04.11.2018

Wywiadówka: Beata Sadowska

Jeszcze zanim zaczęłyśmy wywiad, Beata już opowiadała, wciągając mnie do swojego świata. Bije od niej taka świadomość, która aż zawstydza. Widać i czuć, że jej macierzyństwo jest dojrzałe, mądre i piękne. Beata imponuje i fascynuje, Beatę-matkę się podziwia. Jak się uczyć to od najlepszych!

 

5 lat temu, w wieku 39 lat, po raz pierwszy zostałaś mamą. Jakie były Twoje pobudki?

Ani tykający zegar, ani moda, ani inne koleżanki, które już miały dzieci, ani zdrowy rozsądek. Ja wierzę, że najpiękniejsze historie, takie jak pojawienie się dziecka, wydarzają się, dlatego, że jest na to odpowiedni czas. I to nie jest taki czas, że to sobie zaplanowałaś, że już zrobiłaś karierę, zarobiłaś pieniądze, nie. Po prostu przychodzi taki moment, kiedy to dziecko ma się pojawić na świecie. U nas tak właśnie było. Nie pilnowaliśmy, nie planowaliśmy. Najwyraźniej ja byłam gotowa, Paweł był gotowy, razem byliśmy gotowi i okazało się, że to był najlepszy z możliwych momentów. Nie miałam histerii, że nie jestem już 25-letnią matką, nie miałam też rozedrganej duszy, że wszyscy dookoła mają dzieci, a ja jeszcze nie, nie miałam też myśli, że teraz moje życie się skończy, świat się skończy i kariera się skończy. Dziecko miało się pojawić, pojawiło się i byłam z tego powodu najszczęśliwsza na świecie.

Miałaś jakieś niepokoje?

O dziwo, nie. Miałam w głowie zdanie naszego przyjaciela, który chyba chciał uspokoić Pawła: Dzieci są bardzo naturalne, ich przyjście na świat jest bardzo naturalne. To się dzieje od setek lat, zobaczysz, jak weźmiesz tego malucha, to się okaże, że wszystko jest łatwe. Nie musisz czytać, przygotowywać się, dzieci są bardzo intuicyjne. Nie przeczytałam ani jednej strony ani jednego poradnika. Po prostu nie miałam takiej potrzeby. Pomyślałam, że rzeczywiście to musi być intuicyjne, bo skoro radzą sobie kobiety w buszu, w Afryce i na końcu świata, to ja też sobie poradzę.

Jak Tytus już się pojawił i kiedy miałaś go po raz pierwszy na rękach, jakie to były emocje?

Jak tylko się urodził, położono mi go na piersi i poczułam coś ciepłego na twarzy i to były łzy, choć nie spodziewałabym się u siebie takiej reakcji, takiego wzruszenia. To nie był nagły zalew miłości, bo od momentu, kiedy dowiedziałam się, że jestem ciąży, wiedziałam, że kocham to maleństwo w środku. Po pierwszym wzruszeniu pojawiły się obawy, ja się bałam wyjść ze szpitala! Bałam się, że go zepsuję, że nie będę potrafiła go przewinąć, wykąpać, że o czymś zapomnę, że nie posmaruję pępka…Ten cały świat to był zupełnie nowy dla mnie rozdział. Zanim zaczniesz płynnie czytać kolejne zdania, to dukasz. I mnie się wydawało, że dukam, że sobie nie poradzę. Ale oczywiście jak tylko pojechaliśmy do domu, to już następnego dnia miałam wrażenie, jakbym wszystkie te czynności wykonywała od zawsze.

Jak wypadło Twoje wyobrażenie macierzyństwa w starciu z rzeczywistością?

