28.04.2019

Wywiadówka: Kamil Haidar

 Kamil Haidar nie pokazuje emocjito myślę po kilku minutach naszej rozmowy. Kamil jest zdystansowany, to twardziel. Będzie trudno – myślę sobie dalej. Ale kiedy zaczyna opowiadać o dzieciach, o ojcostwie, które nazywa spełnieniem marzeń, o szczepionkach, które bolą go jak nic na świecie, wiem już, mam pewność, że rodzina to jego słabość, a dzieci to wytrych. Więc otwiera się Kamil Haidar i pokazuje emocje. A ja widzę wrażliwego i miękkiego – jeśli chodzi o rodzinę – ojca-maskotkę, do której sam lubi się porównywać. Sami zobaczcie!

Kiedy poznałeś Zosię, od razu wiedziałeś, że to będzie matka Twoich dzieci?

Brałem taką ewentualność pod uwagę (śmiech). Chociaż z facetami to chyba trochę jest tak, że my nie robimy takich dalekosiężnych projekcji. Ale faktycznie dzień, kiedy dowiedziałem się, że Zosia jest w ciąży, był najważniejszym dniem mojego życia. Doskonale go pamiętam sekwencja po sekwencji, minuta po minucie, był dla mnie przełomowy. Bardzo czekałem na pierwsze dziecko, na drugie oczywiście też, ale pierwszy raz, pierwsza ciąża… to było dużo bardziej ekscytujące, bo działo się premierowo.

Co czułeś, kiedy dowiedziałeś się, że będziesz tatą?

Brałem pod uwagę taką sytuację, byłem na nią przygotowany, więc się nie bałem. To był dobry moment, fajny okres mojego życia, dużo rzeczy miałem już zamkniętych, odhaczonych; mogłem i chciałem przestawić ster na powiększenie rodziny.

Byłeś z Zosią w tych kluczowych momentach, najważniejszych: przy porodach. Jak wspominasz pierwszy?

Zarówno za pierwszym, jak i za drugim razem, to było cesarskie cięcie. Fajnie czułem się z tym, że jestem przy Zosi w takim momencie. To było dla mnie wydarzenie, podniosły moment. Nie czułem strachu ani stresu, a ekscytację.  Za pierwszym razem udało mi się nawet poudawać ordynatora: jestem dzieckiem lekarzy, więc wszedłem na salę operacyjną pewnie, w pełnym ekwipunku i zakomunikowałem: Szanowni Państwo, możemy zaczynać. Dopiero po chwili konsternacji zorientowano się, że jestem ojcem. Pierwsze minuty życia moja córka ma przeze mnie nagrane.

Jak wyglądał ten pierwszy moment, kiedy wziąłeś ją na ręce?

To było bardzo wzruszające i wyjątkowe. Przez pierwszą godzinę byliśmy sam na sam, bo Zosia była na sali pooperacyjnej. Musiałem więc w sekundę nauczyć się, jak obchodzić się z płaczącym stworzeniem wielkości mojej dłoni. Czułem wtedy obawy, np. czy za mocno jej nie trzymam? Na szczęście pomógł mi instynkt, strachy odeszły. 

Od razu poczułeś się tatą czy więź z córką budowała się z czasem?

Z Ranią tatą poczułem się już w 5 tygodniu ciąży, rozpieszczałem ją, jak była jeszcze w brzuchu. Kupiłem jej wtedy najwięcej zabawek i innych pierdół, które okazały się zupełnie nieprzydatne. Jako stary rock’n’rollowiec kupiłem też różowe martensy na dwuletnie dziecko. Do dzisiaj ma te buty.

Założyła je choć raz?

Tak. Ale to był epizod, szybko z nich wyrosła.

Kiedy poczułeś uczucia od niej?

To jest ciekawe, bo poczułem je już w pierwszych dniach jej życia. Wtedy naturalnie potrzebowała mamy, ale ja czułem, że potrzebuje również mnie. Przeszedłem wszystko, całą rodzicielską drogę: kangurowanie, przewijanie, karmienie, usypianie…Do dziś jestem tego zwolennikiem, to buduje moje poczucie męskości, moją pewność siebie. Był też taki okres, że straciłem poczucie bycia potrzebnym, to był okres: Mama, mama! Wtedy miałem luźniej.

