15.09.2019

Wywiadówka: Magda Mołek

Jeszcze przed spotkaniem przez telefon uprzedza mnie, że ta rozmowa nie będzie słodka. I nie jest, co mnie cieszy. Jest w niej prawda, nerw bycia matką, samo życie. Magda niczego nie lukruje, odważnie i głośno mówi o tym, że macierzyństwo boli, bywa ograniczeniem, że ona jako matka często nie wyrabia, nie ma siły, że ma momenty załamania. Jej macierzyństwo nie jest glamour, bo w takie ona nie wierzy, na takie się nie godzi. Wobec tego wywiadu nie godzi się przejść obojętnie. Mnie dotkliwie poruszył, czas na Was.

8 lat temu urodził się Twój pierwszy syn, Henryk. Jakie emocje temu towarzyszyły?

Samemu porodowi, bo był przez cesarskie cięcie, towarzyszył, nie boję się tego powiedzieć, zwierzęcy strach. Czułam się jak w potrzasku: nagle zespół lekarzy zapanował nade mną i moim ciałem, nikt niczego nie wyjaśniał, nie tłumaczył. Pamiętam komendę po podaniu znieczulenia, bym dotknęła swoich ud i powiedziała, czy je czuję. Miałam wrażenie jakbym dotykała obcego ciała, nie miałam już nad nim kontroli. Nie wiedziałam co mnie czeka, byłam bezradna wobec tego, co się działo. Psychicznie, wtedy, zupełnie mnie to rozbiło. Zobacz, nawet teraz, jak o tym mówię, łamie mi się głos… Porównując cesarkę do porodu naturalnego, a tak urodziłam drugiego syna, widzę wszystkie wady tego pierwszego, ale wtedy nie było innego rozwiązania. Jedno jest wspólne: miłość do dziecka. Ona bez względu na wszystko, zawsze jest taka sama. Myślałam, że nie da rady pokochać dwóch naraz, a tymczasem okazało się, że w matczynym, w kobiecym sercu jest miejsce na miłość całego świata. Mnie samą oba porody bardzo wzmocniły. Ale to ten naturalny dał mi poczucie sprawczości. Wiem teraz, czym jest potęga natury. Wiem, że dzięki temu wysiłkowi jestem w stanie udźwignąć wszystko. Rodząc dziecko dotykamy jakiegoś misterium, największej mocy, niewypowiedzianej miłości, chyba jednak czegoś, czego ja nie umiem opisać słowami (śmiech).

Współpracując z Fundacją Rodzić po Ludzku, słucham na co dzień historii rodzących kobiet. Wiem, jak często źle to wygląda, ale też widzę, jak wiele się zmienia. My same, chcąc mieć dobry, spokojny, szczęśliwy poród, musimy znać swoje prawa. Tak, tak, kobieta, która rodzi, ma prawa a nie tylko obowiązki. I czas o tym mówić głośno! Sama przekonałam się ilu rzeczy nie wiedziałam, stawiając się w szpitalu. W Polsce obowiązują standardy opieki okołoporodowej, które dają rodzącej szereg należnych jej przywilejów, które szpital i personel mają obowiązek zapewnić. Z ankiet, które Fundacja zbiera od kobiet rodzących w naszych szpitalach wynika, że w wielu miejscach tak się nie dzieje. To się nie zmieni, jeśli nie będziemy się o to upominać. Na stronie Fundacji można znaleźć wszystkie informacje, naprawdę warto tam zajrzeć przed porodem. A zadbać trzeba nie tylko o wyprawkę dla maluszka, ale o swój komfort w tym najważniejszym dniu w życiu. I to nie jest fanaberia, tylko prawo.

Moje doświadczenia z porodów są różne i gdybym miała kiedyś opisać swoje życie, to skupiłabym się na tym, jakim człowiekiem się stałam dzięki temu, że doświadczyłam macierzyństwa.

Jakim jesteś człowiekiem? Jak Cię macierzyństwo zmieniło?