Nie miałam wyobrażeń, jak to będzie. Bardziej się buntowałam, bo mi wiele osób mówiło: Zobaczysz, skończą się te Twoje podróże i maratony! I mnie to strasznie wkurzało. Jestem potwornie przekorna i bardzo nie lubię, jak ktoś ex cathedra mówi mi: Twoje życie się zmieni, koniec tego, koniec tamtego, zapomnij, rości sobie prawo do tego, żeby mi opowiadać, jak będzie wyglądało moje życie. Ja miałam pokorę i otwartość na to, że mogę być niewyspana, że to może być inaczej, nie miałam oczekiwań i być może dlatego było mi łatwiej. Jak lekarz przychodził do mnie jeszcze w szpitalu i mówił mi, że to jest ten moment, kiedy może pojawić się baby blues, to mój Paweł umierał ze śmiechu i mówił: Panie doktorze, to jest niemożliwe, bo Sadzia nigdy nie ma złego humoru. Ja trochę wierzę, że baby blues to czasem jest nastawienie psychiczne, że matki tak się naczytały o nim, że musi się pojawić, zgodnie z aplikacją. Tak się nastawią, że go mają. To tak, jak się mówi, że na 30 kilometrze maratonu jest kryzys. Ja nigdy nie miałam tzw. „ściany” na 30 kilometrze i nigdy nie miałam baby bluesa. Jaki baby blues? Urodziłam dziecko, jeszczem szczęśliwa, zadowolona, że ono jest. Oczywiście miałam trudne momenty, bo byłam zmęczona, bo karmiłam 8 razy w nocy, ale miałam na to zgodę. Pamiętam, jak kiedyś powiedziałam Pawłowi, jak już Tytusa nie karmiłam: Paweł, jak Ty mi nie pomożesz w nocy, to ja oszaleję po prostu, nie mam siły, zwyczajnie fizycznie nie daję rady. Więc bywało i tak, natomiast jakbyś mnie zapytała nawet w tych najgorszych momentach, czy ja bym oddała chociaż jedną minutę bycia z moim dzieckiem za życie sprzed dziecka – nie oddałabym.

Macierzyństwo Cię zmieniło? Jak na Ciebie wpłynęło?

Myślę, że mam więcej pokory, to na pewno. Okazało się, że moje wyobrażenie o mnie mogę obrócić w pył, moje wyobrażenie o tym, że mam tyle cierpliwości, że jestem taka spokojna… Dziecko obnaża nas w sposób dramatyczny. Stoimy nagusieńcy przed lustrem. Tak, jak potrafi wydobyć to, co najcenniejsze, tak również to, co najgorsze. Myślę, że nikt, nawet nasz partner, nie jest w stanie tak przycisnąć tego czerwonego przycisku i trzymać go tak długo. Zostajemy bez żadnych masek. I to mnie niesamowicie nauczyło pokory. Dziecka nie zaprogramujesz, to jest osobny człowiek, nie dla nas, tylko dla świata. Dziecko uczy się każdego dnia, a ja się uczę razem z nim: jego i siebie. Macierzyństwo uwrażliwiło mnie na to, że nigdy nie jestem w stanie niczego powiedzieć tak na 100%, bo życie, sytuacja wszystko weryfikują. Mam też więcej cierpliwości niż wydawało mi się, że mogę mieć. Bezmiar miłości mnie nie zaskoczył, ale to jest faktycznie coś, co potrafi obezwładnić. Tak strasznie kochasz to małe coś, co Cię budzi w nocy i przez 2 lata nie śpisz, to jest faktycznie zaskakujące (śmiech). Priorytety mi się nie zmieniły, ja miałam poukładany swój świat. U mnie dzieci pojawiły się w momencie, kiedy już nie musiałam być najlepsza, wyrosłam z białych kokard w warkoczach i łezki z napisem wzorowy uczeń, już nie musiałam sobie i innym niczego udowadniać. Oczywiście były takie momenty, gdzie musiałam się sama ze sobą dogadać: A może to już jest koniec? Może moje życie zawodowe jest już trochę zawieszone na kołku? Może ja już nie wrócę, już się nie sprawdzę? A potem na spokojnie myślałam sobie: Kurczę, ja już nie muszę się w niczym sprawdzać. Ja to robię na swoich zasadach, swoją ścieżką, biegnę sobie maraton w wolniejszym tempie, ale to jest ciągle mój maraton, moje życie. I to nie chodzi o to, że ja się rozleniwiłam i planowałam być Matką Polką w złym znaczeniu tego określenia: gloryfikować to i wszyscy mi się kłaniajcie, bo urodziłam. Ja wierzę, że te dwa światy można połączyć, choć to zawsze jest kompromis, tak jak związek jest kompromisem, ale dopóki ten kompromis jest zdrowy, to jest piękne.

Wasz związek przeszedł metamorfozę?   

