12.08.2018

Wywiadówka: Monika Pyrek

W miejscu wywiadu stawia się dużo przed czasem – jak to sportowiec: jest zdyscyplinowana. Kiedy robimy zdjęcia, okazuje się, że dla niej nie istnieje pojęcie sportowiec emerytowany, ona nim będzie już zawsze. Z jej inicjatywy wdrapujemy się więc na sosnowe bale… Ona chce, żebym skoczyła. O macierzyństwie mówi dużo, nieprzerwanie, bardzo mądrze i ciekawie. A ja nie chcę, żeby skończyła.

5 lat temu, mając 33 lata, zostałaś po raz pierwszy mamą. Jaki wpływ na Twoją decyzję o macierzyństwie miał sport?

To, co w sporcie jest fajne, to uporządkowane dzięki niemu życie. Ja zawsze wiedziałam, co będę robiła np. we wrześniu kolejnego roku. Czułam się spokojna, bo wiedziałam, że coś następuje po czymś. Ale brak spontaniczności przy zakładaniu rodziny jest trochę okrutny. Na ogół dziewczyny decydują się na macierzyństwo po igrzyskach olimpijskich, żeby ewentualnie wrócić na kolejne, czyli mają cztery lata na dojście do siebie. Ja postanowiłam zostać mamą po igrzyskach w Londynie, ale nie zamierzałam wracać. Miałam świadomość, że ta moja konkurencja jest wariacka. Czułam, że wszystko mi się w głowie przewartościuje, że nie będę chciała już tak ryzykować, że jak pojawi się maluszek, to przestanę chcieć tak sobie skakać o kiju i wywijać salta. I dokładnie tak się stało. Moja ciąża była zaplanowana. Mimo tego, że mój lekarz mówił mi, że po tylu latach w sporcie i z chorobą Hashimoto to nie pójdzie gładko, jednak poszło. Moje dzieci są tajniakami – nie pokazują się na testach ciążowych, tylko USG i testy z krwi je wykrywają. Z pierwszym synkiem, Grzesiem, dowiedziałam się, że jestem w ciąży w 8 tygodniu. Wcześniej odwiedziliśmy moją znajomą w Brazylii i ja się tam bardzo źle czułam. Wszystko mi źle pachniało, byłam nieznośna. Anegdotą rodzinną już jest to, że byliśmy w tak pięknym miejscu: na farmie kokosowej, z dostępem do oceanu, gdzie o 12.00 pani przynosiła nam śniadanie na plażę…No po prostu raj! A ja mówię do mojego męża: Ja bym tu nie mogła mieszkać. Na co on: Zwariowałaś! Przecież to jest idealne miejsce!Więc ja: Ale tutaj jest tak głośno… On: Głośno? Jesteśmy tutaj tylko w czwórkę. Ja na to: Wiesz co, ten ocean tak szumi i szumi…To był pierwszy znak, że coś jest ze mną nie tak, że hormony wariują. Jak wróciliśmy do Polski, poszłam do ginekologa, który mi pogratulował.

Jak bardzo macierzyństwo Cię zmieniło?

Ja zawsze miałam dużą odpowiedzialność za innych. Mimo, że trenowałam dyscyplinę indywidualną, to jednak miałam drużynę: trenera, fizjoterapeutę, lekarza – grupę, która pracowała na mnie. Ja skakałam, a ich praca zależała od mojego wyniku. Jak pojawił się Grześ, poczułam jeszcze większą odpowiedzialność niż w sporcie. Poczułam, że byt tego małego człowieka zależy ode mnie. Kolejna sprawa to to, że teraz już nie próbuję być perfekcyjna. W sporcie ta perfekcyjność zdecydowanie mi pomagała, a tu – po pierwszych paru miesiącach funkcjonowania z dzieckiem – stwierdziłam, że nie będę mistrzynią świata w byciu mamą, niestety nie da się, musiałam odpuścić. Wciąż jestem uporządkowana, ale walczę ze swoim perfekcjonizmem w wychowaniu dzieci. Bo nie chcę, żeby chodziły jak w zegarku. Chcę, żeby miały jakieś wybryki, na szczęście pomagają mi w tym (śmiech). Szukam spontaniczności w moim życiu, w sporcie tego nie miałam.