Bardzo mnie zbudowało, wzbogaciło, dało świadomość mojej mocy. Supermocy! Dzięki decyzji o porodzie naturalnym, przekonałam się jak idealny jest kobiecy organizm, kiedy pozwoli się naturze działać. Nigdy przedtem, ani nigdy później nic, co się w moim życiu zdarzyło, nie było w stanie nawet w połowie dorównać emocjom, które daje powitanie na świecie dziecka.

Miłość do Henia pojawiła się od razu?

Tak. Kiedy tylko położono mi go na piersi, pocałowałam go i powiedziałam mu, że go kocham i że na niego czekałam. Natychmiast przestał płakać.

Jak wyglądały Twoje początki jako mamy? Miałaś baby bluesa?

Powiem to z doświadczenia matki dwójki: przy pierwszym jesteś jak dziecko we mgle, w sensie, że ty matka, jesteś jak dziecko. Jeśli nie ma wokół Ciebie innych kobiet, które znają temat od podszewki i które Cię wesprą, to nic nie wiesz. Mnie się wydawało, że jestem osobą doświadczoną, miałam wtedy 35 lat, naczytałam się, nasłuchałam, przygotowałam i myślałam, że wszystko już wiem. Okazało się bardzo szybko, poczynając od sali operacyjnej, że ja niczego nie wiem i na nic nie jestem gotowa, bo nikt mi nie powiedział, nie przygotował mnie na to, co mnie może spotkać. Zabrakło mi wiedzy, jak pewne procesy będą przebiegać, jak będę się wtedy czuć, jak mam się w tym odnaleźć. Mam Hashimoto, więc po porodzie wpadłam w hormonalną i emocjonalną huśtawkę. Starszy syn urodził się w sierpniu, a ja w grudniu padłam na łóżko i tak zostałam. Stres, nieprzespane noce, cesarskie cięcie, karmienie piersią, to wszystko było za dużym obciążeniem dla mojego organizmu. Musiały minąć kolejne długie miesiące, zanim zaczęłam stawać na nogi. Bardzo nam wtedy pomogli nasi rodzice. Moja teściowa, mimo wymagającej pracy zawodowej, spędzała z Heniem mnóstwo czasu. Mąż, dziadek, babcie, to był krąg wsparcia. Niezbędny, kiedy w rodzinie pojawia się noworodek.

Jak sobie radziłaś, kiedy pojawił się Stefan, Twój drugi syn?

Dzisiaj już wiem, że jak się ma jedno dziecko, to naprawdę nie jest źle (śmiech). Przy dwójce  poczucie, że nie nadążasz, że się nie wyrabiasz, jest nie dwa a sto razy większe. Okazało się szybko, że w sercu jak już mowiłam jest miejsce na miłość do dwóch, ale rąk do pracy nadal mam tylko jedną parę i, bez zmian, 24 godziny. A niemowlę, które potrzebuje mnie cały czas, zjada nagle czas starszego syna, z którym byłam do tej pory na 100%. Jak to podzielić? To do dziś jest mój największy ból głowy.

Masz wyrzuty sumienia?

Już nie. Zamiast się tym zamartwaić, działam. Wiem, że Henio by oczekiwał, że zostawię Stefanka i zajmę się tylko nim. Rozumiem to, bo sama mam starszego o 2 lata brata, ale kiedy na świecie pojawił się nasz młodszy brat, odczułam, że mamy było dla nas mniej. Dziś wiem, że ten pierwszy rok, kiedy pojawia się niemowlę, jest najtrudniejszy. Henio chodzi już do szkoły i to oczywiście wiele upraszcza. Ale gdy mam za soba kolejną nieprzespaną noc z małym, choćby nie wiem co, wstaję i razem jemy ze starszym śniadanie. Chcę z nim usiąść, porozmawiać, przygotować go na nowy dzień. Ta podzielność czasu na dwoje jest bardzo skomplikowana, odbywa się kosztem matki, szczególnie, kiedy dzieci są małe, bo mimo, że mają kochającego tatę, to wszystkie pytania i tak zaczynają się od „Mamo, a czy…” (śmiech).  Ojciec jest oczywiście wspaniały, bo zabierze na rolki, do kina, ale to mnie oni obaj wciąż potrzebują bardziej. Moje serce jest… a może ja mam dwa serca? Czasem tak czuję (śmiech).