Oboje musieliśmy się siebie nauczyć na nowo, bo oboje jesteśmy cholernie niezależni i bardzo cenimy sobie swoją przestrzeń. Oczywiście wiemy, że – żeby ten związek się udał – te nasze dwa osobne zbiory muszą mieć część wspólną i że teraz część niezależna z tych dwóch osobnych zbiorów została w dużej mierze pochłonięta przez dzieci. Więc musieliśmy nauczyć się zdrowego egoizmu, który by nie wypychał tej drugiej osoby za okno. Paweł jest przewodnikiem wysokogórskim, kocha naturę, kocha przestrzeń, kocha sport. Ja jestem dziennikarką, która lubi pójść na rower i pobiegać, ale też są dzieci, więc te puzzle trzeba było na nowo poukładać. Teraz jest tak, że – jak Paweł pracuje w górach – to jedziemy tam razem, on po pracy zajmuje się dziećmi. Albo jak jedzie na 2 miesiące do Japonii jeździć z ludźmi w puchu, to wcześniej wyjeżdżamy razem na 3 tygodnie, żeby dzieci miały poczucie, że jest go dużo, bo on chce się nimi zajmować i bardzo za nimi tęskni. Ja też nauczyłam się zdrowego egoizmu, bo wcześniej miałam taką tendencję, że wszystkich stawiałam z przodu, siebie na końcu. Teraz to trochę przeformatowałam: mam swoje pasje, więc nie mam wyrzutów sumienia, jak idę pobiegać, na rower albo na basem. Celebruję te momenty, bo one są tylko moje i wtedy nikt mnie nie ciągnie za nogawkę i nie woła mamo. Myślę, że dzięki temu jestem lepszą mamą, mam więcej cierpliwości, ale też jestem lepszym człowiekiem, bo jak masz spokojną głowę, jesteś bardziej uważna.

Drugie dziecko zaplanowaliście?

Chcieliśmy, żeby Tytus miał rodzeństwo, bo i ja, i Paweł je mamy, ale nie wyliczaliśmy. Ustaliliśmy, że jak się pojawi, będzie super. Jak się nie pojawi, to też nie będzie dramatu. Paweł dowiedział się o Tytusie przed wyprawą na Alaskę. Dałam mu wtedy niebieskie śpiochy z napisem „I love daddy”. Był totalnie zaskoczony, to była mieszanka różnych emocji: radości, strachu, obawy, niepewności, wielkiego szczęścia, wszystkiego. Za pierwszym razem widziałam jego minę, za drugim nie. O Kosmie dowiedział się, jak był w Himalajach. Jak tylko się dowiedziałam, zadzwoniłam do niego, zdążyłam mu to powiedzieć i …zerwało połączenie, nie byliśmy już w stanie ze sobą pogadać. Opowiadał potem, że siedział wtedy z jakimś buddyjskim mnichem na dachu i ten mnich uśmiechnął się, przytulił go i powiedział: To teraz zostań sam ze swoimi myślami.

Przygotowywaliście Tytusa na przyjście na świat brata?

Tak i to bardzo. Od początku w tym uczestniczył, mówiliśmy mu: Będziesz miał braciszka, będziesz starszym bratem, będziesz mu pokazywał świat, będziesz go uczył świata. Mieliśmy książkę „Czekamy na braciszka” i on oszalał na jej punkcie: kazał ją sobie czytać codziennie, nie: trzy razy dziennie! – i tak przez rok. Dzięki temu wiedział wszystko, to było niesamowite. Jak wracaliśmy z Kosmą do domu, to Tytus dostał od brata wymarzony prezent i bardzo długo mówił, chwalił się, że to jest prezent od braciszka. Już w domu od razu go głaskał, całował i naprawdę do tej pory nie było ani jednej sceny zazdrości, on go tak kocha! Oczywiście się kłócą, wyrywają sobie zabawki, bez dwóch zdań. Ale kochają się na zabój, Tytus nigdy brata nie uderzył, nie popchnął, nie był zazdrosny. Super rzecz powiedział nam nasz pediatra: że jak tylko przyjedziemy z maluchem do domu i ten maluch będzie płakał i Tytus też będzie płakał, to żeby najpierw podejść do Tytusa, bo on już rozumie, to jest dla niego ważne, a u malca to jeszcze nie jest ten etap. Myślę, że to bardzo dużo dało, bo Tytus nigdy nie poczuł się odsunięty. Musieliśmy tylko pilnować się z jednym: pojechałam do szpitala urodzić Kosmę, w domu zostawiłam malucha, bo Tytus miał wtedy 2,5 roku. A kiedy wróciłam z Kosmą, miałam wrażenie, że w domu zastałam duże dziecko. Musiałam w głowie to przepracować, że Tytus jest cały czas brzdącem, cały czas może bałaganić, wrzeszczeć. Nam wydawał się duży, bo wróciliśmy z fasolką, z kruszynką, ale on emocjonalnie cały czas był mały. Nie można było więc od niego wymagać: Ty jesteś starszy. Bla bla bla. On cały czas był tak samo mały, a miał jeszcze trudniejszą sytuację, bo nagle pojawił się w jego życiu ktoś, z kim musiał dzielić mamę i tatę. Bardzo świadomie staraliśmy się zwracać na to uwagę, bardzo tego pilnowaliśmy.

