14.07.2019

Wywiadówka: Joanna Koroniewska

W tej rozmowie jest tyle energii, tyle emocji, tyle życia! Asia to superpozytywna, wyjątkowa matka. Nie narzeka, nie użala się nad sobą, równocześnie mówiąc jak jest: że jest stanowczo niekonsekwentna i niewymagająca, a czasem zbyt wymagająca albo że jest matką kwoką. Nigdy nie wyobrażała sobie siebie w roli matki, nie wierzyła, że się nadaje, że da radę. Dziś widać gołym okiem i czuć od razu, że to właśnie macierzyństwo i rodzina tak ją nakręcają!

 10 lat temu po raz pierwszy zostałaś mamą, wtedy urodziła się Janka. Pamiętasz emocje temu towarzyszące?

Wszystko pamiętam. Najbardziej sam początek: miałam 30 lat i dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Wtedy wydawało mi się, że jestem tak ogromną hedonistką, że to się nie może udać. Myślałam sobie: Nie, ja nie dam rady, ja się kompletnie do tego nie nadaję! I popłakałam się ze stresu. Od 22. roku życiu żyłam całkowicie sama, bez bliskiej rodziny, samostanowiłam o sobie i nagle: Ja mam się kimś zająć? To jest niemożliwe. Ale nasza natura jest piękna: wszystko przychodzi tak szybko i w tak niesamowicie naturalny sposób… Dziecko zrobiło wielkie bum w moim życiu, wywróciło je kompletnie do góry nogami: z osoby patrzącej głównie na siebie, stałam się osobą patrzącą, uważającą niemal tylko i wyłącznie na dziecko. Więc u mnie zaczęło się tąpnięciem totalnym.

Miłość do Janki pojawiła się od razu?

Dostałam nagle niesamowitą adrenalinę, niesamowite uczucia…Mówi się, że ta miłość do dziecka jest na pstryk, ona była na pstryk, ale z drugiej strony miałam świadomość, poczucie, że Janka jest jednak osobnym bytem. Zakochiwałam się w tym „osobnym bycie” coraz bardziej (śmiech). Na pewno zaskoczyło mnie też to, że stałam się taką matką kwoką, z których wcześniej się śmiałam.

Nie dawałaś Janki nikomu dotknąć?

W ogóle i przez dłuższy czas tak właśnie było. Ześwirowałam po prostu: zawładnęłam domem, dzieckiem, wszystkim! I wszystko wiedziałam najlepiej! Nadal wiem wszystko najlepiej (śmiech), ale teraz umiem się przyznać do błędu, wtedy absolutnie nie potrafiłam. Tak mi odbiło po urodzeniu Janki, że śmiałam się, że przy drugim dziecku, w życiu nie będę się tak zachowywać, bo to wstyd i normalnie obciach (śmiech). Po czym pojawiło się to drugie wyczekane, a ja zachowywałam się jeszcze gorzej. Ja chyba po prostu wpadam ze skrajności w skrajność; niestety, taka jestem. Ale przynajmniej umiem się do tego przyznać (śmiech).

Z czymś sobie nie radziłaś na początku, coś Ci przychodziło z trudnością?

Tak, wiele rzeczy. Miałam np. duże problemy z karmieniem piersią. Ale w związku z tym, że jestem zadaniowcem, próbowałam najróżniejszych sposobów, walczyłam, przeszłam kryzysy, spotkania z wieloma doradcami laktacyjnymi i w efekcie udało się: karmiłam. Ale nie było to dla mnie takie oczywiste i organiczne. Nie każdej kobiecie przychodzi to z łatwością; myślę, że należy o tym głośno mówić, bo to może pomóc tym, które mają podobne problemy, są zacięte, ale miewają też chwile zwątpienia czy rezygnacji. Ja nie odpuściłam i wiem, że było warto.