Jak przygotowywaliście Henia na przyjście na świat brata?

Wydawało mi się to naturalne: rozmawialiśmy, kto jest w brzuchu, od początku było imię, więc on wszystko wiedział. Ale nie przygotujesz dziecka na przyjście na świat rodzeństwa. Może niektórym rodzicom się to udaje? Nam nie poszło gładko, mimo, że mieliśmy nadzieję, że wszystko jest wyjaśnione. Różnica wieku, 7 lat,  powoduje, że mamy dwóch jedynaków. Dorosłym z trudem przychodzi zrezygnować z pierwszego miejsca w szeregu, a co dopiero dziecku. Myślę, że długo w głowie starszego dziecka utrzymuje się pretensja o to, że mama czy tato,  nie robią czegoś tylko dla niego.

Henio jest zazdrosny o brata?       

Henio jest bardzo szlachetnym człowiekiem, więc nie sądzę, żeby on to tak nazwał. Myślę raczej, że to rozczarowanie, że jemu uwaga nie jest poświęcana w 100%.

Z jednej strony on widzi przecież, że Stefan wymaga opieki non stop, że trzeba go nakarmić, przewinąć, wykąpać, ułożyć do snu, poczytać bajkę. Z drugiej ma słuszny żal, że nie jest już najważniejszy, choć ciągle mu tłumaczę, że tak samo ważny i kochany.  Dlatego takie istotne dla mnie są te momenty, kiedy jesteśmy razem rano przy śniadaniu, bo potem w ciągu dnia jest różnie. Za to wieczorem jest czas dla Henia. Rozmawiamy, wygłupiamy się, omawiamy sprawy. I kiedy słyszę Mamo, kocham Cię, wiem, że jest dobrze.

A w ogóle uważam, że my, polskie kobiety, jesteśmy supermenkami. Mamy to w genach. Nieważne, czy masz dwie opiekunki czy nie masz żadnej, polska matka zawsze ma wyrzuty sumienia, że zrobiła za mało. Poświęciła, za mało czasu, za mało uwagi. Mogę to powiedzieć publicznie: to jest tak, że naprawdę, my polskie kobiety, nadal stawiamy siebie na końcu, jeśli chodzi o nasz dobrostan. Mimo, że jesteśmy feministkami, mimo, że jesteśmy dużo bardziej świadome, oczytane, wciąż dobro dziecka jest nadrzędną wartością dla większości mam. Jak poczytałam sobie o francuskim modelu macierzyństwa, to się delikatnie mówiąc zdziwiłam. Tam np. dziecko musi naprawdę głośno płakać, by ktoś się nim zaintersował. Moje tylko zakwilą, a ja już jestem w gotowości (śmiech).

Jakim dzieckim jest Stefan: łatwym w obsłudze czy wymagającym?

Stefan ma teraz 1,5 roku i niestety sen to nadal nie jest jego ulubione zajęcie. Ratują mnie wtedy 2 rzeczy. Po pierwsze poczucie humoru –  śmieję się z siebie, że nie ma co narzekać, że się nie wyspałam, bo mi i tak mówią, że ładnie wyglądam, choć ja ledwo stoję. Po drugie empatia, czyli myślę o tym, że jestem szczęściarą, bo w sytuacjach totalnie kryzysowych mogę liczyć na męża, na mamę, na nianię, a przecież w kraju żyje tyle samotnych matek, które naprawdę nikogo nie mają.

