08.12.2019

Wywiadówka: Daria Widawska

Daria to moja sąsiadka. To ona rozebrała mojego syna z warstw, spotykając nas na jednym z pierwszych spacerów, zaraz po jego urodzeniu, ciepłym latem. To ona zawsze mi mówiła: Byle do przedszkola! Przez chwilę odetchniecie, a później dopiero się zacznie: szkoła. Daria mówi o macierzyństwie wprost, bez ogródek i z poczuciem humoru. A radzi tak, że chcesz jej rady wcielać w życie. To mama normalna i fenomenalna. Zresztą sami poczytajcie.

11,5 roku temu na świat przyszedł Twój pierwszy syn, Iwo – jaka Ty wtedy byłaś: zestresowana, przejęta? Bałaś się macierzyństwa czy byłaś na pełnym luzie?

Ja właściwie niczego się nie boję. Wszystko, co się w moim życiu wydarza, przyjmuję i próbuję sobie z tym radzić. Iwo nie pojawił się przypadkowo, to był naturalny, kolejny etap mojego życia prywatnego, przyjęłam go z otwartym umysłem i sercem. Oczywiście miałam wątpliwości, jak sobie poradzę, jak to będzie, kiedy życie wywróci się kompletnie do góry nogami, a my nie będziemy mieli tyle czasu dla siebie…Ale nie miałam świadomości, że kompletnie nie będziemy mieli czasu (śmiech). To była feeria emocji, jak to u każdej kobiety, u której pojawia się pierwsze dziecko. Nie miałam pełnego luzu, ale nie byłam też mocno zestresowana. Jestem raczej człowiekiem środka, w związku z tym przyjęłam to, że będzie inaczej i uczyłam się tego krok po kroku.

Jak zobaczyłaś Iwa po raz pierwszy, wzięłaś go na ręce, od razu „Cię wzięło”?

Tak. Wiedziałam, że jest mój. Miłość do niego czułam dużo wcześniej, już na etapie ciąży. Nie zastanawiałam się nad tym jakoś racjonalnie. Po prostu na takim emocjonalnym speedzie przyjęłam tego człowieka pod swój dach.

A jaki ten człowiek był na początku: bezproblemowy czy wręcz przeciwnie?

Iwo był gładki w prowadzeniu. To było dziecko bezproblemowe. Nie przeczytałam wielu książek o pielęgnacji i wychowywaniu dzieci, właściwie to żadnej nie przeczytałam w całości, ale mogę powiedzieć na podstawie mojego wyobrażenia, że to było dziecko książkowe, idealne. Wszystko było, jak należy: i waga, i zasypianie, wspaniały sen… Nie było żadnych problemów.

Jak macierzyństwo Cię zmieniło?

Na początku, przy Iwie, nie miałam specjalnie czasu, żeby się zastanawiać, co macierzyństwo wniosło do mojego życia: niespełna po dwóch miesiącach wróciłam do pracy. Był wtedy ze mną na planie serialu „39,5”. Miałam nianię do opieki, było lato, dużo spacerów, dziecko było dotlenione, śpiące i radosne. Schodziłam z planu wtedy, kiedy trzeba było je nakarmić. Dostałam możliwość, żeby móc się w pracy zajmować synem i to było super. Wtedy nie zastanawiałam się, jak mnie macierzyństwo zmieniło, natomiast dziś wiem, że ono uczy mnie cierpliwości i pokory, dzięki niemu nie jestem egoistką, nie zajmuje się tylko sobą i różnymi aspektami swojego życia. Mam zobowiązania wobec mojej rodziny, które podjęłam świadomie i muszę chować swój egocentryzm gdzieś na dno szafy.

Co się zmieniło w małżeństwie za sprawą dzieci?

