08.07.2018

Wywiadówka: Dominika Grosicka

Na wywiad przychodzi z 6-letnią córeczką, Mają. Od razu widać, że to bardzo uważna mama: Na pewno jest Ci wygodnie na tym krześle? Nie nudzisz się? Chcesz pochodzić sobie po trawce? Córeczka właśnie przechodzi ospę, więc przytulaniu i całusom nie ma końca. Widzę, że Dominika to wyjątkowo czuła mama. Ale – jak sama mówi – często bywa też tatą. I wiecie co? Świetnie jej to wychodzi.

Po raz pierwszy zostałaś mamą wcześnie, mając 17 lat. Ze względu na wiek było łatwiej czy trudniej?

Rzeczywiście to było bardzo wcześnie. Mieszkałam w małym mieście i to się strasznie rozniosło, mój stan wzbudzał emocje, wszyscy wokół byli zainteresowani. Ja i mój partner byliśmy zaskoczeni, to nie było planowane. Różne uczucia towarzyszyły mi na początku… Zawsze uwielbiałam małe dzieci, odkąd skończyłam 10 lat, to ja w rodzinie zajmowałam się maluchami. Byłam mamą, nianią, chodziłam na spacery. Więc jak dowiedziałam się, że jestem w ciąży, nie byłam przerażona kwestią opieki. Bardziej martwiłam się tym, że kończy się pewien etap: nie będzie już tak beztrosko i łatwo. Sama wizja posiadania dziecka w ogóle mnie nie przerażała, cieszyłam się. Teraz patrząc z perspektywy czasu, myślę, że świetnie się stało, bo dziś mój syn jest moim kumplem, bardzo dobrze się rozumiemy, on mi pomaga przy Mai. Wczesne macierzyństwo ma też inne plusy: mniej się martwisz, bo nie zdajesz sobie sprawy do końca, jak poważna to jest sprawa.

Następnie poznałaś Kamila Grosickiego. Był ślub i druga ciąża, planowana.

Tak. Planowana i wyczekana. I dodatkowo okazało się, że to córeczka! Mając synka, marzyłam o córce. Z Mają to już było zupełnie świadome macierzyństwo. Rodziłam ją przez cesarskie cięcie, w trakcie lekarz dużo żartował, zastanawiał się, czy Kamil strzeli gola.

Nie było go przy porodzie?

Nie. Nie było go w kraju. Wtedy grał w Turcji. Ale na drugi dzień przyleciał i odebrał nas ze szpitala.

Jak zareagował, jak zobaczył córkę?

On był zszokowany! Cieszył się, ale też ewidentnie tkwił w euforycznym szoku. On musiał się oswajać z ojcostwem, dla mnie to było coś, co już znałam, coś zupełnie naturalnego. Teraz jest tak, że Maja jest oczkiem w głowie Kamila. On nie widzi świata poza nią!

Jest tatą rozpieszczającym, pozwalającym na więcej niż Ty?

Tak, on jest tatą rozpieszczającym, ale jest też tatą panikarzem. Nie biegaj! Nie skacz! Nie wchodź tam! Ja mu tłumaczę: To jest dziecko. Musi się przewrócić. Musi się nauczyć. Ja podchodzę do macierzyństwa na luzie, myślę, że jakbym teraz miała jeszcze jedno dziecko, to już w ogóle na zupełnym spokoju bym je wychowywała. Zresztą często słyszę od innych matek, że im jesteś starsza, dojrzalsza, to zostanie mamą po raz kolejny jest piękniejsze i luźniejsze. O ile dziecko nie daje popalić. Maja jest aniołkiem, jest bardzo grzeczna, bezproblemowa, mądra i wyrozumiała. Ja ją ciągam w tą i z powrotem, wzdłuż i wszerz Europy i świata czasami. Bywa, że jest zmęczona, ale nie narzeka nigdy.

Czyli twardzielka. Po tacie czy po mamie?

Po mamie (śmiech).

Co ma jeszcze po Tobie, a co po tacie?

Fizycznie jest bardzo podobna do Kamila. Choć moi znajomi i rodzina widzą w niej też trochę mnie. Charakterologicznie jest uparta, po mnie. W ogóle my jesteśmy bardzo ze sobą związane, ona jest taką moją przylepką.

Jak Twój syn, Marcel zareagował na siostrę?