Sprzeciwiam się lansowanej wersji macierzyństwa „glamour”, gdzie w domu jest posprzątane, rzęsa zrobiona, pazur wymalowany, latte podane a w tle siedzi uśmiechnięty bobas. Rozmawiam z innymi mamami i żadna, naprawdę żadna nie ma takiego życia. Może miewamy bardziej wytworne momenty, ale codzienność jest trudna. Jest więc prawdopodobne, że taki świat istnieje, uważam jednak, że jest jedynie wykreowany. Macierzyństwo poza jego stroną fizyczną, czyli faktem, że jesteś niewyspana, schorowana, nie masz kiedy iść zrobić siusiu, o prysznicu nie wspominając, ma też drugą, tę emocjonalną. Bo przecież to jest ciężar odpowiedzialności. Za wszystko. A w tej obecnej w mediach wersji macierzyństwa “na pokaz” nie ma miejsca na wątpliwości, rozterki i łzy. Każda Mama jest supermenką, ale każdej mamie też czasem coś się dzieje. Kiedy mój syn mnie pyta: Mamo, dlaczego jesteś dzisiaj zła? Mówię mu: Nie jestem zła, jestem zmęczona. Nie będę przed nim pudrowała nosa i rzeczywistości. Tłumaczę mu, że teraz jest trudny czas, wymaga od nas wszystkich poświęcenia i trzeba go przetrwać. Mamusia jest niezniszczalna? Nie, jest zniszczalna, niestety. Macierzyństwo więc czasem boli fizycznie, kto tego nie doświadczył, ten nie wie.

Jaką jesteś mamą?

Przyznaję szczerze, bywam nadopiekuńcza, ale do rodzica-helikoptera na szczęście mi daleko (śmiech).

Mój mąż mnie stopuje, on wprowadza równowagę. Choć nasze role nie są sztywno podzielone. No ale … kto przeżywa, że dziecko idzie do przedszkola? Matki. Przeczytałam w jakiejś mądrej książce, że przez pierwsze 2 tygodnie, kiedy dziecko idzie pierwszy raz w życiu do przedszkola, powinien odprowadzać je tatuś, bo mniej wtedy dzieci panikują. I u nas zrobił to tatuś. Naprawdę polecam tę metodę. Działa! Ja oczywiście siedziałam w domu i chlipałam z tęsknoty i obawy a mąż przychodził i mówił: Henio poszedł do sali odważnie, nie płakał. A ja? (śmiech).

Jestem też mamą szczęśliwą. Cieszę się, że wychodzę z tego najtrudniejszego okresu rozwoju Stefanka. Jestem mamą wyrozumiałą i bardzo bym chciała, żeby udało mi się moich synów wychować na ludzi wolnych, otwartych i tolerancyjnych. Żeby wiedzieli, że ich wolność kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność innych. Żeby szacunek do różnorodności, wyznania, orientacji był oczywisty, żeby się nie dali zwieść hasłom ludzi, którzy chcą  po swojemu ustawiać nam rzeczywistość. Żeby mieli otwarte umysły i wielkie serca. Jaki wybiorą zawód, zupełnie mnie nie zajmuje. Niech będą szczęśliwi.

Widzisz w swoich synach coś z siebie?

Oni są uparci, konsekwentni, uważam, że mają piękne dusze. To będzie trochę głupio brzmiało, bo wyjdzie, że mówię o sobie, ale faktycznie myślę, że to są otwarte i piękne serca, że oni są serdeczni, ale charakterni. I to jest wspaniałe! Starszy, tak jak ja, filozofuje (śmiech). Są wymagający, ciekawi. Nasz maluch też już pokazuje świat palcem, jakby chciał wiedzieć: A co to jest? 26 maja, w Dzień Matki, o godz. 6.00 powiedział: Mamo, mamo, mamo! Nie ma lepszego prezentu! Tym bardziej, że do tej pory mówił tylko tata.