Jak się sprawdził Maciek w tym początkowym okresie?
Nie mogę Ci powiedzieć, bo nie dawałam mu możliwości, żeby mógł się wykazać (śmiech). Zawładnęłam Janką w pełni. A tak na poważnie, to uważam, że są takie typy mężczyzn, których nie należy zaganiać w tak zwanym okresie pielęgnacyjnym do dziecka, są tacy, którzy na tym etapie nie są tak fajni jak potem. Ja uważam, że mój mąż, który jest facetem-testosteronem, bardzo męskim typem, jest fantastycznym ojcem dla dzieciaków na późniejszym etapie ich rozwoju, wtedy, kiedy są już z nimi większe interakcje. On wymyśla takie zabawy, ma tak niesamowite pomysły, które mi by w życiu do głowy nie przyszły. Ja jestem matka pielęgnacyjna: Wysmarkaj nosa. Umyj rączki. Chodź cię nakarmię. A on: statek w wannie, wielkie budowle z kartonów, domy niemal z niczego. Ja już teraz wiem, że nie warto się spierać i przerzucać na siłę obowiązkami pół na pół, to jest bez sensu i często bywa zarzewiem niepotrzebnych konfliktów, bo nie każdy mężczyzna się do tego nadaje i nie każdy będzie w tym tak samo dobry jak my. A przecież jest tak, że pewne role są przypisane do nas, a inne do nich. Mimo tego, że jestem osobą delikatnie feminizującą, feminizuję tylko i wyłącznie wtedy, kiedy jest mi to na rękę: wolę np., żeby to mężczyzna nosił mi walizki lub wymieniał koło w samochodzie (śmiech).

Kto jest dobrym a kto złym policjantem w Waszym małżeństwie?

Oczywiście, że ja jestem tym złym. Ja daję lekarstwa i myślę o tym, żeby wszystko było w porządku. Ale to jest bardzo trudne, bo im dziecko jest starsze – teraz już to wiem z doświadczenia – tym trudniej jest być tym złym, bo dziecko zmierza jednak w kierunku dobrego policjanta, a Ty nie chcesz, żeby oddaliło się od Ciebie i to jest już wyższa szkoła jazdy.

Jak przeżywasz macierzyństwo po raz drugi? Jak Ci jest z dwójką dzieci?

Będąc już w zaawansowanej ciąży, zastanawiałam się, jak to możliwe pokochać drugie dziecko w ten sam sposób co pierwsze? To jest coś tak niezwykłego w nas! Helena się pojawiła i natychmiast, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zrobiła się przestrzeń dla niej, nie zabierając przestrzeni Jance. A chwilę potem już nie wyobrażałam sobie życia ani bez jednej, ani bez drugiej. Zdarzyła mi się duża różnica wieku – 9 lat między córkami – w związku z tym właściwie mamy dwie jedynaczki. Myślę, że dzięki temu jest łatwiej. Janka skończyła czwartą klasę, została przez nas wypieszczona, miała całą uwagę skupioną na sobie, teraz Helena może być dopieszczana. To jest fajny okres teraz, bo widzę też, ile to starsze dziecko daje takiemu młodszemu dzieciakowi: Janka to jest wzór, bogini dla Heli.

Nie było zazdrości ze strony Janki?

Nie było. Bo myślę, że my też na tyle dużo, a właściwie nawet ekstremalnie dużo czasu spędzamy z dziećmi, że u nas w ogóle nie ma miejsca na takie sytuacje. Raczej czujemy, że Jankę buduje to, że ona jest taka duża, że jest starszą siostrą. Poza tym jesteśmy taką rodziną-tabunem, co to wszędzie i wszystko razem: wakacje, nie wakacje. Nie mamy okresów rozłąki, Janka zawsze jest z nami, więc ona nie czuła ani nie czuje się zazdrosna. Oczywiście to małe dziecko wymaga więcej uwagi, ale ma też drzemki, chodzi spać dosyć wcześnie – ku uciesze wszystkich – więc spokojnie da się pogodzić ich interesy.

Nie masz wyrzutów sumienia, że poświęcasz czas jednej córce na niekorzyść drugiej?

Ciągłe. I myślę, że tak to już zostanie: zawsze masz wyrzuty sumienia, że mogłaś lepiej, więcej, że nie zrobiłaś czegoś jak należy. Ale zazwyczaj to też jest tak – i myślę, że to jest fajna i naturalna kolej rzeczy – że ojciec przejmuje pewne obowiązki nad starszym dzieckiem, które wcześniej należały mimo wszystko do mamy. Wtedy buduje się pomiędzy nimi więź i to jest znakomite, zwłaszcza w kontekście dziewczynek. Ja sama wychowywałam się bez ojca, więc wiem, jak bardzo to jest istotne, jak pomaga budować relacje z chłopakami. Janka w tej kwestii radzi sobie świetnie, ma wielu kumpli.