Co było łatwiejsze, a co trudniejsze za drugim razem?

Mam wrażenie, że wszystko było łatwiejsze, mówiąc nieładnie: ten teren był już obsikany, znałam instrukcję obsługi. Czasu było mniej, bo miałam już dwoje dzieci i jedno chciało kaszę, a drugie pobawić się, jeden płakał, a drugi chciał się przytulić, więc podzielenie tego czasu i elastyczność – to mogłabym powiedzieć, że było trudniejsze. Ale generalnie reszta była prostsza. Teraz oni się już bawią razem i mnie odciążają, oczywiście obaj są turbo aktywni, jakby ktoś szukał perpetuum mobile, zapraszam do nas. Chłopcy ładują baterie non stop, wystarczy, że chwile posiedzą i znowu mają power na 5 godzin. No i nie chodzą, tylko biegają. Tytus mówi: Psi patrol, zbiórka w bazie! I ten mały leci za nim jak kaczka, a ja zasuwam za nimi biegiem.

Jakie chłopcy mają relacje między sobą teraz?

Mimo, że Kosma oczywiście wkurza się na Tytusa i krzyczy: Nie lubię cię, to jak Tytus powie: To jest fajne, to Kosma powie: To jest fajne. Tytus powie: Nie lubię malin, są bleeeee, Kosma, który maliny uwielbia, powie: Nie lubię malin, są bleeeee. Jest wpatrzony w brata jak w obrazek, brat jest najwspanialszy na świecie.

Jacy oni są? Co mają z Ciebie, a co z Pawła?

Są różni. Zanim pojawił się Kosma, wydawało mi się, że Tytus ma cholernie silny charakter, jest totalnie przebojowy, ale przy małym to on jest wrażliwym impresjonistą, sentymentalnym, spokojnym… Kosma ma prywatną ksywkę buldożer. Idzie przez życie taranem. To jest niesamowite, jak te maluchy są zachłanne na życie. Musi sobie poradzić, musi się przebić przez starszego, silniejszego i szybszego brata, więc nadrabia i nadrabia w tempie porażającym. Tytus jest większym wrażliwcem i ma to po Pawle. A mały jest po prostu sybarytą, który jest wiecznie uśmiechnięty, Świat jest wspaniały, ze wszystkim sobie poradzę i to jest po mnie. Na pewno obaj są sportowi, ja kocham sport, dla Pawła aktywność to zawód, więc genów się nie oszuka. Tytus się wspina na wszystko, ze wszystkiego zeskoczy, zrobi fikołka. Wsiadł na rower z pedałami i pojechał, mimo, że nie miał rowerka biegowego. Mnie łatwo przychodzi nauka języków i oni obaj to mają, że słyszą i chwytają w lot. Śmiesznie jest obserwować, że mają różne rzeczy z nas. Ale charakterologicznie i nawet z urody Tytus jest copy paste Paweł, a Kosma jest jak ja. I to też fajne, że te dzieci są osobne. Tak samo wychowywane, z tych samych genów i domu, a są totalnie różni.

Żyjecie na dwa domy, na dwa kraje, ze względu na pracę Twojego Pawła we Francji. Przenosisz trochę francuskiego wychowania na swoje dzieci, próbujesz im je zaszczepić?

Francuskie wychowanie jest dla mnie zbyt hardcorowe, bo oni są bardzo ostrzy i kategoryczni w stosunku do dzieci. Ale to, co mi się podoba to to, że od początku starszakom jest wpajane, żeby zajmowały się młodszymi, żeby potrafiły się z nimi bawić, nie nudząc się. Na placach zabaw obce dzieci asekurują, pilnują, pomagają tym młodszym i to jest ujmujące. Staram się Tytusowi zawsze powtarzać: Zobacz ten chłopiec jest młodszy, uważaj, oddaj mu może tę zabawkę? Innych rzeczy nie przeforsujemy. Np. przy stole francuskie dzieci siedzą jak trusie, dopóki rodzic nie powie, że mogą odejść. Po naszych dzieciach od razu widać, że nie są francuskie (śmiech). To są dwa samoloty mirage wpadające między stoliki i fikające jeszcze podwójne salta w tył! We Francji dzieci bez względu na pogodę bawią się na zewnątrz, bez względu na pogodę chodzą na spacery. I od małego uczą się też takiej górskiej kultury, maszerowania po górach z rodzicami. I to jest genialne.

