18.08.2019

Wywiadówka: Monika Mrozowska

Monika to babka równa i na luzie, mama skromna i racjonalna. Jej 5-letni syn tytułuje ją „swoją królową”. Po tej rozmowie zrobicie to samo.

Pamiętasz, jak zareagowałaś na wieść o pierwszej ciąży?

Bardzo dobrze pamiętam, bo byłam wtedy dosyć młoda – miałam 22 lata i szczerze mówiąc byłam w szoku, w totalnym szoku. Bałam się, jak rodzina zareaguje na taką informację, bo chyba wszyscy – łącznie ze mną – myśleli, że najpierw skończę studia… A tu: cały ten porządek rzeczy został zaburzony i nagle okazało się, że trzeba będzie wszystko przeorganizować. Ja zawsze byłam i do tej pory jestem osobą, która działa dość spontanicznie, ale wtedy pomyślałam, że już za kilka miesięcy nie będzie tak, że jestem sama sobie, trzeba będzie wziąć pod uwagę nowego człowieka, zweryfikować swoje plany pod kątem tej małej istoty. Myślenie o tym, jak to będzie zaprzątało mi głowę.

Bałaś się?

Była jedna rzecz, której się bałam i bałam się tego przy każdej kolejnej ciąży, choć może się to wydawać głupie. Ja uwielbiam spać, lubię się wyspać, potrzebuję min. 7 godzin snu. Słysząc historie, że do dziecka trzeba wstawać, budzić się, przewinąć – tego właśnie obawiałam się najbardziej. Nie martwiłam się niczym związanym z opieką, pielęgnacją w ciągu dnia, bo wiedziałam, że jestem zadaniowa i sobie z tym poradzę. Wiedziałam też, że mam partnera do pomocy, z którym będziemy się dzielić obowiązkami. Natomiast nocne wstawanie spędzało mi sen z powiek i trochę mnie przerażało.

Jak w efekcie zareagowała rodzina?

Wszyscy byli zszokowani, było lekkie przerażenie. Ale to szybko ustąpiło reakcji radości, zadowolenia i ogólnego podniecenia w rodzinie. Wiadome było, że mamy trochę czasu, żeby się do tego przygotować i dodatkową pomoc w postaci rodziny właśnie.

A jak było z tym spaniem?

Ja wiem, że są różne szkoły, różne teorie a propos spania dzieci. U mnie najlepiej sprawdzała się taka, że – dopóki karmiłam – moje dziecko spało ze mną w łóżku. Z całą trójką tak było. I w związku z tym to budzenie nocne nie było dla mnie problemem, bo to odbywało się bardziej organicznie: dziecko budziło się, bo było głodne, a ja jakby z automatu, w stanie półsnu karmiłam je i miałam poczucie, że rano budzę się wyspana. Przy trójce dzieci nieprzespane noce mogę policzyć na palcach jednej ręki; to były sytuacje, kiedy wystąpiła np. jakaś kolka, więc mogę moim dzieciom tylko za to dziękować.

Jak wspominasz porody?

Przy pierwszym byłam sfokusowana na poród naturalny. Prawie 2 tygodnie po terminie trafiłam do szpitala, poród był wywoływany, ale to nie przyniosło pożądanych rezultatów, więc Karolina urodziła się przez cesarskie cięcie. Przy drugim – znowu się uparłam, że chcę rodzić naturalnie i znowu się nie udało. W trakcie porodu Jagodzie spadło tętno, w zasadzie przestało jej bić serce i ja to słyszałam na KTG i to było bardzo nieprzyjemne… W przeciągu kilku sekund zostałam przewieziona na salę operacyjną, a tam już wszystko działo się poza mną. Przy Józku nie chciałam już ponosić żadnego ryzyka – cesarka była zaplanowana na konkretny dzień i ten poród był dla mnie najbardziej świadomy. Wiedziałam, co mnie czeka. Dwa poprzednie odbywały się trochę poza mną. Poród Józka był też pierwszym, na którym się popłakałam. Pierwszy raz miałam poczucie, że wiem, co się dzieje. Pierwszy raz mojemu dziecku mogłam się dokładnie przyjrzeć, bo wszystko nie odbywało się na szybko i na wariata. Wspominam to bardzo dobrze.