Wciąż jesteś matką kwoką?

Aha. Staram się już oddawać trochę pola, ale Hela nie chce, jest bardzo ze mną związana. Tak jak wcześniej się zarzekałam, że będę ją oddawać, to jednak znowu nie jestem w stanie. Powiela się sytuacja z Janką (śmiech). Poza tym późne macierzyństwo jest inne, sama nie wiem, jak je opisać…Nieprzewidywalne… Już dawno miałam przestać karmić piersią, nadal karmię… Zresztą wszystkie moje bliskie koleżanki to matki kwoki, my się umawiamy od kilku miesięcy do kina i jakoś nam to nie wychodzi, mimo, że ich dzieci są już duże. Ale: jedno ma egzamin, drugie – klasówkę, trzecie – katar… Zawsze jest coś. Więc jesteśmy, matki kwoki, na telefonie (śmiech).

Jaka jest Janka? Co ma z Ciebie, a co z Maćka?

Maciek twierdzi, że ma jego charakter, ja twierdzę, że mój. Ona po cichu uważa, że ma mój, ale jak idzie do taty, to mu mówi, że ma jego, więc już wie, jak się w życiu ustawić (śmiech). Obiektywnie patrząc, myślę, że jest pomieszana. W domu stawiamy na dystans i luz, jesteśmy wobec siebie serdeczni, ale też złośliwi i Janka szybko nauczyła się tego dowcipu dość ostrego. Teraz, jak jakieś dziecko powie jej coś uszczypliwego, ona potrafi trafnie na to odpowiadać, odbijać się od tego, umie sobie z tym radzić. To też jest dziewczyna, która jest raczej chłopczycą, nie przywiązuje wagi do rzeczy typowo kobiecych. Interesuje się muzyką: chodzi do szkoły muzycznej, gra na flecie poprzecznym. Ja wiedziałam od razu, że ona pójdzie w tę stronę, zresztą ma po kim: ja też jestem po szkole muzycznej; wiele lat grałam na fortepianie, a Maciek to właściwie taki domorosły muzyk, gra na gitarze, na ukulele, jego ojciec i rodzeństwo ukończyli szkołę muzyczną, z kolei teściowa śpiewa i nawet nie fałszuje (śmiech).

Jaka jest Helena?

Zupełnie inna, jest bardziej zwariowana i nieokiełznana. Ostrzegano mnie, że jak pierwsze dziecko jest spokojne, to drugie często jest jego przeciwieństwem. A ja na to, że to przecież kwestia wychowania przez rodzica: zawsze tak uważałam. Teraz już wiem, że to absolutnie kwestia indywidualnego charakteru dziecka. Teraz mam totalny rollercoster i już nie zgadzam się z tymi teoriami, które wypowiadałam jeszcze parę lat temu. Absolutnie nie na wszystko masz wpływ, a każde dziecko jest odrębnym bytem. U mnie teraz są niekończące się wyzwania, ale ja je lubię. Podchodzę do tego tak, że mam 41 lat i znowu z wiadomych przyczyn się nie wysypiam, ale kiedyś się przecież wysypiałam i wiem, że to chwilowe, to prędzej czy później minie. W nocy zamiast spania robię za to dużo innych ciekawych rzeczy: chodzę, śpiewam, przytulam, czytam książki, noszę, mam już nawet małe bicepsy, a też kiedyś mówiłam: Nigdy nie będę nosić dziecka. Do czasu. Teraz wszystkie te teoryjki mogę skreślić. W życiu nigdy nie należy mówić nigdy (śmiech).

Jaka Ty jesteś mamą, jakim tatą jest Maciek?

