12.01.2020

Wywiadówka: Maciek Rock

Maciek Rock jest ojcem zaangażowanym i odpowiedzialnym. Odpowiedzialność – mówi o niej często, ale nawet gdyby tego nie robił, to ja czuję, że on tak czuje. Maciek jest też szczery i zabawny, wyluzowany, a jednocześnie konsekwentny w swoich ojcowskich działaniach. To robi wrażenie. Ale chyba największe wrażenie zrobił na mnie, opisując swoją żonę. Nikt mi tak pięknie nie opowiadał o swojej partnerce, niewielu potrafi tak docenić. Maćku Rocku: You rock!

 12 lat temu urodziła się Twoja pierwsza córka, Hania. Byłeś raczej młodym ojcem.

Miałem 29 lat. Ale czuję, że wcale nie byłem młody, wręcz żałuję, że tak późno miałem dzieci. Powinienem był je mieć w wieku 25 lat! Dzisiaj, jak mam 41 z groszami – co mi dzieci wypominają co do miesiąca (śmiech) – to widzę, że wciąż jesteśmy z żoną skłonni do zabawy, chcemy i możemy imprezować. Gdyby nasze dzieci miały po 16 lat, moglibyśmy nawet sami wyjeżdżać na wakacje.

Nie bałeś się rodzicielstwa? Nie miałeś żadnych wątpliwości?

Nie, ja nawet pamiętam, w jakiej pozycji począłem moje dziecko (śmiech), tak bardzo chcieliśmy je mieć. I łatwo poszło. Było wiadomo, że ma być i było super.

Byłeś przy porodzie?

Przy pierwszym moim dziecku byłem tuż za drzwiami – mieliśmy cesarkę i to były czasy, kiedy nie można było być z partnerką w środku. Przy dwóch kolejnych – była już taka opcja, byłem w środku.

Jaki były Wasze początki z Hanią?

Pamiętam, że po dwóch tygodniach od jej urodzenia, moja żona zapytała mnie, czy może ją wykąpać, bo ja to wszystko ogarniałem. Przeczytałem wszystko, wiedziałem wszystko, wszystko chciałem robić! Oboje byliśmy bardzo przejęci, jak to z pierwszym dzieckiem: za bardzo. Z trzecim już tak nie jest (śmiech).

Pierwsze dziecko Cię zmieniło?

Bardzo, oczywiście, że tak. Co byśmy nie mówili o równouprawnieniu i podziale obowiązków, wiadomo, z czym wiąże się poród dla kobiety: że jej całe życie się zmienia, jej ciało się zmienia, staje się mamą. Ale u faceta też wszystko się zmienia: nagle stajesz się głową rodziny, trzeba zapewnić rodzinie bezpieczny ogródek.

Poczułeś taką odpowiedzialność?

Absolutnie i czuję ją do dzisiaj.

2,5 roku po Hani pojawił się syn, Antoni…

Też za późno! Dziś uważam, że między dziećmi powinna być jak najmniejsza różnica wieku, co zrozumieliśmy, jak Antek już podrósł na tyle, że mógł się z Hanią bawić, a my nagle mieliśmy więcej czasu dla siebie. To było bardzo cenne.

Z dwójką było znacznie ciężej?

My się w tych dzieciach tak trochę zamknęliśmy. Wyciąłem sobie imprezy, wychodzenie ze znajomymi. Naprawdę zajęliśmy się dzieciakami. Byliśmy bardzo przejęci i pochłonięci. Nie mieliśmy momentów odrzucenia, że: O Jezu, dzieci! Bez sensu. Po co one są? Nie mamy czasu da siebie. Na tyle się wybawiliśmy, że stać nas było mentalnie na taki moment całkowitego skupienia na dzieciakach.

Jaką relację mają Hania i Antek?

Kochają się i naparzają, i to jest normalne, nie wywołuje to u mnie przyspieszonego bicia serca. Też mam rodzeństwo: dwóch braci i siostrę. Z jednym z nich tłukłem się nawet 3 miesiące temu (śmiech). Zawsze lubiliśmy to robić i chyba nam to zostało. Mam nadzieję, że moje dzieci będą miały tak samo. Jak nas widziały, to pokrzykiwały: Wy też się bijecie! A nam nie pozwalacie!

Inne masz podejście do syna, inne do córki?