Co dzieci zmieniają w związku?
Moim zdaniem bardzo wiele, o ile nie wszystko. Nikt nas nie przygotowuje do roli rodziców. Jestem za tym, by rzetelna edukacja seksualna była wreszcie obowiązkowa w polskich szkołach, a jej ważnym rozdziałem było „przysposobienie do życia w rodzinie”. I to nie jest żart. Rodzicielstwo bez przygotowania jest jak operacja na otwartym sercu, prowadzona przez ogrodników. Szaleństwo! A dzieci wywracają rzeczywistość. Nie ma już tylko „ty i ja”, jest „my i chłopcy”. Oboje rezygnujemy ze wspólnego czasu. Nam, kobietom, jakoś łatwiej zapomnieć o swojej zawodowej drodze, ale mężczyznę wyrwać z torów kariery – to jest chyba niemożliwe. Uważam, że ojcowie stopniowo dojrzewają do stuprocentowego zaangażowania w dzieci i w dom. Poza tym, tatuś po nieprzespanej nocy natychmiast kwalifikuje się na oddział ratunkowy (śmiech), a ty? Poprawiasz koronę i zasuwasz. Polska kobieta ma 20 etatów w dwóch dłoniach, ale jak nie ma wsparcia od mężczyzny, to życie może szybko zmienić się w piekło. Cieszy mnie wzrost świadomości u polskich tatusiów. Każdy mężczyzna, którego mijam w parku na spacerze z dzieckiem, to mój bohater, serio!

Kiedy jesteś dumna z siebie jako matki albo ze swoich synów?

Bycie dumną przychodzi mi z trudem w każdej dziedzinie, wydaje mi się to egoistyczne. Raczej czuję się spokojna. Jak mawia Sophia Loren, bywam szczęśliwa, a na co dzień jestem kontenta. To wystarcza. A gdy patrzę na swoich chłopców, szczególnie, kiedy się do siebie tulą i razem rozrabiają, to jestem szczęśliwa.

Bywa, że wkurzasz się na swoje dzieci?

Pozwalam sobie na to. Bywam niecierpliwa, zrezygnowana, pewnie przez to niesprawiedliwa.  Ale zasadniczo można ze mną negocjować (śmiech). Nie jestem mamusią, która na wszystko przymyka oko. Nie, nie, to nie ja. Twoja wolność, synu kończy się tam, gdzie zaczyna się moja.

Mówię dzieciom prawdę. Posłuchałam na wykładzie z psychologii dziecięcej takiej dobrej rady: jeżeli wymagasz od dziecka jednego a sam robisz drugie, to zapamiętaj zasadę: ono nigdy nie będzie robić tego, co mu mówisz, tylko to, co robisz. Bo ono nie słyszy słów, ale widzi czyny. Staram się więc być przykładem. Choć nie zawsze mi wychodzi.

Miałaś marzenie posiadania córki?

To jest naturalne. Ale bardzo szybko to sobie wytłumaczyłam. Obróciłam to w żart, że takie kobiety jak ja, muszą mieć wokół siebie tylko mężczyzn, bo królowa musi być jedna (śmiech).

Adoptowałaś córkę?

Tak, to się nazywa adopcja serca. Bibiana, bo tak ma na imię, była niemowlakiem, gdy zdecydowałam się na tę formę pomocy. Szymon Hołownia i jego Fundacja Kasisi wspiera sierociniec w Afryce. Taki rodzaj adopcji to w praktyce wsparcie finansowe. Ustalasz z Fundacją, na jaki miesięczny wysiłek finansowy cię stać, deklarujesz kwotę, w banku ustawiasz zlecenie stałe i już. Każdy może to zrobić. A tam na miejscu te środki są wykorzystywane tak, jak są potrzebne, na leczenie, jedzenie, naukę. To naprawdę niewielki wysiłek a dla tych dzieci ogromne wsparcie. Pomaganie innym pokazuję Heniowi. Wzruszył mnie któregoś dnia, gdy przyszedł ze szkoły i poprosił, byśmy wpłacili pieniądze na rzecz dziewczynki, której plakat z prośbą o wpłaty zobaczył w szkole. I jeśli miałabym powiedzieć, kiedy jestem dumna z dzieci, to na pewno był ten moment.