Specjalnie dużych, istotnych różnic nie odczułam. Pewnie też ze względu na to, że mam wspaniałego partnera, który bardzo angażuje się we wszystko, co z dziećmi związane. Nigdy nie miałam problemu z wyjściem, pójściem do pracy, załatwieniem czegoś na mieście czy spotkaniem z koleżankami. Wiedziałam, że Michał tę lukę po mnie wypełni i wypełni ją znakomicie. Jeżeli można mówić o jakichkolwiek zmianach, to ten czas jest podzielony nie na dwie osoby, tylko 11 lat temu został podzielony na 3, a 4 lata temu – na 4. I każda z tych jednostek w domu ma swoje potrzeby. Jedyne, co zauważam to to, że wszystkie te potrzeby muszę realizować ja (śmiech). Rzeczywiście przez to, że mam nieregularny czas pracy, częściej bywa tak, że jestem w domu i zajmuję się całym domem sama. Myślę też, że mnie i Michała jeszcze mocniej połączyła odpowiedzialność. Byliśmy bardzo udanym, długoletnim związkiem przed pojawieniem się dzieci. Mogliśmy się spodziewać czegoś po sobie i myślę, że się nie zawiedliśmy. Cały czas możemy na siebie liczyć.

4 lata temu pojawił się na świecie Wasz drugi syn – Bruno. Za drugim razem na pewno było inaczej. Łatwiej?

Teoretycznie łatwiej, bo pewne rzeczy – takie organizacyjne – po prostu wiedziałam: jak się kąpie, jak się karmi, wszystkie te sprawy dotyczące opieki. Działo się to automatycznie, nie zastanawiałam się nad tym. Wiedziałam, co jest zbędne, czego nie kupować i z tej perspektywy rzeczywiście było łatwiej. A z drugiej strony różnica między moimi synami to 7 lat, ja nie byłam najmłodszą matką na oddziale, w związku z tym, odczułam to też fizycznie: pojawiło się większe zmęczenie. Poza tym drugi synek jest bardziej energiczny, mniej spał. Bardzo mnie to dziwiło. Właściwie wszystko przeżywałam na nowo. Oni są tak kompletnie różni i mają tak kompletnie inne potrzeby! Niektóre wręcz wykluczające się. Wydawało mi się, że wszystko wiem i umiem, a tak wcale nie było. Myślałam, że to drugie dziecko będzie

takie samo: będzie spało, będzie spokojne, będzie można coś zrobić. Okazało się, że nie można nic zrobić: dziecko płacze non stop, nie chce spać. Potem się to unormowało i Bruno zaczął lepiej sypiać, ale emocje cały czas miał i ma na wierzchu. Wszystko wyraża bardzo emocjonalnie.

Po Tobie?

Jeżeli mam być szczera, to tak. Jednak mimo tej wiedzy, trudno mi było się z tym pogodzić, że mam w domu człowieka ciągle krzyczącego, wprowadzającego bałagan organizacyjny i emocjonalny. To tak, jakby ktoś mi wrzucił do mieszkania piorun kulisty, który jak wraca z przedszkola zakula, zakula i zakula, i gdzieś nagle znika, i bawi się zabawkami. Ale najpierw jest to wyładowanie. Więc zaciskam zęby, liczę do dziesięciu i wkładam… słuchawki antyszumowe. Taki niestandardowy gadżet, jeżeli chodzi o opiekę nad dziećmi, ale bardzo przydatny. Odkryłam je i przyznaję: to jest rewelacja! Słuchawki antyszumowe to wydatek warty swojej ceny (śmiech).

Jak przygotowywaliście Iwa na przyjście na świat brata?

Dużo rozmawialiśmy. Kiedy Iwo miał 4 lata już pytaliśmy, czy chciałby rodzeństwo. Odpowiadał, że tak, że chciałby siostrzyczkę, do tej pory bardzo chce. Czasem patrzy na Bruna i mówi: Mamo, dlaczego nie urodziłaś siostry?! No synu, przepraszam – tylko tyle mogę powiedzieć.

Iwo nie był zazdrosny o brata?