Sport pomaga w byciu mamą?

Przy pierwszym dziecku pomagały pokłady cierpliwości wypracowane w sporcie, dzięki nim nie było histerii. Cierpliwość do Grzesia miałam bardzo dużą, przy drugim dziecku mam jej mniej. Z Julkiem łatwiej mi wykonywać wszystkie czynności: opieka, higiena, noszenie – to wszystko jest proste. Dziecko nie jest już ze szkła, z kryształu, robisz wiele rzeczy odruchowo i to jest fajnie. Ale z podejściem emocjonalnym przy drugim według mnie jest trudniej.

Co to znaczy?

Długo zastanawiałam się, czy drugie dziecko można kochać tak samo jak pierwsze. Miałam dużo wątpliwości i przyznam, że nawet ryczałam z tego powodu, nie będąc pewną, jak to będzie. Dodatkowo przy Julku włącza mi się znowu mój perfekcjonizm i mam trochę mniej wyrozumiałości dla siebie. Może dlatego, że już to przechodziłam? Z drugiej strony już wiem, że jak dziecko krzyczy to nie zawsze oznaka bólu, więc nie biegnę w popłochu.

Różnica wieku między chłopcami – trochę ponad 4 lata – była zaplanowana?

Długo się zastanawiałam nad drugim dzieckiem. Bardzo chciałam córkę. Trochę z takich egoistycznych pobudek: wydaje mi się, że przy mamie zostaje dziewczyna, że ta relacja jest silniejsza. Chłopak wyfruwa do innej dziewczyny. Przeczytałam wszystkie podręczniki świata, znam wszystkie metody… Przy badaniu lekarz zapytał mnie, czy chcę znać płeć. Ja na to: No jasne! A on: No TO tutaj to już raczej nie odpadnie.I ja w tym momencie do mojego męża: Wyprowadzam się! (śmiech). Z jednej strony bardzo chciałam mieć dziewczynkę, a z drugiej podskórnie czułam, że to jednak będzie chłopak, że będę matką dwóch chłopaków. Ale ukułam też teorię, że mój mąż, który jest jedynakiem, dba o nazwisko, żeby nie zginęło. Później miałam drugą: że zaważyły względy ekonomiczne: Norbert jest Poznaniakiem, wymyślił więc, że wszystko zostanie po starszym synu i nie trzeba będzie nic kupować. Z kolei lekarzna badaniach prenatalnych podzielił się z nami śmieszną teorią, że tylko wypoczęci mężczyźni robią chłopców. Od tamtej chili mój mąż ma ksywkę Fresh. A ja postanowiłam, że kiedy tylko będzie narzekał, że jest zmęczony, będę mu to wypominać:Trzeba było być zmęczonym wtedy, kiedy trzeba było! (śmiech).

Jaką chłopcy mają relację?

Na początku była miłość braterska, nie było zazdrości. Ale teraz widzę, że Grześ walczy o pierwsze miejsce, o pierwszeństwo w domu, chciałby, żeby pod niego były podejmowane decyzje. Z drugiej strony oddał bratu swoją przyjaciółkę, maskotkę Elmo. To było bardzo wzruszające. Cudowne też jest to, że – jak tylko się obudzi – chce się do Juleczka przytulić, więc idzie do niego i go tuli. Przed urodzeniem Julka dużo czytaliśmy książeczek o miłości, rodzeństwie, opowiadałam mu, jak to będzie. Ale też pozwalałam od początku opiekować się młodszym bratem. Jak miał potrzebę go potrzymać, pozwalałam mu na to, oczywiście asekurując. Przez pierwszy miesiąc życia Julka poświęcałam Grzesiowi mnóstwo uwagi. Do 16.00 byłam z małym, później tata odbierał Grzesia z przedszkola, przejmował Julka, a ja siedziałam z Grzesiem i robiłam wszystko, co chciał, żeby nie poczuł, że nagle zawalił się jego cały świat, że to, co było, zniknęło. Teraz, kiedy krzykiem obudzi mi Julka, bo zapomniał, że on śpi, to jak to sobie uświadomi, przychodzi i go przeprasza: Przepraszam Juleczku, ja zapomniałem… To mnie rozczula, zapominam o złości i o tym, że go nosiłam prze ostanie 2 godziny a on mi po 15 minutach go obudził…

Do kogo chłopcy są podobni?

