03.11.2019

Wywiadówka: Ewa Farna

To nasze pierwsze spotkanie i już na pierwszy rzut oka widzę, że Ewa to równa babka. W kontekście macierzyństwa często używa słowa naturalne. I czuć, że bycie mamą tak właśnie jej przychodzi: naturalnie i gładko. O trudnościach opowiada z energią i wykrzyknikiem, ale w pozytywnym kontekście, nigdy w kategoriach problemu. Taka młoda, a taka świadoma! Taka mądra i pozytywna! Jestem nią szczerze zachwycona. Czerpcie z tego wywiadu to, co ona czerpie z macierzyństwa: radość.

Ewa, jesteś najmłodszą mamą, z którą rozmawiam w tym cyklu.

Naprawdę? Super. Lubię jak jestem naj (śmiech).

Najmłodszą, najszybszą – trzeba przyznać, że jak na dzisiejsze realia, jak na show-biznesowe realia – szybko zdecydowałaś się na macierzyństwo.

Chyba tak. Choć ja nigdy nie patrzyłam na swoje życie przez pryzmat show-biznesu, tylko normalnego życia. Muzykę odbieram jako swoją pracę, największe hobby, ale nigdy nie starałam się wpasować w ramy tego świata. Często o mnie mówiono, że nie mam miar show-biznesowych, że wielu rzeczy, które są w nim normalne, ja nie robię. Zdecydowałam się na dziecko, mając 25 lat. Jakbym to widziała u kogoś innego, to bym powiedziała, że ten wiek jest super, idealny, ale że to było u mnie, myślałam sobie: To już? Przecież jeszcze niedawno miałam 18-stkę, 20, 22 lata, a teraz już jestem w tym wieku, gdzie te dzieci się rodzą: u kumpelek z gimnazjum, liceum… Ale bardzo się cieszę z tego, dla kogoś “wczesnego”, macierzyństwa.

Po prostu czułaś się już gotowa?

Wszystko zadziało się bardzo naturalnie i tak miało być.  Jestem w trochę innej sytuacji życiowej niż inne 25-latki: ja jednak nie skończyłam właśnie studiów, nie zaczynam pracy… Od 13 lat koncertuję co sezon, więc następny sezon wyglądałby pewnie podobnie. I następny, i następny… Pomyślałam sobie: Czy ja będę miała dziecko teraz, czy za trzy lata, to będzie podobna sytuacja życiowa. Fajnie by było, mając 35 lat, mieć 10-letnie dziecko: będę jeszcze bardzo młoda, będę miała energię do życia i dzieci w takim wieku, że będziemy mogli z mężem sami gdzieś wyjechać. Poza tym mój mąż jest facetem czynu. Ja to cały czas paplam o tym, co by było: że fajnie by było mieć kiedyś rodzinę i dom. Kiedyś. A on mi mówi: Kiedyś? Jak kiedyś? Kiedy? Teraz to życie się dzieje. I on mnie naprawdę w tych sprawach motywuje. Bez niego nie wyszłabym za mąż, nie miała dzieciaczka, nie inwestowałabym, tylko bym o tych rzeczach gadała w wywiadach (śmiech).

Jak sama mówisz funkcjonujesz trochę poza show-biznesem. Świadczy o tym też Twoja ciąża, o której dowiedzieliśmy się dopiero pod jej koniec

To mój sukces – tak ze ślubem jak i z ciążą – udało się to przeżyć w najbliższym gronie. Rodziłam na początku czerwca, o ciąży powiedziałam w lutym, więc to był koniec 6. miesiąca, kiedy brzusio był już po prostu widoczny. Chciałam najpierw przeżyć to z rodziną, zobaczyć, jak zareagują, powiedzieć rodzicom, szerszej rodzinie, kumpelom, nie stracić ich reakcji: łez, szczęścia… Nie wyobrażałam sobie, że dowiadują się o tym z Facebooka albo mediów, czułabym się okradziona z ich przepięknych reakcji, pierwszych reakcji się nie powtórzy…Więc spotkaliśmy się w święta z szerszą rodziną i powiedzieliśmy wszystkim. I dopiero po świętach zaczęliśmy się zastanawiać, jak to ujawnimy fanom, bo jak już najpierw wchodzi brzuch, a potem ty do pomieszczenia, to należy się podzielić też z fanami tym, co jest na rzeczy (śmiech).

Bałaś się porodu, macierzyństwa? Miałaś jakieś lęki z tym związane?