Miał 8 lat, jak Maja się urodziła. Dziś ma 14. Przygotowywałam i siebie, i jego na jej pojawienie się. Nie chciałam zrobić mu krzywdy, nie chciałam, żeby czuł się odstawiony na boczny tor. Zależało mi na tym, żeby odczuł, że z chwilą narodzin drugiego dziecka, on nie staje się mniej ważny. Od samego początku starałam się, żeby go nie pominąć w jakiś pojedynczych momentach, żeby było po równo wszystkiego. Dzięki temu stałam się taką uważną mamą, zwracałam uwagę na to, żeby oboje byli zadowoleni. Myślę, że z kwestią podziału i sprawiedliwości nieźle sobie radzę. Marcel wiadomość o rodzeństwie przyjął dobrze, ucieszył się. W tej chwili bardzo się z siostrą kochają. Jak coś jej dolega, trzeba jej pomóc, to jest takim bratem mocno przejmującym się: tuli ją, całuje, jest bardzo czuły. Jestem dumna, że moje dzieci tak się dogadują i kochają.

Całą czwórką tworzycie rodzinę patchworkową. Nie miałaś obaw, kiedy urodziła się Maja, że więcej miłości ojcowskiej spłynie na nią?

Bałam się, oczywiście. Chociaż u nas to jest tak, że ja przez większość czasu jestem i ojcem, i matką, więc to ja zajmuję się kwestią wychowania. Kamil, w związku z tym, że widzi dzieci rzadziej, jest od rozpieszczania i dobrze mu to wychodzi. Rozpieszcza po równo. Zawsze o Marcelu pamięta, powtarza mu, że go kocha. Chwali, jak trzeba i skarci jak trzeba, więc myślę, że daje radę.

Wzrusza Cię ich relacja?

Kiedy widzę to jego serce, zaangażowanie i miłość, to są najpiękniejsze momenty. Ale nie wzruszam się, bo jestem raczej konkretną osobą. Muszę mieć cały czas głowę na karku, muszę być wielozadaniowa. Nasze życie szybko płynie, więc rzadko mam czas na chwile refleksji i obserwowanie, jak oni sobie pląsają. Choć oczywiście staram się łapać te momenty, cieszę się nimi.

Jesteś oddana rodzinie w 100%.

Uwielbiam być mamą i prowadzić dom. Macierzyństwo to sens mojego życia. Miłość dzieci napędza mnie do działania. Nie wyobrażam sobie, żeby nie było tego motoru od rana. Zaspane oczka o poranku i słowa: Kocham Cię, mamusiu! – bez tego nie potrafiłabym funkcjonować.

Jak dzieci okazują Ci miłość?

Maja tuli się do mnie cały czas, Marcel już nie bardzo chce (śmiech). Maja w kółko rysuje mi laurki ozdobione serduszkami. Marcel często przyrządza coś do jedzenia. Jak się źle czuję, podaje mi herbatę. Takie zwykłe rzeczy pokazują, jak one są oddane.

Jakie mają talenty i zainteresowania?

Marcel cały czas mi mówi, że będzie youtuberem. Powtarza mi: Mamo, to jest nasza przyszłość. Ja będę youtuberem milionerem. Co byś wolała, żebym Ci kiedyś kupił: dom czy samochód? Ma dokładnie określony cel. Często słyszymy: Ja do czegoś dojdę. Zaczął też trenować. Ja od dłuższego czasu to robię i pomyślałam, że fajnie, gdyby i on się wzmocnił, żeby poczuł swoje ciało. Spodobało mu się, więc się cieszę. Maja z kolei uwielbia rysować i malować. To akurat po mnie. Widać, że ma linię w rączce. Taką, że coś z tego może być. Lubi też tańczyć, chodzi na balet. Jest bardzo delikatniutka, ewidentnie ma duszę artystki. Dużo też się rusza, biega. To już po tacie.

Jest turbo?

Jest turbo, bardzo żywa. Na razie tyle widzimy.

Macie w domu nastolatka, 14-latka, pojawia się jakiś bunt?

Na szczęście już mija. Zaczęło się w wieku ok. 12 lat. Wiedziałam, że to nadejdzie , koleżanki mi mówiły: przygotuj się. I faktycznie: przez pewien czas było tak, że kłóciliśmy się non stop, zupełnie nie mogliśmy się dogadać. To jest taki wiek: dzieci są niezadowolone, nic im nie pasuje, widać, że to hormony. Ten stan trzeba przeczekać – to taka moja rada dla mam, które mają dzieci wchodzące w ten wiek – nie przejmować się, nie szukać psychologów. Bo ja, nie wiedząc, co mam robić, szukałam, ale kilka koleżanek dało mi radę, żebym poczekała, że będzie dobrze. To trwa rok, dwa, przelatuje i dziecko znowu jest zadowolone.