To dwóch chłopców, ale zupełnie różne istoty i osobowości. Temperamentem są zdecydowanie różni, co jest fajne. Grześ jest bardzo uparty – jak ja – czasem o jakąś błahostkę potrafi się uprzeć na amen. Jak ja się uprę i on się uprze, to wtedy musi wkroczyć tata, musi być sędzia zewnętrzny. Grześ ma tak, że jak czegoś nie potrafi zrobić, to najpierw się niecierpliwi i wybucha, a później znajduje rozwiązanie, szybko idzie do działania, żeby się poprawić. Ja jestem taka sama. Julek też to ma. Jak nie może w coś trafić, to jest krzyk. Śmieszne jest też, że kiedy karmię Julka i np. kaszlnę, on się natychmiast ode mnie odrywa, patrzy na mnie oceniająco i coś kwęka. Nie można kaszleć, nie można hałasować i go rozstrajać! Grześ długo nie mówił. A teraz tyle gada, że czasami naprawdę mam ochotę, żeby przestał. Gada i gada jak najęty (śmiech). Jak był młodszy i ktoś mnie pytał, czy on będzie sportowcem, nie widziałam na to nawet odrobiny nadziei. Zdolności koordynacyjnych nie miał za grosz. Ale ten talent kształtuje się do 9 roku życia, więc odczekałam i teraz już widzę, że nabiera takich fajnych cech motorycznych. Ja mu pokazuję zdrowe nawyki np. bieganie i on też chce być aktywny.

Z jakimi problemami przychodzi do rodziców 5-latek?

W przedszkolu bawią się w rodzinę, tylko często zmieniają żony i mężów. Kiedyś Grześ wrócił do domu i mówi przy obiedzie, że on nigdy się nie ożeni i nie będzie miał dzieci. My na to: Dlaczego? Przecież gdybyśmy się z tatą nie kochali, nie byłoby Ciebie ani Julka. Co Ty opowiadasz? Teraz masz chwilowy kryzys, ale pewnie kiedyś będziesz chciał. A co się wydarzyło ?A on, że nie chce z Zosią. Ale dlaczego? Przecież się lubicie?– drążymy dalej. Ja chcę z Błażejem!– usłyszeliśmy. Błażej to jego najlepszy przyjaciel. To pokazało, że on już ma te swoje więzi, swoje relacje. To jest niesamowite. Fajnie jakby ta przyjaźń przetrwała. Grześ czasem też przychodzi i mówi, że czegoś w przedszkolu nie wiedział i było mu smutno z tego powodu. Widzę, że jest ambitny bardzo, chciałby dorównać. Więc staram mu się wytłumaczyć, że to nie o to w życiu chodzi, żeby być pierwszym we wszystkim, tylko żeby mieć radość z tego, co się robi. Bardzo mi zależy na tym, żeby był z siebie zadowolony w życiu. Żeby nie był sfrustrowany, żeby nie wybrał zawodu, w którym będzie się męczył. Dla mnie ważne jest, żeby był aktywny i szczęśliwy. Chciałabym również, żeby był empatyczny, żeby reagował na uczucia innych i żeby słuchał.

Jakim tatą jest Fresh?