Moja mama zawsze mnie uspokajała słowami, że to są tak naturalne sprawy, że nie ma się czego bać. To są miłe – nazwijmy to – problemy czy wątpliwości. Boimy się czegoś, co nowe i nieznane, to normalne. Oczywiście się nie wysypiam, ale…Ja czytałam tyle negatywnych rzeczy na temat macierzyństwa w Internecie: że to koniec życia prywatnego, nigdy już się nie wyśpisz, kończy się Twoje życie partnerskie, koniec z pracą. Byłam więc pełna obaw przez ten czarny PR. A moja mama powiedziała: Daj spokój, wszystko się da. To będzie Twoje dziecko, a ono będzie zadowolone, jak będzie z Tobą. Tak do tego podeszłam i naprawdę tak jest. Ja nie czuję, że coś straciłam, że coś mnie omija, że coś mi umknęło. Jasne, że nie jestem już całkowicie niezależna, ale moje życie jest bogatsze o emocje, wszystko ma większy sens. Sprowadziłam przecież na świat zdrowego dzieciaka, zrozumiałam miłość rodzicielską, to nowy wymiar. I ja bym bardzo chciała polecić macierzyństwo dziewczynom, które mają wątpliwości ze względu na te wszystkie publikacje, których sama się naczytałam i które mnie przeraziły. W praktyce okazało się, że jest inaczej, chociaż oczywiście każdy dzieciak jest inny i nie warto porównywać! My wczoraj np. lecieliśmy po raz pierwszy samolotem, do Warszawy.

I jak poszło?

Bałam się, że Artkowi będą się zatykały uszy, że będą go bolały… A on się głośno śmiał podczas startu, dał pięknie radę. Ja – gorzej, bo nie znoszę latania… Ale są mamy, które tego nie czują, boją się, nie dałyby rady, bo mają bardziej płaczliwe dzieci, mniej płaczliwe… Nie warto więc wzorować się na kimś, bo ten ktoś ma inną sytuację. Może, jak będę miała drugie dziecko, to będzie takie dzieciątko, które nie będzie chciało podróżować? Może będzie wymagało większej rutyny, może będę musiała się dostosować do jego trybu? Wtedy na pewno zrobię tak, by ono miało dobrze, nie ma się co martwić na zapas.

Teraz wszystko robisz ze swoim synkiem, on we wszystkim uczestniczy: trasa, koncerty… Rozumiem przez to, że jest dzieckiem raczej bezproblemowym?

Jest przekochany! Najbardziej zadowolony jest, kiedy coś się wokół dzieje. Ja w ciąży dużo wychodziłam z przyjaciółmi, koncertowałam, byłam bardzo aktywna i on to chyba polubił, jest przyzwyczajony do takiego ruchliwego stylu życia. A dla mnie ważne jest, że jesteśmy razem i że on jest zadowolony. Gdybym widziała, że jest inaczej, na pewno bym to ograniczyła, bez dwóch zdań. Ale to też nie jest tak, że ja koncertuję tyle co przedtem, nie. Chociaż nadal jest to niesamowite dla mnie i mojego otoczenia, że udaje się tyle grać z maluszkiem.

Ale jak Wam się to udaje? Twój mąż też koncertuje z Tobą, więc kiedy Wy jesteście na scenie, kto zajmuje się Arturem?

Najczęściej moja mama, ale też inni członkowie rodziny, menadżerka… Kombinujemy. Ja Malucha starałam się od małego przyzwyczajać do nowych twarzy. Na razie jest super. Koncerty też odbywają się wieczorami, kiedy mały już śpi i zdarza się mu nawet nie zdążyć zauważyć, że ja zaliczyłam koncert. Nie ukrywam, że logistycznie to jest trudne, to trzeba wszystko szczegółowo zaplanować i rozpracować. Ja planuję bardzo do przodu i zawsze też myślę, co by było, gdyby… Żeby już na miejscu się nie stresować.

Ile trwa Twój koncert? Karmisz Artura piersią?

Tak. Koncert trwa 1,5 h, karmię więc bezpośrednio przed koncertem i idę na scenę.

Jak Twój mąż sprawdził się w roli ojca?

Od początku był w tym ze mną. Mój mąż jest przecudowny, ja wiedziałam, że on od razu będzie pomagał, nie będzie uciekał. Wiesz, my jesteśmy razem w trasie, na koncertach i potem w domu razem zajmujemy się dzieciakiem. Mam jego ogromne wsparcie i to jest bardzo komfortowa sytuacja. Nie mamy podziału, że mama robi to, a tata to, od początku się wymieniamy i pomagamy sobie. Więc ja naprawdę nie mam trudno (śmiech). Podziwiam mamy, które mają więcej dzieci albo są same i nie mają żadnej pomocy.

Dlaczego Artur? Kto wybierał imię?

Razem je wybieraliśmy. Chciałam imię, które w języku polskim i czeskim brzmi tak samo, i jest identycznie pisane. Np. Piotr po czesku to Petr. Szukałam więc imion neutralnych i było ich bardzo mało. W pewnym momencie miałam ten brzuch i nagle nie wiem, co się stało, co to za alchemia była, ale powiedziałam Artuśku i tak mi zostało, poczułam, że tak ma być. Powiedziałam mężowi: To będzie Artuś. A on odpowiedział, że fajnie. A Artur brzmi i pisze się tak samo w języku polskim i czeskim, więc jakoś nam się to spięło.

Co czułaś, jak zobaczyłaś Artusia? Jak go po raz pierwszy przytuliłaś?

Nie jestem w stanie tego opisać! Czasem tak mam, że na niego patrzę i myślę sobie: Jezu, to jest moje dziecko! On był we mnie! I teraz jest ze mną! Zmienił moje życie: teraz już zawsze będę matką.