Między nimi jest duża różnica wieku, a Iwo jest bardzo dojrzałym, stabilnym emocjonalnie chłopcem, który bardzo dużo rozumie i zazdrości jako takiej – jeśli chodzi o rodziców, przytulanie się, rozmowy i poświęcony czas – nie było i nie ma. Czasem się pokłócą, że jeden chce taki pistolet, a drugi chce ten sam. Ale Iwo już ma już na to swój sposób: mówi Brunkowi, że ten pistolet, który on ma jest słaby, a ten, który daje Brunowi jest kozacki, w związku z tym Bruno jest szczęśliwy, że ma kozacki pistolet, a Iwo ma ten słaby i też jest szczęśliwy. Załatwia to po swojemu, szybko się chłopak zorientował, o co chodzi.

Co widzisz w swoich dzieciach z siebie, a co z Michała?

Iwo jest podobny do mnie fizycznie, a Brunek jest bardziej moim mężem. Charakterologicznie są mieszanką, wszystko zależy od sytuacji. Iwo ma dużo ze mnie, ale też sporo z Michała, np. pewną nieśmiałość. Brunek jest bardziej otwarty, chyba po mnie. Na pewno mogę powiedzieć o starszym, że nie jest systematyczny i na pewno nie ma tego po mnie. Ja byłam bardzo systematyczna, bardzo zadaniowa. Uczymy się z Iwem tego. Jak wraca ze szkoły najpierw robimy to, co trzeba, a potem się bawimy. Powoli dochodzimy do pewnych konsensusów, pewnych kompromisów, powoli to wypracowujemy. Więc Iwo systematyczny nie jest, punktualny – w miarę, emocjonalny: pół na pół: trochę mój mąż, trochę ja. Brunek ma 4 lata i to jest taki moment, kiedy wydaje mu się, że ma swoje zdanie i nie lubi sprzeciwu, zresztą kto z nas lubi? Ale my dorośli potrafimy to pohamować, załatwić w najgorszym wypadku w półkulturalny sposób, a on wrzeszczy. Na razie więc to przechodzimy i trudno cokolwiek więcej powiedzieć.

Jaką jesteś mamą, oprócz tego, że dającą same trafne uwagi i rady – znam je z autopsji.

Jak rozmawiam z dziewczynami, które są w ciąży albo mają małe dzieci, rzeczywiście, jeśli mnie o coś pytają, daję im rady i nazywam je radami nieinstagramowymi. Nie przeczytałam żadnej książki, bo nie uważam, że jest coś fajnego w tym, żeby wychowywać klony dzieci innych kobiet, każde dziecko jest inne. Nie krytykuję jednak poradnictwa, bo są sytuacje, które tego ewidentnie wymagają. Ale uważam, że mądre, fajne rady innych babeczek, które wychowują dzieci, są cenniejsze i przydatne, bo one nie są takie wykolorowane, sfotoszopowane. Jak byłam młodą mamą, dużo rozmawiałam ze swoją mamą, która dawała świetne uwagi, ale nigdy nie narzucała jednego modelu wychowawczego. Dziś nie obrażam się na konstruktywną krytykę, bo przecież chodzi o dobro mojego dziecka. W wielu kwestiach zdaję się na intuicję i przede wszystkim obserwuję, idę za swoim synem. Myślę, że jestem też matką wymagającą – ale zawsze bardzo dużo wymagam też od siebie – matką pilnującą, ale idącą na kompromisy. Ustalam zasady i konsekwentnie się ich trzymam, ale czasem muszę pokazać dzieciom, że nie jestem jakimś odrealnionym tworem, że pewne sytuacje powodują, że możemy zasady nagiąć. Wydaje mi się, że każda ekstrema jest zła: i w zasadach, i w wolności, więc staram się to wypośrodkować. W moim zawodzie są różne etapy, czasem jest bardzo dużo pracy, a potem nagle jej nie ma. Teraz mniej pracuję, więcej jestem w domu. Przed południem coś robię, ogarniam dom, gotuję obiad, działam: Oni zaraz przyjdą ze szkoły, przedszkola…! Wracają, zaczynają się lekcje, dodatkowe zajęcia, zabawki, klocki i zaczyna ten dom żyć i sobie myślę: W tej chwili ta codzienność już zaczyna mnie nużyć, ta powtarzalność. Nie odróżniam środy od wtorku, bo one są podobne. Chciałabym pójść do pracy. A zaraz potem uzmysławiam sobie, że gdybym była w tej samej sytuacji bez dzieci, to totalnie by mnie to dobiło, bo już w ogóle nie miałabym nic do zrobienia (śmiech). Chociaż czasami, znając życie z dziećmi – jak pewnie każda mama – mam taką chęć: znowu sobie pożyć na wolności, wyfrunąć, zrobić coś sama dla siebie. Niedawno Michał wziął chłopaków gdzieś na 3 dni, a ja mówię: Wow! 3 dni! Co ja zrobię? Miałam tyle planów…I nie zrobiłam niczego, absolutnie niczego przez 3 dni! Ze wszystkich moich zaplanowanych wolnościowych rzeczy, nie zrobiłam nic.