Oczywiście, to są zupełnie inne emocje. Do pewnego momentu jest podobnie, bo aktywności, które podejmują są podobne: idą do przedszkola, występują w przedstawieniach, mają pierwsze konflikty…Ale potem dziewczynki idą w jedną, a chłopcy w drugą stronę. Bardzo fajne jest to, że mogę przeżywać obie te rzeczy, mam pełne spektrum. Fajnie jest z córką gdzieś wyjechać, pozwiedzać, ale nijak ma się to do meczu z synkiem: kiedy on strzela bramę. Radość z uczestnictwa w takim meczu to coś zupełnie innego niż wyjście z córką do muzeum, kina czy na zakupy. Ona jednak też częściej wybiera mamę do tych aktywności, nie ma się co dziwić.

Dla kogo jesteś surowszy?

Chyba dla syna. Tak jak moja żona jest bardziej wymagająca dla córek: bo zna ograniczenia i możliwość swojej płci, a nie do końca zdaje sobie sprawę z ograniczeń i możliwości płci przeciwnej.

4 lata po Antku urodziła się Twoja druga córeczka. Co to trzecie dziecko zmienia?

Nasze starsze dzieci robiły to bardzo długo, a nasza najmłodsza córka robi to do dzisiaj: wędruje w nocy do naszego łóżka. Jeszcze 5 lat temu budziliśmy się w pięcioro: wszyscy – nie wiedzieć kiedy – pojawiali się w tym naszym łóżku. W związku z tym musieliśmy kupić łóżko 2 metry na 2 metry.  Czasem dochodziło nawet do tego, że ja musiałem gdzieś migrować… Szczerze mówiąc, poranek zawsze był zaskakujący: nie wiedziałem, gdzie i w jakiej konfiguracji się obudzę, codziennie było inaczej. Więc to trzecie dziecko na pewno wpływa na to, że robi się pewien tłok. Powoduje też pewne problemy logistyczne: przy trzecim dziecku dużo rzeczy w swoim życiu musisz zmienić, dlatego, że świat jest skonstruowany na 2 plus 2. Samochody, wycieczki, hotele, przedziały w pociągach: są skonstruowane na 2 plus 2. Trzecie dziecko powoduje też, że na początku przez jakiś czas jesteśmy mniej mobilni, dopóki jest wózek, przewijanie itd… Ale potem to już jest rodzina, to jest banda, super sprawa. My nie potrzebujemy nikogo więcej do szczęścia. Na wakacje jeździmy w piątkę sami. Pakujemy się w furę i jedziemy zdobywać świat na miesiąc np. na camping. Jest nas na tyle dużo, że nie ma nudy. Wspólnie podejmujemy też różne życiowe czellendże. Kilka lat temu całą rodziną przestaliśmy jeść mięso. Przy czym nasza najmłodsza córka, jak jest u babci i ma ochotę zjeść sobie kotlecika, to sobie je, nie zabraniamy, ale moje starsze dzieci nie chcą w ogóle mięsa tykać, nawet ryb. Przestaliśmy też jeść cukier wiele lat temu. Byliśmy w tym przez 2 pierwsze lata bardzo radykalni. Uprzedzając pytania, moje dzieci nie czuły się jakoś specjalnie poszkodowane, a raczej czuły się wyjątkowo: Nie, nie chcę cukierka, wiesz, ja nie jem cukru (śmiech). Potem trochę wszyscy zluzowaliśmy, szczególnie na wyjazdach i wakacjach, bo w sklepie spożywczym w Portugalii niekoniecznie znajdziesz ksylitol, a czasem fajnie razem zjeść lody. Ale generalnie nie jemy słodyczy, nie kupujemy cukru. Rzadko zdarza się taki moment, jak np. pod koniec minionego roku, że dzieci po raz pierwszy od kilku lat dostały kalendarz adwentowy. Miały taką radość otwierając okienko, kiedy w środku był czekoladowy miś i one go sobie jadły. Cieszyły się z tej jednej czekoladki, jakby dostały cały wór słodyczy, bo tego na co dzień nie mają. Zabranie sobie czegoś, a potem skubanie tego, częstowanie się, bardzo, bardzo rzadko, daje ogromnie dużo radości. To jest wydarzenie.