Norbert ma właściwie dorosłe dzieci z poprzedniego związku, miał więc sporą przerwę. Ale wiedziałam, że da radę. I powiem Ci, że sprawdza się przy malutkim, działa bez strachu. Fajne jest to, że on jest dużym fanem muzyki i w tym kierunku kształci Grzesia. Wymyślił też nam czas na czytanie książek. Nasz syn wie, że jak my siadamy z książkami, to jest 15 minut dla nas i on wtedy zajmuje się swoimi sprawami. To jest super, bo uczy go, że fajnie jest czytać.

Jak dzieci zmieniły Wasz związek?

Jeden sprawdzian zaliczyliśmy, za drugim razem jest trudniej. Mój upór też nie zawsze pomaga. Norbert chce mnie odciążyć, a ja nierzadko mówię: Ja matka Polka, matka pracująca, ja sama dam radę! Początkowy okres życia dziecka nie jest łatwy. Nasza sypialnia staje się sypialnią dziecka, więc takiej intymności w związku brakuje. Czasem jest nerwowo, wtedy potrzeba dużo cierpliwości i zrozumienia. Trzeba się starać, trzeba nad związkiem stale pracować. Przytulanie i miłość trzeba rozdzielić na trzech facetów w domu. Ja cenię sobie to, że mój mąż dużo pomaga przy dzieciach, że potrafi, kiedy ja mam już naprawdę dość, zabrać dwójkę i wyjść z domu, żebym ja mogła chwilę odpocząć. Po czym wraca i pyta: Dlaczego w ogródku jest wypielone? Miałaś odpoczywać, nic nie robić! Ja mówię: No tak. Ale mnie frustrowało to, że nie mam kiedy tego zrobić. Teraz, mimo, że jestem zmęczona fizycznie, jestem spokojna i odpoczywam.
Co dla Ciebie jest najpiękniejsze w macierzyństwie?

Najpiękniejsze są te wszystkie uśmiechy dziecka, pierwsze kocham cię, albo jak przychodzi i mówi, że chce się przytulić. Okazywanie czułości jest fajne. Koleżanki mi mówią, że tak do 9-10 roku życia chłopaki chcą się przytulać, a potem kumple są ważniejsi, więc wykorzystuję teraz, przytulam ile wlezie! To jest taki czas, kiedy widzisz, że jesteś komuś potrzebna. Grzesiek często mówi,  że on lubi tylko brzydkie rzeczy. Jego ulubione kolory to szary, czarny i brązowy. Więc go pytam: Grzesiu, czy mama Ci się podoba? On na to: Tak. Więc ja dalej: Czy to znaczy, że jestem brzydka? On: Ty jesteś jedyną ładną rzeczą, która mi się podoba. Urosłam! (śmiech).

Śmiechowi Moniki wtóruje mój śmiech.

Świetne! A co jest najtrudniejsze?

Utrzymywanie nerwów na wodzy. Zdarzają mi się wybuchy złości, krzyku, nie jestem idealną mamą, a potem się za to karcę, myślę: Mogłaś ugryźć się w język, policzyć do 10, odejść, potupać nogą z boku i się uspokoić. Trudne jest też tłumaczenie rzeczy, które są dla nas logiczne, znalezienie takiego argumentu, który dziecko przekona. Grzesiek czasem zagina mnie na takich najprostszych rzeczach. One są tak proste, że najtrudniej je wytłumaczyć. Zdarza się, że mu mówię: Nie wiem, Grzesiu. Tak robimy, tak ludzie się zachowują. Chcę, żeby wiedział, że czasem można nie wiedzieć i to nie jest nic złego.

Twój największy sukces macierzyński?

Nauczyłam syna jeździć na rowerze. To była mordęga, mnóstwo interwałów biegowych i używania milion razy słowa pedałuj, ale się udało. Uczymy się też słowa chciałbyma nie chcę. Na tym polu też mamy sukcesy. Ze słowem przepraszam też nie ma problemu. To również poczytuję jako sukces: że on wie, czuje, kiedy zrobi coś nie tak i żałuje. I jeszcze jedna sprawa: jak ktoś zapyta mojego syna o ulubioną potrawę, on mówi: Marchewka i brokuł.

 

Zdjęcia: Aneta Zamielska