Jaka jesteś mamą?

Najlepszą w miarę swoich możliwości, nie staram się być mamą idealną, bo po pierwsze uważam, że takie nie istnieją, po drugie – to kompletnie nie ja. Jestem raz słaba, raz silna, raz cierpliwa, raz niecierpliwa. Raz jestem Oceanem Spokojnym, raz wzburzonym, wściekłym Bałtykiem, różnie. Myślę, że jestem mamą pokorną, jak zrobię błąd, to potrafię przeprosić swoje dzieci, nie mam problemu z tym, że mówię dwulatkowi: Wiesz co, to było strasznie słabe, że podniosłam głos. To nigdy nie jest dobra metoda, tłumaczę mu, dlaczego. Uważam, że dzieciom należy tłumaczyć świat, tłumaczyć też swoje emocje. A nie że: Ja mam prawo, bo ja jestem matką. Nie, dziecko to nie jest moja własność, to jest osobny człowiek. I tak, jak ja chcę, żeby moje dzieci mnie szanowały, tak ja szanuję ich świat. Nie jestem dumna, kiedy zdarza mi zdenerwować, uważam, że to jest mega słabe, że to jest mój problem, nie ich. Oni są mali, ich świat to przekraczanie granic, a mój świat to potrafić nad sobą zapanować. Bardzo bym chciała być oazą spokoju, nie zawsze jestem. Staram się nie popełniać dwa razy tych samych błędów. Staram się też być mamą uważną i naprawdę mieć dla dzieci czas, żeby nie tylko słuchać, ale słyszeć i nie tylko patrzeć, ale zobaczyć.

Jakim tatą jest Twój partner?

On jest bardziej cierpliwy niż ja, bardziej dojrzały. To jest wymarzony tata dla chłopaków, który zabierze ich na biwak, zrobi ognisko, pójdzie z nimi w skały, będzie skakał z najwyższych kamieni, będzie spał z synami pod namiotem. Paweł nie znosi placów zabaw. On nawet w Warszawie idzie z nimi nad Wisłę, do parku, zbierać szyszki. Myślę, że każdy chłopak chciałby mieć takiego ojca.

Na jakich ludzi chcecie wychować swoje dzieci?

Chciałabym, żeby chłopcy byli dobrymi ludźmi, żeby starali się żyć tak, żeby nikogo nie krzywdzić. Żeby byli uczciwi, żeby mieli wpojone, że warto być przyzwoitym, nawet jeśli to jest niedzisiejsze, nawet jeśli dziś ludzie się ścigają, rozpychają łokciami. Żeby mieli swoje wartości, szli swoją drogą i mieli odwagę podejmować własne decyzje, a nie ulegać wpływom otoczenia, choć to strasznie trudne. Lubię powtarzać, że dzieciństwo to taki czas, kiedy możesz napakować dziecku walizeczkę miłością i poczuciem bezpieczeństwa. Nie ma nic ważniejszego! To się dzieje teraz przez wspólne zabawy, wygłupianie, ale też wtedy, kiedy im tłumaczę, dlaczego zachowałam się tak, a nie inaczej. Jeśli oni z tą walizeczką wyjdą w świat, to nie ma znaczenia, czy będą impresjonistami, będą układali dachówkę, czy będą wybitnymi sportowcami albo nauczycielami języka polskiego. Będą szczęśliwi w tym, co robią.

Chciałabyś mieć więcej dzieci?

Chciałabym, ale już teraz bym się bała. Biologii nie oszukam. Gdybym zabrała się za to wcześniej, to bym pewnie miała trójkę dzieci, ale z drugiej strony wiem, że chłopcy pojawili się w dobrym momencie. Mam zgodę na to, jak jest. Bardzo się cieszę, że Tytus ma brata, że jest ich dwóch i myślę, że największym naszym osiągnięciem jako rodziców będzie to, jeśli oni będą się lubili jako dorośli faceci, jeśli będą mieli sztamę, wspierali się, bez względu na swoje dziewczyny, żony, przyjaciół, towarzystwo. Jeśli będą razem, blisko w dorosłym życiu, kiedy my już nie będziemy mieli na to wpływu, to będzie nasz największy sukces.

 

Zdjęcia: Aneta Zamielska