Co widzisz w swoich dzieciach z siebie?

Nie mam takiego dystansu, moja żona widzi takie rzeczy: Ooooo tata też tak mówi. Też się tak zachowujeJak idziecie, jesteście identyczni, macie ten sam chód. Albo, że moja najmłodsza córka jest do mnie podobna, że robi takie same miny. Ja tego nie dostrzegam, chyba nie przeglądam się w moich dzieciach. Widzę natomiast, że moja starsza córka jest klonem żony. To jest niesamowite. Takie same! – Słyszą to zawsze i wszędzie. Na całe szczęście Hania jest podobna do mamy, bo mama piękna, córka też piękna.

Jakim Ty jesteś ojcem?

Przy trójce to już muszę być – jak to mówią moje dzieci – tatą surowym. Ale surowym w tym przypadku oznacza: konsekwentnym. Inaczej tego nie ogarniesz, nie ma innej opcji. Jakby co, to ja jestem tym, który czegoś zabrania i każe dzieciom iść spać o 21.00. Poświęcam im też bardzo dużo czasu, jestem bardzo dużo w domu. Od 5 lat, to ja prawie codziennie odbieram dzieciaki ze szkoły. Bardzo zwolniłem ze swoją pracą, właśnie po to, żeby mieć dla nich więcej czasu. Moje życie kiedyś wyglądało tak: przez tydzień zdjęcia, potem trzeba gdzieś pojechać na dłużej, impreza, cały czas w ruchu…Miałem taki rok, jak Hania była mała, że bez przerwy mnie nie było, taką miałem pracę. Ale pojawiła się szansa – radio – żeby to życie trochę unormować i udało się. Oczywiście z takimi konsekwencjami, że jest mnie mniej wizualnie w różnych miejscach, natomiast korzyść z tego mam niesamowitą: mam w miarę uregulowane życie i myślę, że jeszcze przez parę lat tak pociągnę. Czuję, że tak powinienem, żeby wywiązać się z odpowiedzialność za dzieci, jaką przyjąłem na siebie. Przynajmniej do pewnego momentu ich życia. Wiesz, moja 12-letnia córka już się staje coraz bardziej autonomiczna, ma swoje koleżanki, swoje sprawy, robi swoje rzeczy, już mnie tak bardzo nie potrzebuje, a jak mnie potrzebuje, to mi to komunikuje i coś wtedy razem robimy. Więc jeszcze najmłodszą córkę muszę odholować do jakiegoś bezpiecznego momentu i wtedy mam nadzieję, wrócę do jakichś większych aktywności.

Dzieci wiedzą, że jesteś Maćkiem Rockiem?

One wiedzą, że tata  pracuje w telewizji, czasem przyjdą do mnie na program, czasem gdzieś tam spotkają się z wujkiem Dowborem, który też pracuje w telewizji i żoną wujka Dowbora, która gra w różnych miejscach. Moja córka chodziła do jednej grupy w przedszkolu z Jadzią. A Jadzia jest córką Romy Gąsiorowskiej, więc ciocia Roma też jest na plakatach… Świat moich dzieci, chcąc nie chcąc, przez to, że mieszkamy w Warszawie, jest trochę skrzywiony. Nie wydaje im się niczym dziwnym, że tata pracuje w radiu, jedna, druga, trzecia ciocia jest aktorką, a czwarta napisała książkę. Oczywiście nie sililiśmy się na to, żeby wpychać dzieci do jakichś celebryckich klas. Nie. Po prostu w ich życiu zdarza się kogoś takiego spotkać, w związku z tym nie jest to dla nich nic nadzwyczajnego.

Twoje dzieci Cię słuchają? Masz posłuch?

Czasem tak. Czasem nie (śmiech). Mogę się podzielić jednym trikiem: wprowadziłem system budżetowy. Bo przecież jak się gdzieś idzie z dzieciakami, zawsze jest problem: Kup mi to, kup mi tamto. Nie można nigdzie przejść, żeby ktoś czegoś nie chciał. I – już parę lat temu – wymyśliłem genialne rozwiązanie, które do dzisiaj rozciągnęło się na wiele spraw życiowych. Moje dzieci dostają raz na tydzień pieniądze, które się zapisują na koncie u mnie w Excel’u i jak chcą coś sobie kupić, to ja jestem jedynym rodzicem, który mówi: Ależ proszę, nie ma problemu. Ale za moje? – mówi wtedy mój syn. A ja na to: A za czyje? A… to nie chcę. Za Twoje bym kupił, ale za moje to nie chcę. Ten system działa też tak, że wprowadzam kary finansowe np. za zbyt okrutne traktowanie swojego rodzeństwa.