Życie żony piłkarza to są ciągłe zmiany adresów i szkół. Jak sobie z tym radzisz?

To jest moja największa bolączka. Przeprowadzki to nie jest problem dla mnie, one są najtrudniejsze dla dzieci. Maja tego jeszcze tak nie odczuła, bo dopiero po wakacjach będzie szła do szkoły. Ale Marcel… Strasznie mnie to męczy zawsze, on zmieniał szkoły już tyle razy…Czasami potrafi mi powiedzieć: Ty wychowałaś się na jednym osiedlu, z tymi samymi dziećmi, przyjaciółmi na całe życie! On tego innym dzieciom najbardziej zazdrości – stałych i trwałych przyjaźni. Sam nie miał nigdy na to szansy, bo się przenosiliśmy co chwilę: z kraju do kraju, z domu do domu. On odczuł to najbardziej. Zawsze miałam dylemat, czy zostawiać go w Polsce, czy jednak wozić po świecie. Inaczej jest, jak przeprowadzasz się na stałe : zapisujesz dziecko do szkoły i po kilku miesiącach jest już dobrze, dzieci przecież bardzo szybko uczą się języka. U nas jest inaczej: my nigdy nie wiemy, na ile się przeprowadzamy: na sezon, dwa czy trzy. Bywało tak, że brałam go ze sobą, zapisywałam gdzieś do szkoły, było też tak, że sama go uczyłam. Jak przenieśliśmy się do Turcji, to była połowa jego pierwszej klasy, przerabiałam z nim materiał w domu. Wróciliśmy potem do Białegostoku i zdawał tutaj egzamin. Zdał! Potem kolejny rok: Turcja – i znowu dylematy. Trafiliśmy do bardzo małego miasta, które nie miało żadnej międzynarodowej szkoły, Marcel nie miał, gdzie się uczyć. Musiałam więc załatwić to tak, że zostawiliśmy go w szkole w Polsce. Przez miesiąc byłam w Polsce, potem – zostawiając Marcela pod opieką babci – na kolejny miesiąc leciałam do Kamila, który też potrzebował mojego wsparcia. I jakoś tak sobie radziliśmy. Potem zaszłam w ciążę i przez blisko rok raczej byłam w Polsce, nie chciałam za dużo latać. Następnie była Francja: tam Marcela wzięliśmy ze sobą. Po roku okazało się, że nie wyniósł za dużo wiedzy z tamtejszej szkoły, w Polsce nie chciano mu zaliczyć tego francuskiego roku i nagle był rok do tyłu, był bardzo rozżalony… A ja jako matka chciałam go mieć przy sobie, żeby nikt nie musiał tęsknić, żebyśmy byli w komplecie. Teraz sama nie wiem, czy to była dobry ruch…To są takie właśnie decyzje…Ja jednak szukam plusów takiego życia, nie użalam się. Staram się dzieciom wpajać, że te częste zmiany dużo ich nauczą, zahartują na życie. Tłumaczę, że Kamil ma taką pracę, trzeba go wspierać i tak się zorganizować, żebyśmy wszyscy byli zadowoleni. Teraz Marcel jest już duży, chodzi do szkoły w Polsce, jest dobrze. Ale za chwilę Maja będzie szła do szkoły i problem zacznie się na nowo. Nie wiem, co będzie: czy zostaniemy w Anglii, czy będziemy się przenosić? A jeżeli się przeniesiemy: czy ten kraj, to miasto, gdzie Kamil będzie grał, będzie miało fajną szkołę, odpowiednią dla Mai? Czy jednak będę musiała zostać z nią w Polsce? Bo to nie jest tak, że wybierasz sobie szkołę i te lata w niej spędzone liczą się również tutaj, nie. Kuratorium powie, że nie było np. matematyki i nie zaliczają roku i nagle dziecko nie może iść do klasy z równolatkami. Takie techniczne sprawy są najtrudniejsze.

Chcesz mieć więcej dzieci?

Dla mnie dzieci to jest wielkie szczęście. Jakbym miała jeszcze jednego maluszka, fajnie! Z jednej strony bym chciała, z drugiej: dopiero wyszliśmy z pieluch i chorób i nie chce mi się do tego wracać. To kwestia wygody. Dzieci są odchowane, zajmują się sobą. Więc to jest tak pół na pół. Mąż już mi coś tam zaczyna szaleć: że on chce syna, ale ja na razie nie wiem…Zastanawiam się.

Ja w tej kwestii wspieram szalonego męża. Ty nie dasz rady, Dominika?

Pewnie, że dam!

Zdjęcia: Aneta Zamielska