A co robiłaś?

Nie pamiętam: siedziałam, tęskniłam, zastanawiałam się… Pewnie był mi potrzebny taki czas resetu. Ale to niesamowite: niczego dla siebie nie zrobiłam, a miałam takie możliwości!

Na szczęście mój mąż często myśli o mnie, częściej niż ja. Dostaję np. smsa: Grasz dziś wieczorem? Ja piszę, że nie. To dziś wieczorem masaż! I on to ogarnia, sama bym się w życiu nie zapisała.

Kto z Was jest surowszym rodzicem?

To zależy od sytuacji. Wydaje mi się – ale nie mam pewności – że ja wzbudzam większy respekt. Chyba dlatego, że jestem częściej i muszę to wszystko jakoś ogarnąć. Muszę czasem wejść w rolę złego policjanta, bo dwójka chłopców potrafi wejść na głowę. I to nie chodzi o moją wygodę, że muszę ich sobie poustawiać, bardziej o to, że musimy wspólnie jakoś się dogadać w 4 osoby w domu. Nie może być tak, że każdy będzie uprawiał samowolkę, ktoś musi trzymać pion. Wydaje mi się, że to jestem ja. Choć to nie jest taka jednoznaczna rola, bo w pewnych sytuacjach to Michał jest tym surowszym i bardziej kategorycznym rodzicem, to wszystko zależy. My się nawzajem sondujemy i pilnujemy, żeby żadne z nas nie zabrnęło za daleko w trudnych sytuacjach. Też jesteśmy tylko ludźmi, też mamy swoje emocje. Puszczamy do siebie oko, pokazując, że wystarczy. On klepnie mnie w ramię, sugerując, że to już. Takie znaki-sygnały dla nas, których dzieci nie odczytają, a my wiemy, że to już jest ten moment, że już dalej nie.

Kiedy dzieci wyprowadzają Cię z równowagi?

U młodszego jest to reakcja na mój sprzeciw. Ja mu tłumaczę, że czegoś nie wolno i nie ma dialogu, tylko jest krzyk i pisk – on tak w tej chwili reaguje na informacje o zakazie. To potrafi wyprowadzić mnie z równowagi – słuchawki antyszumowe: polecam, świetne, naprawdę świetne. U starszego właściwie jest podobnie, tylko Iwo nie krzyczy, a się obraża. Jego obowiązkiem w tej chwili jest szkoła, a moim obowiązkiem jest wychowywanie moich dzieci, prowadzenie domu i praca. Staram się z tego wywiązywać. I doprowadza mnie do szału taka np. z życia wzięta sytuacja: Iwuś, odrób lekcje. Jak czegoś nie będziesz wiedział, to mnie zawołaj. Odrabia, odrabia i słyszę: Mamo przyjdź. To ja idę, siadam obok niego przy biurku, a on w tym momencie: a to idzie po wodę, a to idzie coś zjeść… To mnie doprowadza do szału. Ale już też to trochę przepracowałam… Właściwie u jednego i drugiego można to nazwać brakiem dialogu. A ja zawsze jestem otwarta na rozmowę, tłumaczę im, że zawsze jestem dla nich.

Co jest dla Ciebie najważniejsze w wychowaniu?