Nie byłeś zazdrosny?

Zazdrosny to może nie, ale robiło mi się trochę nieswojo, przyznaję. Ale powiem Ci, że przy drugim dziecku, przy recydywie, to już odczuwam ulgę, jestem przeszczęśliwy, kiedy syn żąda mamy (śmiech).

Co było dla Ciebie trudne na początku rodzicielstwa?

Przy Ranii nie pamiętam trudności. Ona świetnie spała od 6-7 tygodnia życia. A na te pierwsze bezsenne noce byłem przygotowany. Poza tym byłem na takiej adrenalinie, że nie powodowało to u mnie jakiegoś dyskomfortu. W późniejszym okresie nie mogłem sobie poradzić ze szczepieniami: Rania ich nie znosiła, a ja wiedziałem, że musimy je wykonywać dla jej dobra. Po jednej szczepionce odmówiłem udziału w kolejnych, nie mogłem tego znieść, chodziła więc Zosia albo babcia. 

Tak bardzo jesteś wyczulony na ból swojego dziecka?

Tak. To było dla mnie za dużo. Zwłaszcza, że widziałem takie mega rozczarowanie w jej oczach! To było trudne. Ale poza tym? Z Ranią było łatwo i wesoło. Jest takie powiedzenie, że z dziewczynkami na początku jest łatwo, a później jest gorzej i na razie się pod tym podpisuję obiema rękami.

Imię Rania wybrałeś Ty, ma ono dla Ciebie szczególne znaczenie…

Tak. Mój tata jest Syryjczykiem, jako dziecko wiele lat mieszkałem z rodzicami w Syrii, więc – po pierwsze – to był mój ukłon w tamtą stronę, po drugie – Rania dostała imię na cześć królowej Jordanii, która jest symbolem postępu w świecie arabskim. Ona miała bardzo duży wpływ na polepszenie sytuacji kobiet na Bliskim Wschodzie. To bardzo silna i zasłużona kobieta. Myślę, że jej imię świetnie pasuje do mojego dziecka: spodziewam się, że w przyszłości dokona równie wielkich czynów. Ale faktycznie musiałem uciec się do dużych nacisków, a na końcu do podstępu, żeby moja córka je nosiła. Były obiekcje… Na początku tylko ja byłem jego zwolennikiem. Ale jak Zosia wróciła z operacji na morfinie, wymusiłem na niej zgodę na nie. Przy drugim dziecku od razu poddałem się Zosi i jest Leonard.

No to przejdźmy do drugiego dziecka: Leonard pojawił się 2 lata po Ranii. Marzyłeś o synu?

Absolutnie nie, mówię to szczerze. Nigdy nie miałem takiego zakrętu, że musi być drzewo, syn i dom. Kompletnie jest mi to obce. Przy drugim dziecku liczyło się dla mnie tylko to, żeby było zdrowe, płeć nie miała znaczenia. Natomiast zdrowie? To było coś, co w okresie prenatalnym spędzało mi sen z powiek. Najbardziej stresujące były badania, zarówno przy pierwszej jak i drugiej ciąży. Myślałem o chorobach, nieprawidłowościach…Szczerze? Na trzecie dziecko nie zdecydowałbym się głównie z tego powodu: żeby nie ryzykować. Zresztą, dwójka dzieci to jest taka fajna grupa, która dużo czasu Ci organizuje. Chciałem, żeby Rania miała rodzeństwo, kiedy nas zabraknie i to się udało. One mają już siebie, więc jestem spokojny. A my też chcemy jeszcze sami ze sobą pożyć, mieć czas tylko dla nas. 

Jak u Was było z drugim dzieckiem? Łatwiej, trudniej?