Czym różni się zostanie mamą po raz pierwszy od drugiego i trzeciego razu?
To chyba zależy od osoby. Tyle ile matek, tyle doświadczeń. Tyle ile dzieci, tyle doświadczeń. Ale ja kompletnie nie zgadzam się z teorią, że dziecko wywraca życie do góry nogami, że pewne rzeczy się kończą, że do pewnych rzeczy się nie wraca. Nie, po prostu: pojawia się nowy członek rodziny. Ja od samego początku bardziej byłam nastawiona na to, ile my możemy sobie nawzajem dać, a nie na zastraszanie siebie: O Matko Boska, co to się będzie działo?! Moje życie się skończy i ja będę musiała się jakoś w tej nowej rzeczywistości odnaleźć. Może dlatego, że byliśmy też tacy młodzi, Karolina zasymilowała się z życiem, które prowadziliśmy wcześniej. Tak samo zapraszaliśmy przyjaciół do siebie do domu, tak samo wyjeżdżaliśmy, wychodziliśmy, choć oczywiście wymagało to trochę więcej zachodu. Karolina jeszcze nie skończyła roku, kiedy wyjechaliśmy z nią na wakacje pod namiot do Hiszpanii. Dolecieliśmy do Hiszpanii, ale żeby przedostać się do miejsca, gdzie chcieliśmy spędzić urlop, musieliśmy przemieszczać się komunikacją miejską: pociągami i autobusami. Nie przypominam sobie, żeby sprawiało mi to jakąś większą trudność. Z mojej perspektywy było cudownie.

Twoja druga ciąża była zaplanowana?

Tak. Po 7 latach oboje doszliśmy do wniosku, że fajnie by było mieć drugie dziecko. Kiedy Jagoda pojawiła się na świecie, trzeba było podwójnie zadbać o Karolinę, żeby nie poczuła, że coś się dla niej skończyło. Tym bardziej, że ona od samego początku deklarowała, że nie potrzebuje rodzeństwa. Dla niej już sama informacja, że ono się pojawi, była rozczarowaniem. To było trudne, momentami to był dla niej koniec świata. Potem jednak szybko weszła w rolę starszej siostry, która pokazuje, sugeruje w co się bawimy, co robimy, co jest fajne a co nie. Jagoda była w nią wpatrzona jak w obrazek. W tej chwili natomiast, kiedy Jagoda ma 9 lat, a Karolina – 16, dziewczyny kłócą się strasznie i czasem jest to nie do opanowania.

Kiedy zaszłaś w trzecią ciążę, chciałaś, żeby to był syn?

Nie, wydawało mi się, że będzie mi łatwiej, jak się urodzi dziewczyna, bo przecież znałam już ten schemat. Później, jak dowiedziałam się, że to jednak będzie chłopak, ucieszyłam się, bo pomyślałam, że to będzie coś nowego. Z perspektywy czasu widzę, że Józek jest takim katalizatorem pomiędzy dziewczynami. Gdyby to była trzecia dziewczyna, to te konflikty mogłyby narastać, a ten słodki mały chłopczyk bardzo często rozładowuje jakąś bardzo napiętą sytuację pomiędzy nimi.

Twoja więź z synem różni się od tej, która łączy Cię z córkami? 

Wydaje mi się, że każde dziecko kocha się inaczej, za każdym razem to jest inna relacja. Ale różnicę, o którą pytasz widzę wyraźnie: Józek jest prosty w obsłudze, z dziewczynami trzeba więcej rozmawiać, kłaść większy nacisk na sferę emocjonalną. Z synem ta komunikacja jest prostsza: konkret za konkret. A z dziewczynami jest drugie, trzecie, a czasem nawet dziesiąte dno (śmiech).

Co jest dla Ciebie najważniejsze w wychowaniu dzieci?