Szczerość i chęć rozmowy. Wszystko jesteśmy w stanie załatwić i zawsze jesteśmy w stanie się dogadać. Ja całe życie żyję w dialogu. Mam problem: idę i mówię prosto, co mnie gryzie, szczególnie w takich bliskich kontaktach. Nie ma problemów, o których nie można porozmawiać. Jeżeli wszystko przegadujemy na bieżąco, nie rośnie w nas złość i poczucie niesprawiedliwości. Tego uczę moje dzieci.

Czym jest dla Ciebie macierzyństwo? Co jest w nim najpiękniejszego a co najtrudniejszego?

Zacznę, od tego, co trudne, bo trudów jest wiele. Jest ciągły trud myślenia trzy dni do przodu, przewidywania, co się może wydarzyć, co jest potrzebne, szczególnie w szkole: szkoła nie jest łatwym momentem w życiu rodziny: ciągłe myślenie naprzód i planowanie, ciągła organizacja… To wymaga ode mnie stałej energii, gotowości i myślenia. Cały czas też zastanawiam się, co moi synowie mogą wykombinować, cały czas jestem 3 kroki przed nimi, cały czas mam ich w głowie. Trudem jest też umiejętność dyplomacji i kompromisu, ale też zrozumienia potrzeb całej trójki, nie do końca rezygnując ze swoich potrzeb. I walka o to, żeby jednak być w tym czworokącie zauważonym i nie dać sobie wejść na głowę i być tylko i wyłącznie na usługach rodziny, ale być jej częścią. Każdy musi coś wnieść, a to – przy silnych osobowościach, a takie wszyscy w rodzinie mamy – łatwe nie jest. Dla mnie trudne – ze względu na ich różne, odrębne potrzeby – bywa też to, żeby zagospodarować przestrzeń jednemu i drugiemu chłopcu. Kiedy jeden potrzebuje mnie przy lekcjach, a drugi chce się ze mną bawić. Kiedy mówię do młodszego synka: Nie mogę teraz, ponieważ muszę z Iwem odrobić lekcje, bo czegoś nie rozumie. A ten wpada w szał. To są trudy. I o tych trudach każda matka wie. Kiedyś miałam zagrać spektakl, chyba w Zielonej Górze…Już mnie wołają i wtedy telefon z domu: Mamuniu, nie umiem rozwiązać zadania z matematyki. Mówię: Synu, zrób zdjęcie i mi wyślij. Zrobił zdjęcie, wysłał. Patrzę: rzeczywiście, może nie rozumieć. Znowu mnie wołają, na szybko biorę serwetkę, długopisu nie mam, więc biorę kredkę do brwi, rozrysowuję trójkąt i piszę mu, jak ma policzyć kąty. Wysyłam: Synu, rozwiąż to według tego schematu. I wchodzę na scenę. Moja przyjaciółka to obserwuje i śmieje się pod nosem. Zagrałam. Po 45 minutach wracam do garderoby na przerwę, dzwonię do syna, czy on to wszystko zrozumiał. Tak mamo, okazało się to proste, zrobiłem. Mówię: Wyślij zdjęcie, sprawdzę. Wołają mnie na drugi akt, gram drugi akt, wracam do garderoby, widzę wiadomość, piszę mu, że wszystko ok, a moja przyjaciółka mówi do mnie tak: Wiesz… Właśnie zadzwonił mój przyjaciel, jedziemy na dwa tygodnie na taki krótki wypoczynek do Rzymu… I to jest coś, co spowodowało, że dostałam siekierą w głowę. Bo ja cały czas myślałam o tej matematyce, o tym, że chciałabym wrócić do domu i mu to wytłumaczyć. I to jest dla mnie to piękno macierzyństwa, coś, co jest kompletnie niewytłumaczalne. Coś, czego nie potrafię opisać słowami. Coś takiego, co cię ciągnie cały czas… O trudach bardzo łatwo mi się mówi, a o tych najpiękniejszych rzeczach, które się dzieją? One się dzieją poza słowami, poza czynami, gdzieś w środku serca. Nie potrafię o nich opowiadać, bo zawsze brakuje słów…