Chcę to powiedzieć szczerze – bo pewnie większość ojców też tak czuje – na etapie ciąży było dużo mniej emocjonująco: wiele sekwencji się powtarzało, wiedziałem, co następuje po czym, wszystko szło utartym torem, nie było odkrywania czegoś nowego. Zaczęło się, jak Leonard się urodził… On miał bardzo duże problemy ze snem, więc z nim to była katorga! W sumie wciąż słabo śpi, a ma 1,5 roku: budzi się w nocy raz czy dwa. Ale w pierwszych momentach życia to on i my przerobiliśmy wszystko: kolki, alergie, cały komplet: wszystko, co może mieć dziecko, żeby nie spać. Ja byłem przerażony, że on prawie w ogóle nie śpi, pod kątem jego zdrowia. Nie byłem w stanie zrozumieć, kiedy on rośnie, kiedy się regeneruje? Ale moja matka powiedziała, że byłem gorszy, więc musiałem chyba odebrać z natury to, co sam dałem. Ale to było ciężkie.

To rzutowało na Wasz związek?

Poziom wyczerpania i stresu wbrew pozorom nie oddalił nas od siebie, ale zbliżył. Zmęczenie psychiczne i fizyczne było ogromne, bo brak snu to największa tortura: musisz jakoś funkcjonować w ciągu dnia, a w nocy właściwie nie śpisz. Odbiło się to na naszym zdrowiu, ale mieliśmy to szczęście, że na naszym związku nie.

Inaczej się kocha syna, inaczej córkę?

Poziom miłości jest ten sam, natomiast inny jest stosunek ojca do córki i inny do syna. Córeczka tatusia to jest klasyka i standard: ja do Ranii mam dużo więcej cierpliwości, częściej  przymykam oczy na jej wybryki i dużo bardziej ją rozpieszczam. Jak idę z nią na zakupy, to ona rujnuje mój portfel, jak idę z synem, to on go nie rujnuje. To często spotyka się z reakcją Zosi, u której jest kompletnie odwrotnie: tam jest synuś mamusi. Ja dla Leonarda jestem bardziej wymagający i surowy, traktuję go po męsku. Nie będę z nim płakał na filmach w kinie, raczej będę z nim grał w piłkę albo na gitarze. I są ku temu perspektywy, bo widzę, że on wykazuje już duży talent muzyczny i bardzo go interesują instrumenty, coś nawet próbuje grać.

Z kolei Rania podobno śpiewa?

Śpiewa i ma przy tym punkowy zadzior. Jak ostatnio w przedszkolu zaśpiewała piosenkę o gwiazdce z nieba, to z takim poziomem ekspresji, że Sex Pistols na pewno wzięliby ją w trasę (śmiech).

Co dzieciaki mają z Ciebie, a co przejęli od Zosi?

Mój syn ma talent do niespania po mnie: ja nocami też często nie śpię, koncertuję. Rania z kolei jest bardzo wrażliwa, różne rzeczy dotykają ją do głębi, czasami jest to aż przerażające. Jak oglądaliśmy „Króla lwa” i pojawił się temat śmierci, przez długi czas w domu były o tym rozmowy. Leonard z kolei jest raczej z grubego kołka ciosany (śmiech). Oboje mają dużo optymizmu i radości po Zosi. Ona jest niepoprawna pod tym względem, co mnie czasem doprowadza do szału, bo ja jestem raczej bardziej wstrzemięźliwy w swoich osądach. Więc u nas w domu ścierają się: mój rozsądek kontra młodzieńcza fantazja Zosi.

Jakim jesteś ojcem?

Na pewno wymagającym. Czy dobrym? To one kiedyś stwierdzą. Na pewno poświęcam im bardzo dużo uwagi, spędzamy ze sobą dużo czasu, non stop się wygłupiamy. U nas często zacierają się granice rodzic-dziecko i wtedy ja jestem maskotką do szarpania. To jest super, ja z tego korzystam pełnymi garściami, w takich sytuacjach mam pełną swobodę i przykrywkę, żeby móc zachowywać się jak oni, jak dziecko. Kiedy idziemy do sklepu z klockami Lego, to nie wiem kto wychodzi z większymi tobołami (śmiech). Dzieci to jest dobry wytrych.