W jakiej wysokości?

Np. 10 złotych. W tym tygodniu nic nie dostajesz. Cofam kieszonkowe albo odejmuję z konta. Staram się być w tym konsekwentny. Jestem złym gliną.

Co jest dla Ciebie najważniejsze w wychowaniu?

Ja chcę ich wychować na ludzi szczęśliwych i to jest jedyne słowo, które przychodzi mi do głowy. Niczego im też nie narzucam. Od początku wybraliśmy dla dzieci system edukacji metodą Montessori. To są szkoły wolnościowe, ten system w dużym uogólnieniu polega na tym, że dziecko się obserwuje, a nie kierunkuje. Tworzy się takie środowisko, przestrzeń, w której ono czuje się pewnie i można sobie na nie popatrzeć. Więc nie zabieram syna np. na hulajnogę, bo wszyscy chłopcy to robią. Tylko jak widzę, że on się nią interesuje, podgląda jak chłopaki jeżdżą, potem sam próbuje i jak taka pasja, pęd do hulajnogi utrzyma się u niego dłużej (np. parę miesięcy), to wtedy na urodziny czy pod choinkę ją dostaje. Ale raczej wolno to wszystko postępuje, staram się iść tak kroczek za moimi dziećmi.

Jak obserwujesz swoje dzieci, jakie smykałki mają?

Moja najstarsza córka jest maniaczką czytelnictwa. Czyta więcej niż cała reszta naszej rodziny łącznie: dwie książki tygodniowo, czyta bez przerwy. To już się ociera o nałóg. Czasem mówię jej: Hania, dość tego czytania. Wynocha na podwórko. Wyobraź sobie, jak rodzic mówi „koniec czytania”, to oznacza, że jest ono mocno zaawansowane (śmiech). Ale lubi też rysować. Bardzo jej zależy na kontaktach międzyludzkich, ludzie są dla niej ważni. Interesuje się też modą, jak wszystkie dziewczynki w jej wieku. Mój 10-letni syn z kolei kompletnie nie interesuje się modą, kompletnie nie interesuje go, w czym aktualnie chodzi i jak to się ma do świata, jest od świata wizualnie oddzielony. Za to jest niezwykle sprawny, od dziecka tak było. Boisko, a od niedawna skate park – to jest jego świat. Moja mała córka ma 6 lat i wiemy na razie tyle, że jest liderką. W rodzinie – jak to wszystkie najmłodsze dzieci – i poza nią. Bardzo ambitnie podchodzi do wszystkich działań. Wynika to z tego, że jest trzecia, więc chce nadrobić dystans, który dzieli ją od starszego rodzeństwa. I – jak to wszystkie najmłodsze dzieci – buntuje się przed tym, czego nie może, a starsze dzieciaki mogą.

Co jest dla Ciebie największym trudem ojcowskim?

Chyba ta odpowiedzialność i świadomość, ile błędów popełniło się wcześniej.

Masz już taki feedback?

Ależ oczywiście. Widząc pierwsze nasze dziecko i sposób, w jaki prowadziliśmy je z książką… Nie słuchaliśmy żadnej babci, no bo co babcie mogą wiedzieć o wychowaniu dzieci? A dzisiaj myślę sobie: Cholera mamo, mogłem Cię posłuchać i dać sobie więcej spokoju i luzu z wieloma rzeczami. Wiem, że w wielu miejscach na pewno schrzaniłem. I teraz: największy trud rodzicielski, to wybaczyć sobie samemu, nabrać powietrza i zasuwać dalej. Popełniłem błędy, bardzo ich żałuję, ale staram się ich nie rozpamiętywać, żeby mieć energię na to, żeby iść dalej.