Co Ci jeszcze Artek dał, jak Cię zmienił?

Zmieniło się wszystko i nic. Zastanawiałam się, jaka będę, bo wszyscy mówili, że to cały świat się zmienia. Więc myślałam: Co mi się wydarzy? Ale cały czas to jednak jestem ja – ta sama Ewa – tylko już mam kogoś, dla kogo nieskromnie znaczę cały świat. I to jest taka odpowiedzialność dla mnie! Artek uświadomił mi też relację z moją mamą. Teraz lepiej rozumiem jej miłość do mnie. Wiem, że ona chce dla mnie jak najlepiej, widzę to jeszcze wyraźniej i lepiej.  Ja też dla niego będę chciała jak najlepiej, zawsze.

Jaką Ty jesteś mamą, na etapie posiadania 5-miesięcznego syna? Coś jest dla Ciebie trudne?

Jako wielbicielka spania nie potrafiłam sobie wyobrazić, że nie będę się wysypiać a mimo wszystko działam, a na dodatek często słyszę, że macierzyństwo mi służy (śmiech). Myślę, że przez to, że mogę być mamą, ale też cały czas śpiewam, a praca dodaje mi mocy, ładuje. Połączenie tych dwóch światów jest dla mnie idealne. I rzeczywiście to było dla mnie zaskoczeniem: że daje się to pogodzić. Macierzyństwo pokazało mi też, że niektóre rzeczy dotyczące bycia mamą są wyolbrzymiane, podawane jako problem. A przecież fakt, że nie masz takiego samego życia jak wcześniej albo to, że Twoje potrzeby nie są na pierwszym miejscu, nie muszą stanowić problemu. To nie jest tak, że macierzyństwo nie ma cieni, a bycie matką nie jest trudne i męczące. Nie wszystko jest zawsze po naszej myśli, ale też nie przeginajmy w drugą stronę. Wszystko, co się dzieje, jest tymczasowe. Myślę sobie: Dobra teraz nie śpię, ale to przejdzie. Przecież Artek kiedyś zacznie spać dłużej, a ja jeszcze będę tęsknić za okresem, kiedy był ze mną tak mocno związany też poprzez karmienie. Naczytałam się i nasłuchałam tylu negatywnych rzeczy, których się przestraszyłam, że chciałabym, żeby z moich wypowiedzi płynęła taka nadzieja, że jednak może być fajnie. Dziecko to dar, a dużo tkwi w głowie, wszystko jest kwestią podejścia.

Miałaś jakieś historie baby bluesowe?

Bałam się tego, ale myślę, że nie, że mnie to nie dotyczyło. Chociaż miałam momenty doła: takie jak start karmienia, momenty bezsilności, kiedy nie rozumiałam, co się dzieje.  Ale wtedy myślałam sobie: Mam kochającego męża, zdrowe dziecko, mam gdzie mieszkać. Jestem szczęściarą. A płacz jest sprawą normalną. Nie mogę dopuszczać dziwnych myśli do głowy. Takie podejście pomagało.

Jak chciałabyś wychować swojego synka?

To jest najtrudniejsze w tym wszystkim. Wiem, że będę robić wszystko, żeby wychować go na dobrego, uczciwego człowieka. Chciałabym, żeby miał spokojne dojrzewanie, wybrał tryb życia, który pasuje jego osobowości i żeby – ani on sam ani ludzie wokół – nie męczyli go za bardzo ciężarem mojej rozpoznawalności. Marzę, żeby zapewnić mu dom bezpieczny, dom pełen miłości, gdzie będzie chciał zawsze wracać.

Jaki jest Artur?

Najpiękniejszy, najmądrzejszy i najkochańszy. Tak jak własne dziecko dla każdej mamy (śmiech) i tak ma być.

Co jest najtrudniejszego w macierzyństwie według Ciebie?

Chyba zaufać swojemu instynktowi i zdrowemu rozsądkowi, pozwolić sobie podejmować decyzje, kiedy wokół masz wielu doradców, ciotki, lekarzy, Internet… Warto polegać na tym, co się czuje i nie przeginać w żadną stronę. To Ty jesteś z tym dzieckiem 24 godziny na dobę, więc wiesz, czy jest mu za ciepło czy nie (śmiech).

Chcesz mieć więcej dzieci?

Na pewno. Sama jestem z trójki. Będę chciała, żeby Artek nie był sam, żeby miał siostrę albo brata. A czy będzie dwójka czy trójka zobaczymy.

Nie masz preferencji względem płci?

Jakby się udało, chciałabym mieć chłopca i dziewczynkę, bo to musi być fajne: mieć doświadczenie wychowywania różnych płci. Ale jak będę miała następnego chłopca, też będę szczęśliwa. Jak się uda i Bóg da zdrowe dziecko, to będzie błogosławieństwo. Wstyd mi chcieć więcej.

Za pomoc w realizacji zdjęć dziekujemy Restauracji Momu 

Zdjęcia: Aneta Zamielska