Jak ojcostwo Cię zmieniło?
Mam dużo więcej cierpliwości, dużo mniej pedantyzmu w sobie; moje umiłowanie do uporządkowanego życia zostało zepchnięte na dalszy plan, już nie przeszkadza mi bałagan. Dzieci też nauczyły mnie doceniać czas, który zaczął jakby szybciej uciekać. One szybko wstają: o 6.00 cały dom jest już na nogach, siłą rzeczy nauczyliśmy się inaczej z tego czasu korzystać. O wiele więcej dzieje się też na urlopach i wyjazdach: wycieczki, baseny, zoo w okolicy… To jest frajda. Dzieci są ciekawe świata i tego nas uczą.

A jak dzieci zmieniły Wasz związek?

My bardzo szybko zostaliśmy rodzicami, znaliśmy się stosunkowo krótko, kiedy Zosia zaszła w pierwszą ciążę. Cały ten okres poznawania się, ten najbardziej intensywny czas, spędziliśmy na pierwszej ciąży. Przeszliśmy przyspieszony kurs bycia razem, od razu sprawdziliśmy się w warunkach ekstremalnych. Bo rodzicielstwo to jest sport ekstremalny. Te sytuacje przeniosły nasz związek na inny poziom. Ja teraz czuję, jakbyśmy byli ze sobą z 15 lat (śmiech). Dzieci są coraz starsze, coraz mniej absorbujące i coraz więcej czasu uwalnia się dla nas, więc za chwilę będziemy mogli randkować, na nowo albo wreszcie.

Jaką mamą jest Zosia?

Mam nadzieję, że to, co powiem, jej nie rozbestwi: ona jest wspaniałą matką, fantastyczną i ma bardzo duży udział w uśmiechach, które nasze dzieci mają na twarzach. Zosia wprowadza dużo radości – też dużo chaosu – ale i ciepła, i koloru do ich życia. Wszystkie klimaty pt. prace twórcze, przebieranie – dużo w tym jej inicjatywy. Co jest ciekawe: ona miała 26 lat jak urodziła się Rania i z trybu życia osoby medialnej, zajmującej się modą, prowadzącej intensywne, kolorowe życie, przestawiła się na rodzicielstwo. Bardzo szybko się tego nauczyła, bardzo poważnie do tego podeszła i bardzo się w to wkręciła. To przynosi duże efekty. Jestem pełen podziwu.

To, że masz arabskie korzenie ma wpływ na to, jak wychowujecie dzieci?

Arabski model wychowania dzieci niewiele różni się od polskiego: dzieci tak samo skaczą rodzicom po głowach, tak samo potrzebna jest im dyscyplina i bodźce do rozwoju. Wbrew pozorom w świecie arabskim panuje matriarchat: to kobiety rządzą domem, to kobiety wychowują dzieci, mężczyzna ma tam mało do powiedzenia. Za moich czasów to moja mama ogarniała wszystko. Ja na pewno jedną ważną rzecz wprowadzam do mojego domu: otwartość na inne kultury i rasy. To oczywiście wynika z mojego pochodzenia i wychowywania w różnych kulturach na raz, myślę, że moje dzieci nawet podświadomie z tego czerpią. Dużo też z nimi wyjeżdżamy, one widzą dużo odmienności i to ich nie dziwi.

Kto rządzi u Was w rodzinie?

Każda odpowiedź byłaby dla mnie strzałem w kolano (śmiech). Powiedzmy tak: ja jestem menadżerem domu, kierownikiem do spraw administracyjnych, nie rządzę, ale ogarniam, odpowiadam za zadania strategiczne. Zosia załatwia wszystkie przyziemne, codzienne sprawy no i dba o ciepło domowe. Poza tym jakiegoś  konkretnego podziału albo walki kompetencyjnej u nas nie ma. 

Czym jest dla Ciebie ojcostwo?

Spełnieniem marzeń i wielką szkołą życia. Czyni mnie też lepszym człowiekiem i to jest największa wartość, jaką wyniosłem z ojcostwa: zacząłem na wiele rzeczy patrzeć inaczej, z większym zrozumieniem, dystansem, to mnie zmieniło. Dzięki dzieciom zawsze można być lepszym. 

Zdjęcia: Aneta Zamielska