Na pewno jesteśmy nietuzinkowymi rodzicami. Na pewno nie jesteśmy za bezstresowym wychowaniem. Na pewno nasze dziecko, z racji tego, że tyle czasu z nami spędza, jest dojrzałe jak na swój wiek, dużo więcej wie, ale nie jest starą maleńką. Na pewno jesteśmy rodzicami, dla których najważniejsza w życiu jest rodzina. Nie jesteśmy wymagający, nie jesteśmy konsekwentni, ale przez to, że mamy bardzo bliskie relacje z dzieckiem, to ono wie, kiedy musi przestać, bo te relacje nie będą już tak fajne. Taki stosunek i taki rodzaj więzi wytworzył się między nami intuicyjnie, nie mieliśmy gotowej recepty, samo wyszło. Im jest się dojrzalszym rodzicem, tym masz jednak więcej znaków zapytania, bo jesteś coraz bardziej świadomy tego, co się może wydarzyć i stres, i lęk jest większy. Mając to w myśli, trzeba zrobić wszystko, żeby było nas dla dzieci jak najwięcej.

Na jakie kobiety chcecie wychować swoje córki?

Najważniejsze dla nas są szacunek i empatia, to jest podstawa. Wydaje mi się, że nasza córka już wie o tym doskonale. To są bardzo trudne czasy na wychowanie dzieci, bo teraz im się wmawia, że najważniejsze to walczyć o siebie. Ja wolę, żeby moje córki były pomocne innym i żeby innych szanowały, ale jednocześnie znały swoją wartość. Wiem też, że ważne jest, żeby na każdym etapie rozwoju dziecka być z nim i rozmawiać. Chociaż – nie będę Ci tutaj opowiadała jakiejś utopii – to nie zawsze jest tak, że dziecko chce z rodzicami rozmawiać.

Największy cień macierzyństwa według Ciebie?

Brak czasu: brak czasu dla siebie partnersko, ale i brak czasu dla mnie – do fryzjera chodzę rzadko (śmiech). Jest tyle rzeczy, wokół które trzeba załatwiać: szkoła, zajęcia pozaszkolne… Ale z drugiej strony: gdybym miała ten czas, to czy ja bym z niego korzystała? Chociaż jak myślę o prawdziwych problemach, cierpieniach, chorobach w rodzinach, to uzmysławiam sobie: Co ja mam za problemy? Jakie? Brak czasu dla siebie? To jest problem? To jest nic! Jest super. Jesteśmy zdrowi, szczęśliwi, To jest ważne. 

Chcesz mieć więcej dzieci?

Dziękuję bardzo, ja jestem bardzo, bardzo, bardzo spełniona. Myślę, że w pewnym wieku trzeba zacząć odpoczywać, a ja wciąż nie odpoczywam, więc bez przesady (śmiech).

Co w Tobie zmieniło macierzyństwo?

Wszystko prawie: z osoby myślącej egoistycznie, myślącej tylko o sobie, stałam się osobą przede wszystkim myślącą o innych. Macierzyństwo nauczyło mnie też rzeczy, którą bardzo polecam: Nie słuchaj mam, nie słuchaj babć, koleżanek, rób tak jak czujesz, słuchaj swojej intuicji. Sama matka wie najlepiej. Nauczyłam się słuchać siebie, bo wcześniej ulegałam wpływom innych. W tej chwili nie ma takiej opcji, że ktoś mi powie, że ja coś muszę.

A w związku coś się zmieniło? 

To, co jest w tym wszystkim najpiękniejsze to to, że z kimś zupełnie obcym tworzysz rodzinę i ta rodzina staje się podstawą Twojej egzystencji, to jest niesamowite! Ja powiem szczerze nigdy nie myślałam, że będę czyjąś żoną czy matką. Przez bardzo długi czas myślałam, że się do tego nie nadaję, nie wierzyłam, że stworzę związek, że ktoś ze mną wytrzyma, że ja z kimś wytrzymam… Pewnie dlatego, że pochodzę z rozbitej rodziny. Dziś przekonuję wszystkie te osoby, którym się wydaje, że się nie nadają na matki, że mogą same siebie zaskoczyć. Ja też tak czułam, też taka byłam: nie chciałam się ubezwłasnowolnić, byłam bardzo skupiona na sobie, na swoim tak wyjątkowym życiu i nagle … totalna odwrotka, coś niezwykłego się wydarzyło i nagle mam męża, ktoś mówi do mnie „mamo” i to wszystko jest takie normalne i tak podstawowe w moim życiu, takie piękne! Rodzina jest dla mnie stabilizacją, która daje mi siłę rozpędu i dystans do wszystkiego innego. Nie ma nic wspanialszego i bardziej wartościowego.

Zdjęcia: Observatorium