Dla mnie najważniejsza jest rozmowa. Jak pojawia się jakiś trudny temat, mielę go nawet do momentu aż pojawią się krzyki, złość czy wkurzenie, bo uważam, że jeżeli się czegoś nie przegada, to zostaje na lata i wybucha w najmniej oczekiwanym momencie. Ale nie zapominam też o rozmawianiu o miłych rzeczach, o tym, co nam się udaje, co było fajne, co nam się dobrego przydarzyło, żeby dzieciaki nie miały takiego poczucia, że ja tylko rozliczam z różnych rzeczy i obowiązków, ale żeby czuły, że dostają ode mnie też bardzo dużo wsparcia. I jeszcze jednej rzeczy chcę ich nauczyć: jak popełnią błąd, muszą wiedzieć, że zawsze jest jakieś wyjście awaryjne, zawsze można spróbować jeszcze raz, zawsze można coś poprawić.

Jaką jesteś mamą?

Ja zdecydowanie daję wędkę, a nie rybkę. Pomagam znaleźć wyjście z danej sytuacji czy problemu, ale nie przynoszę gotowego rozwiązania.  Jestem też mamą, która daje swobodę i nakierowuje, sygnalizuje: Ciepło. Zimno. To jest fajne, tego nie robimy, bo to sprawia przykrość, jest nieprzyjemne, wulgarne, bezczelne…

Rozpieszczasz swoje dzieci?

Ogólnie mam bardzo racjonalne podejście do życia, uważam, że nie ma co kupować niepotrzebnych rzeczy, robić czegoś na pokaz. Chociaż jednocześnie myślę, że od czasu do czasu jest nam potrzebna ta „wisienka na torcie”. Przyjemności lepiej smakują, kiedy pojawiają się raz na jakiś czas. Moim dzieciakom pokazuję, że fajnie żyć skromnie, rozsądnie, uczę je oszczędzać, zbierać pieniądze na rzeczy, które chcą sobie kupić, ale też mobilizuję do zastanowienia się, czy na pewno te rzeczy są im potrzebne. Równocześnie chcę, żeby miały poczucie, że życie jest od tego, żeby spełniać swoje marzenia, więc jeżeli czegoś naprawdę pragną, muszą do tego dążyć.

Co Twoje dzieci mają z Ciebie?

Najbardziej do mnie podobna, co mnie czasem wkurza (śmiech), jest Jagoda. Nierzadko patrzę na nią i wiem, że na wiele sytuacji ja bym zareagowała identycznie. Ale przez to, że to widzę u niej i w niej odbijam się jak w lusterku, myślę sobie: O nie! Co za czort! Co za zakapior! Ale wiem też, że to jest dziecko, które poradzi sobie w każdej sytuacji, nawet jak jej się powinie noga, ona się podniesie, otrzepie i pójdzie dalej. Jagoda potrafi poprosić o pomoc, podpytać, pod kątem życiowym – jak na 9-latkę – jest bardzo ogarnięta życiowo. Ze szkołą bywa różnie, ale ona to, czego nie doumie, to sobie w jakiś sposób załatwi.

Wkurzasz się czasem na dzieci, puszczają Ci nerwy?

Są takie momenty. Staram się, żeby było ich jak najmniej. Uczę też dzieci, że jest masa sytuacji, kiedy nie musimy się denerwować, bo one nie mają znaczenia: jak coś się zepsuje, jak coś nam się nie uda, to świat się nie kończy, zawsze można wymyślić plan B albo…posprzątać. Ale oczywiście bywa, że wybucham, że krzyknę. Głównie dzieje się to w sytuacji, kiedy jestem zmęczona, a dzieciaki wzajemnie się nakręcają, dochodzi do eskalacji jakiegoś problemu trzeciego świata, który oczywiście nie jest żadnym problemem, ale według nich jest dużym i ja mam w tej całej sytuacji zająć stanowisko sprawiedliwego sędziego, bo oczywiście każde z nich ma rację…  W takich momentach mam serdecznie dosyć, ale na szczęście jest ich całkiem mało.

Często wyjeżdżasz z dziećmi: podróżujecie jak nie po świecie, to po Polsce.