A piękno ojcostwa?
Piękno jest codziennie. Nawet te momenty, że się budziłem z czyjąś nogą na twarzy, że musiałem się o 6 rano wygrzebywać do radia spomiędzy tych wszystkich ludzi. To było super. Jak mój syn strzela bramę w ważnym meczu, to jest ekstra, to jest piękne. Jak moja córeczka występuje w jasełkach lub innym przedstawieniu i schodzi ze sceny z takim bananem, że jej się udało, że się  nie pomyliła w wierszyku… Dzień w dzień, codziennie mam nagrodę.

Wzruszasz się w takich momentach?

Oczywiście, że się wzruszam, chociaż bardziej wzruszałem się przy pierwszym dziecku niż przy trzecim (śmiech). Ale za to trzecie dziecko jest tak pewne siebie! Bo ma atencję już od 4 osób. Ma chyba najmniej zdjęć ze wszystkich, najmniej nowych ciuszków, bo zawsze po kimś, ale za to poświęca się jej w rodzinie najwięcej uwagi. To najmłodsze dziecko wychowuje się w takim otoczeniu, że zawsze dookoła są jacyś ludzie. Moja najmłodsza córka ma też takie niepisane prawo, że zawsze może gdzieś się wrąbać, np. do swojej starszej siostry, kiedy siedzą u  niej koleżanki. Ona funkcjonuje na  zupełnie innych, wyjątkowych zasadach. Jaki to będzie miało na nią wpływ? Nie wiem. Pogadamy za 20 lat. Sam jestem ciekaw. To jest jak film: nie znasz zakończenia, nie ma spojlerów, nie wiadomo jak się kończy. To wszystko jest zaskakujące.

Jaką rolę w Waszej rodzinie pełni Twoja żona? Jaka jest mamą?

Moja żona pełni najważniejszą rolę w tym wszystkim, to jest cały szkielet naszej rodziny. Ja mógłbym sobie np. powiedzieć: Od dzisiaj nie jemy chleba. Ale ja mógłbym to sobie tylko powiedzieć, a to moja żona wprowadza u nas takie zmiany. Ona nam to komunikuje, ona nas prowadzi, a my to bez szemrania wykonujemy. Ona o nas dba, dba o to, co jemy, czy wszystko mamy, monitoruje zebrania w szkole… Bez niej naszej rodziny by nie było. To ona o wszystkim pamięta. Dlatego w naszej rodzinie to jest oś. Bo można chcieć sobie grać w piłkę, ale to mama wie, gdzie są ochraniacze, bo ja nie mam pojęcia, mój syn nie ma pojęcia i trener też nie ma pojęcia. Mama wie, gdzie jest ta bluza, która zniknęła w zeszłym tygodniu. Mama zrobi koktajl, który wszyscy musimy wypić, choć czasem jest obrzydliwy, bo jest z kurkumą, ale jest zmienna pora roku i to nas wzmocni. Dzięki temu nasze dzieci nie chorują, mają 100% frekwencję w szkole. I jest to zasługa tylko i wyłącznie mojej żony. Ja mogę się tylko dostosować: witaminka D dla wszystkich, mama kazała, trzeba zjeść. Tak to wygląda.

Chcesz mieć więcej dzieci?

Nie, nie chcę. Trzy sztuki wystarczą, fabryka zamknięta. Teraz musimy je doprowadzić do właściwego momentu, mając po drodze wiele radości, ale i problemów z tego tytułu, a potem zająć się sobą.  Będziemy patrzeć, jak dzieciaki będą dalej rosły i funkcjonowały, ale mamy też swoje plany np.: chcemy pojeździć po świecie kamperem, sami. Oczywiście teraz też czasem wyskakujemy gdzieś razem: na imprezę, na weekend, rok temu udało się nawet na tydzień. Ale fajnie byłoby mieć jeszcze więcej czasu dla siebie.

Czym jest dla Ciebie ojcostwo?

Dla wszystkich zwierząt, które poruszają się po naszej planecie – wszystko jedno, czy jesteśmy koniem, królikiem czy człowiekiem – misją jest posiadanie potomstwa, przedłużenie gatunku. Niesiony tym popędem posiadam trójkę dzieci. I dzisiaj chcę dać moim dzieciom przestrzeń do tego, żeby każde z nich mogło sobie pofrunąć w swoją stronę. Moja rola to umożliwienie im startu w tym kierunku, który sobie wybiorą i ewentualnie reagowanie, gdyby to był kierunek niebezpieczny i tyle.

Zdjęcia: Aneta Zamielska