

Jestem mamą uczuciową, przytulam ją, często jej mówię, że ją kocham, uczę słów: dzień dobry, przepraszam, dziękuję. Bardzo dużo jej czytam, razem gotujemy, urządzam jej przedstawienia z lalkami, rysujemy razem. Od początku do dzisiaj –  a Marcelina ma 1,5 roku – nie mieliśmy żadnej niani. Chcieliśmy wychowywać ją sami. Bardzo dużo pracujemy nad jej rozwojem: uczymy się cyferek, literek. Jest wcześnie, ale ona coś już łapie. Staram się spędzać z nią jak najwięcej czasu, tym bardziej, że niedługo będzie szła do żłobka.

Jaka jest Marcelina?

Odnajduję siebie w niej: to, jak coś zrobi, popatrzy, obróci się, zaśmieje, zupełnie jak ja! Charaktery też mamy podobne: Marcelina jest uparta i uśmiechnięta. Po mnie i po Pawle jest uczuciowa, ma w sobie dużo miłości. Jest też wycofana: jak kogoś nie zna, to trzyma dystans. No i jest obserwatorką –  to też po mnie.

A co ma z taty?

Ułożenie i chęć sprzątania (śmiech).

Kiedy zaliczyła pierwszy raz na basenie?

Wszyscy się śmiali, że ona – jak na córkę Mistrzyni Olimpijskiej – trafiła na basen późno: miała 14 miesięcy. Ale ja wyszłam z założenia, że adaptacji nie muszę robić na pływalni, mogę ją robić sama w wannie w domu. To jest coś, czego ludzie w ogóle nie praktykują. Ja od pierwszej kąpieli bawiłam się z nią w „kap kap” po twarzy, później było przechylanie na jedną i drugą stronę, zamaczanie klatki piersiowej. Jak miała niecałe 10 miesięcy, byłam w stanie wylać jej cały kubeł wody na głowę i ona nie płakała, wręcz przeciwnie: to była dla niej świetna zabawa. W wieku 14 miesięcy poszłyśmy na pływalnię: Marcelina zanurkowała, wyskoczyła na powierzchnię i się śmiała. Basen bardzo lubi, uwielbia się chlapać, więc na pewno będziemy uczęszczały jak najczęściej, ale nie ja będę uczyła ją pływać. Jak będzie miała 3-4 latka, trafi do zaufanego instruktora, który się tym zajmie. Rodzic nigdy nie powinien tego robić. Powinien oczywiście przejść z dzieckiem całą adaptację: zanurzanie, zabawy, nurkowanie, chlapanie, ale kwestię nauki pływania lepiej zostawić komuś innemu. Dziecko nigdy nie będzie słuchało rodzica tak, jak kogoś obcego.

Jak Ciebie zmieniło macierzyństwo?

Nauczyło mnie asertywności. Dziś, zanim się na coś zdecyduję, zastanawiam się, czy to jest mi potrzebne, czy nie lepiej posiedzieć z małą w domu. Pomimo wielu zawodowych aktywności, ona jest dla mnie najważniejszą aktywnością. Na pewno nauczyło mnie też planowania dnia na nowo, pozwoliło mi wrócić do sportowego rytmu życia. Jak zakończyłam karierę sportową, miałam taki moment, że dni miałam kompletnie rozchrzanione, ale nie zwracałam na to uwagi. Dziś harmonogram dnia znowu jest dla mnie ważny, bo dzięki niemu wiem, ile czasu spędzę z Marceliną, a ile poza domem.

Wasz związek się zmienił?       

Na pewno jesteśmy  bardziej „zbici”, jesteśmy rodziną. Wszystkie decyzje konsultujemy ze sobą. Mamy swoje poranne rytuały: mówimy sobie Kocham Cię na dzień dobry, dajemy sobie buziaka, to jest nasza podstawa, to nam na szczęście zostało jeszcze z czasów sprzed Marceliny. No i staramy się nie mieć mniej czasu dla siebie.

Co chcecie Marcelinie przekazać? Jak ją wychować?

Żeby była dobrym człowiekiem, nauczyła się miłości i szacunku do innych. Chcielibyśmy, żeby miała świadomość, że może osiągnąć wszystko, jeśli tylko będzie do tego konsekwentnie dążyła. Zawsze jak jej się coś udaje, biję jej brawo i mówię: Super! Zrobiłaś to! Nigdy: Dałaś radę! Staram się kształtować jej poczucie wartości, ale zawsze z szacunkiem dla drugiej osoby.

Jakie wzruszenia funduje Ci córka?

Najbardziej się wzruszam, jak wracam do domu po nieobecności, a ona mnie wita. Ale też kiedy widzę,  jak przytula moich rodziców. Zawsze płaczę, jak wyjeżdżam. Zawsze. Zamykam się w pokoju i wypłakuję to. To jest dla mnie najcięższy moment macierzyństwa: ona zostaje, a ja musze jechać. Do żłobka na pewno nie ja będę ją zaprowadzać, dla mnie to będzie za ciężkie.

Czego nie możesz się doczekać?

Jak będzie chciała, wreszcie sobie pozwoli spiąć włosy, których ma dużo (śmiech). Bo generalnie dotykanie jej włosów jest zabronione. Nie można ich niczym ujarzmić. Jak próbuję, od razu jest bunt.

Czym jest dla Ciebie macierzyństwo?

Macierzyństwo uzmysłowiło mi, że w pogoni za życiowymi celami, często zapominamy o tym, co najważniejsze. Ona mi przypomina, żeby docenić to, co wydarzyło się danego dnia, docenić, że jesteśmy razem, jesteśmy zdrowi możemy uczyć się siebie nawzajem. Pokazuje mi też, że małe rzeczy są ważne. Ja potrafię patrzeć z nią bardzo długo na jedną kaczkę i czerpać z tego dużo radości. Tyle radości, ile czerpałam z takich drobinek, drobnostek, jak byłam dzieckiem. Największą frajdę sprawia mi to, że mogę bawić się z nią lalkami, układać puzzle. Bo na to w dzieciństwie nie miałam czasu – jak miałam 6-7 lat, już trenowałam. Więc ja nadrabiam swoje dzieciństwo z córką.

Kiedy kolejne dziecko, żeby przedłużyć to Twoje dzieciństwo?

Na pewno w perspektywie kolejnych 2-3 lat. Nie wyobrażam sobie, że Marcelina miałaby być jedynaczką. Zawsze chciałam mieć trójkę dzieci. Może to wynika z mojej historii życiowej, że gdyby coś się stało, to to drugie dziecko zawsze będzie jeszcze kogoś miało… Ale…zobaczymy, co życie da.

Życzę, żeby dało kolejne dzieci, oczywiście w czepku urodzone!

Zdjęcia: Aneta Zamielska