Tak, bardzo często. Ale to są na tyle fajne dzieciaki, że one potrafią się sobą zająć, więc jak wyjeżdżamy, to na takich wakacjach ja naprawdę mogę odpocząć. Oczywiście chętnie się angażuję w gry planszowe, układanie puzzli czy czytanie książek, ale znajduję też czas dla siebie. Nie jestem urobioną matką, która od 8.00 do 19.00 obrabia towarzystwo, a jak ono pójdzie spać, to zmęczona może znajdzie 15 minut dla siebie, zanim nie zaśnie na stole. Ale to wynika z tego, że oni są od małego przyzwyczajeni do tego, że my jesteśmy nawzajem dla siebie. To nie jest tak, że ja jestem ich własnością, mam jakąś autonomię, mam też swoje życie. Nie jestem matką, która jest 24 godziny na dobę na ich usługach.

Jaki masz patent na patchwork?

Przede wszystkim ja zawsze wychodziłam z założenia, że to, że się z kimś rozstajesz, nie oznacza, że nagle ta osoba znika z powierzchni ziemi, a Ty zostajesz z czystą kartą. Zostaje przecież też cała rodzina związana z tą osobą i to jest dla mnie bardzo cenne. W sytuacji, kiedy potrzebuję pomocy, mogę zadzwonić do rodziców mojego byłego męża – ojca Karoliny i Jagody – czy do rodziców taty Józka i tą pomoc otrzymam. Staram się szukać powierzchni łączącej, a nie podziałów. Dzieci to jest zawsze nadrzędna wartość i ja muszę tak to układać, żeby to wszystko grało. Warto też dać sygnał w przedszkolu czy szkole dziecka, że rodzice się rozstali, nie bać się tego, nie wypierać, nie ukrywać przed wychowawcą, to powinna być jasna sytuacja. Bo jeżeli cokolwiek złego zacznie się dziać z dzieckiem, to te osoby mogą zareagować, skontaktować się z nami, pomóc. Dziecko może to przecież naprzeżywać na swój sposób.

Kiedy Twoje dzieci Cię wzruszają?

Pamiętam niedawną sytuację, kiedy Jagoda wróciła ze szkoły z bukietem konwalii, a to nie był dzień kobiet, imieniny, nic. Ja na to: Skąd masz te kwiaty? Ona: Kupiłam przy przystanku autobusowym dla Ciebie. Wiem, że Ty mamo bardzo lubisz konwalie, a akurat zostało mi 5 złotych, zobaczyłam, że mi na nie starczy, więc pomyślałam sobie, że zrobię Ci taką przyjemność i Ci je kupię. Powiem Ci, że mnie to rozwaliło… Nawet teraz jak o tym mówię, chce mi się płakać. Józek też mnie rozczula! Kiedy np. jedziemy autobusem do przedszkola, on siedzi, patrzy się na mnie maślanymi oczami i mówi: Jesteś moją królową! To są najpiękniejsze rzeczy, jakie można od syna usłyszeć. Karolina z kolei wzrusza mnie takim zwyczajnym rytuałem: zawsze jak robi kawę sobie, pamięta o mnie. To są drobne rzeczy, ale to mi pokazuje, że oni są na mnie uważni, że wychowuję fajne dzieciaki.

Chciałabyś mieć jeszcze dzieci?

Na dzień dzisiejszy jestem usatysfakcjonowana, jest mi dobrze z tą moją trójką. Ale: nigdy nie mów nigdy, więc nie wiem… Zostawmy to pytanie zawieszone, żebym później nie musiała odszczekiwać (śmiech). Karolina miała być jedynakiem, a mam trójkę dzieci, więc widzisz jak się sprawy potoczyły (śmiech).

Czym jest dla Ciebie macierzyństwo?

Ja sobie na serio nie wyobrażam tego, że mogłoby moich dzieci nie być. Jak budzę się rano i widzę ten młyn: tu jedno wlatuje, tu Józek mi się pakuje do lóżka, Jagoda jęczy, dlaczego jeszcze nie dostała śniadania, że za 3 minuty musi wyjść na autobus…A ja? Czasem mam takie myśli: Może sobie cichaczem wyjdę i nikt się nie zorientuje, że mnie nie ma? Ale z drugiej strony wiem, że bym zwariowała bez tego. To jest dla mnie taki punkt odniesienia: moje dzieciaki – moja rodzina. To jest super, że mam do czego wracać.