Chciałabyś mieć więcej dzieci?

Bardzo bym chciała, ale już za późno. Może gdybym była młodsza? Zawsze będę powtarzała: zajście w ciążę, donoszenie jej, poród a potem wychowanie dziecka jest dla kobiety ogromnym wysiłkiem. Większość z nas płaci bardzo wysoką cenę za to, żeby być mamą. Ja już nie mam czym płacić (śmiech).

Czym jest dla Ciebie macierzyństwo?           

Jest wyzwaniem, bywa ograniczeniem, ale staje się wielkim szczęściem, wtedy, kiedy emocjonalnie i fizycznie jesteś w stanie to udźwignąć. Przyznaję, mam momenty załamania. Przez ostatni rok wielokrotnie płakałam ze zmęczenia i bezradności. Po prostu siedziałam w kącie i płakałam, i pozwalałam sobie na to. Będę o tym głośno mówić, bo jestem w 100 % pewna, że takich jak ja, matek, jest więcej. Przestańmy opowiadać bajki, że jest tylko cudownie, bo każda matka, wie, co to znaczy, usiąść i pomyśleć Nie, już nie dam rady, niech teraz ktoś to za mnie zrobi, bo po prostu nie da się i już. Oczywiście to są tylko momenty, bo za chwilę wstajesz i  działasz. Ale mamy prawo do załamania, by sobie popłakać, by się złościć, mamy nawet prawo myśleć: Po co mi to było? To jest to moje filozofowanie, ale ja już wiem, po co mi to było: tego chciałam, marzyłam o tych chłopcach i dostałam coś najpiękniejszego na świecie. Macierzyństwo to jest proces, to jest praca, to są wyrzeczenia. Nieustannie dbać o jego rozwój, dmuchać i chuchać, bo z macierzyństwem jest jak z miłością, bez uważności, jest puste. Trzeba też o tym rozmawiać, żalić się, poprosić o pomoc: Weź teraz dziecko, proszę,  jesteś ojcem. Ja tak robię. Nie wychodzę z domu na dwa dni, ale wychodzę do drugiego pokoju, żeby się, nie wiem, powachlować. Są ludzie dookoła, poproś o pomoc, każdego, nawet sąsiadkę, jeśli musisz wyjść do sklepu. My jesteśmy tak wychowane, by się nie narzucać. I wciąż myślimy, że wszystko zrobimy same. Guzik, wielki, prawda. Jak się rwie, to się tak urwie, że się wykończysz i będziesz w jeszcze większych tarapatach. Więc jak jest jeszcze średnio źle, warto się odważyć i poprosić kogoś o pomoc. Utarło się powiedzenie, że nie odmawia się ciężarnej. A matce z dzieckiem? Nie ma takich mocarzy (śmiech).

Boisz się czegoś jako matka?

Akceptuję to, co się dzieje, co los przynosi, bo naprawdę głęboko wierzę w to, że wszystko,  co nas spotyka, ma sens. Ja bym chciała tylko, żeby moje dzieci były szczęśliwe, żeby im się wiodło, żeby dostąpiły tej wspaniałości, jaką jest miłość. Czego się bać? Upływu czasu? Zamierzam odzyskać to swoje życie sprzed dzieci. Kiedy? Za kilkanaście lat (śmiech). Zamierzam  być 60-tką, która odbija sobie to, czego nie mogła w okolicach 40-stki, to jest mój plan. Spotkało mnie w życiu wiele pięknych rzeczy, ale również złych. Bogactwo tych doświadczeń jest błogosławieństwem, dzięki niemu łatwiej mi rozumieć pewne procesy. I tak sobie idę przez to życie, bacznie się mu przyglądając. Bać się, że coś co mi spadnie na głowę? Jeśli już, to wierzę, że to będzie szczęście. I tego się trzymam.

Zdjęcia: Aneta Zamielska