19.08.2018

Wywiadówka: Anna Peszko

To nasze pierwsze spotkanie. Na wywiad przyjeżdża pociągiem z Gdańska. 9-letnia Wiktoria i 4-letni Marcel zostali w domu z tatą. Jest 12.00 a Sławek dzwonił już do mnie 3 razy, pytając, gdzie jest butelka, a gdzie spodenki, mimo, że wszystko mu przygotowałam – zaśmiewa się. Wydawało mi się, że jest spokojna i stonowana, a ona tak mi się tu śmieje. Godzinę później już się razem wygłupiamy. Taka matka to ja rozumiem!

Ile miałaś lat, jak urodziłaś Wiktorię?

Miałam 24 lata, w styczniu wzięliśmy ze Sławkiem ślub i idealnie po 9 miesiącach – w październiku – urodziła się Wiktoria. Właściwie to na weselu już było mi niedobrze. I niestety przez całe 9 miesięcy tak się czułam.

Czyli ciąża to nie był dla Ciebie stan błogosławiony?

Oj nie…Obie moje ciąże wyglądały tak, że ja cały czas wymiotowałam. I to nie były wymioty poranne czy mdłości, ja wymiotowałam codziennie po 25, 30 razy. Nic nie jadłam, mój organizm nic nie przyjmował, ratowały mnie tylko kroplówki, więc w obu ciążach długo leżałam w szpitalu. W pierwszej – w ósmym miesiącu te dolegliwości ustały, w drugiej było tak, że wymiotowałam jeszcze w trakcie porodu. Kiedy byłam z Marcelem w ciąży – wtedy mieszkaliśmy w Niemczech – tamtejsi lekarze zdiagnozowali, że moje ciało ciążę traktuje jako intruza, którego chce zwalczyć.

Mimo wszystko opowiadasz o tym z uśmiechem na ustach…

Teraz tak, ale wtedy to była dla mnie trauma. Naprawdę zazdroszczę kobietom, które mówią, że świetnie się czują w ciąży, bo u mnie to był ciężki czas. Ciąże właściwie wyeliminowały mnie z życia, głównie leżałam w łóżku – swoim albo szpitalnym, nie mając siły na nic innego.

W związku z tym w drugiej ciąży nie mogłaś zajmować się córeczką…

Dodatkowo wtedy mieszkaliśmy w Niemczech. Na szczęście moja mama przyjechała do nas, była z nami przez cały czas i to dzięki niej udało się to przeżyć. Zawsze śmieję się z powiedzenia, że ciążą to nie choroba. A jednak! (śmiech).

Podziwiam, że zdecydowałaś się na drugie dziecko po takich przejściach.

Miałam nadzieję, że to się nie zdarzy drugi raz… Pamiętam, że pod koniec zrezygnowana pytałam moją położną: Jak urodzę, to już nie będę wymiotować? Na co ona: Nie Ania, już nie będziesz. Więc ja: Ok. To rodzę!

Jak zobaczyłaś Wiktorię, jak na nią zareagowałaś?

Byłam bardzo szczęśliwa i dumna z siebie. Kiedy zaczęły się bóle, Sławka nie było, była ze mną moja mama. Chciała jechać ze mną do szpitala, ale ja zdecydowałam, że pojadę sama. Myślałam sobie: Albo Sławek, albo nikt inny! I dałam radę sama.

Kiedy Sławek zobaczył córkę?

Ona urodziła się nad ranem. On wrócił na drugi dzień z kadry. Pocieszył się nią 10 minut i musiał jechać z powrotem. Kiedy ją zobaczył był szczęśliwy i oszołomiony. I bardzo zadowolony, że to dziewczynka. Przy drugiej ciąży marzył już oczywiście o chłopaku. Udało się.

Za drugim razem też rodziłaś sama?

Nie. Akurat Sławek był. Ale chyba szkoda, że był (śmiech). Bo to był ciężki poród. On był zestresowany bardziej niż ja. Mimo tego spisał się, jego obecność mi pomogła.

Jak wyglądały u Ciebie początki macierzyństwa?

Ja byłam nastawiona na to, że wszystko będzie fajnie, dobrze. Pozytywnie podchodziłam do wszystkiego, wiedziałam, że sobie poradzę. Byłam tak szczęśliwa, że już skończył się etap wymiotów, że energia mnie rozpierała. Mimo, że Wiktoria w nocy nie spała – głównie dlatego, że ja w ciąży budziłam się w nocy, żeby wymiotować. Moja córka nie przespała całej nocy, dopóki nie skończyła 4 lat. Z Marcelem było podobnie. Moje dzieci są grzeczne w dzień, ale w nocy dają czadu i popalić.

Sławek pomagał podczas tych ciężkich nocy?

Pomagał, wstawał ze mną i to dosyć często. A kiedy ja byłam już tak zmęczona, że nic nie słyszałam, nie budziłam się nawet, wtedy wstawał sam. Zresztą on bardzo przy dzieciach pomaga. Dzielimy się różnymi zadaniami, współdziałamy. Zawsze powtarzam, że nie ma go często, ale jak już jest, to na 100%. Bawi się z dziećmi, zabiera gdzieś, żebym ja sobie mogła odpocząć. Sławek lubi też gotować i często odpowiada za posiłki w naszym domu. No i wygłupia się z Wiktorią i Marcelem jak nikt! Razem robią fikołki na łóżku. Lubię to, ale też mnie to denerwuje, bo wiem, że któreś na tym ucierpi i będzie płacz. Zazwyczaj jest to najmłodszy zawodnik.

Między Twoimi dziećmi jest 5 lat różnicy – zaplanowaliście to?

Ze względu na to, jak przechodziłam pierwszą ciążę, wstrzymywałam się z decyzją o drugiej. Nie było napięcia, ciśnienia na drugie dziecko, żądnego wyliczania. Dlatego też pewnie szybo się udało. Samo wyszło.

Przygotowywaliście Wiktorię na przyjście na świat brata?

W ciąży leżałam w szpitalu. Jak po kroplówkach wychodziłam do domu, to ona cieszyła się, że znowu z nią jestem, cieszyła się też, że będzie z nami ktoś jeszcze. Nigdy nie była o Marcela zazdrosna, była szczęśliwa, że go ma. Ona jest otwarta i towarzyska, myślała, że od razu będzie mogła się z nim bawić. Jak przyszła do mnie do szpitala, zapytała: Jaki on mały! Jak ja będę się z nim bawić? Przez moment była zawiedziona (śmiech). Była też bardzo pomocna. Wtedy mieszkaliśmy w Niemczech, byliśmy tam sami. Sławka często nie było, więc ona naprawdę we wszystkim od początku mi pomagała.

Jak się kocha córkę, a jak syna? Widzisz różnicę?

Widzę. Na Marcela chyba mniej uważam, nie chucham na niego tak, jak robiłam to z Wiktorią. Dziewczynki są bardziej wrażliwe, potrzebują więcej uwagi. Marcel długo był synusiem mamusi, do momentu, kiedy Sławek i piłka go nie przejęły (śmiech). On teraz wkracza w wiek, że chce robić męskie rzeczy, wszystko z tatą. Ale na szczęście przychodzi wciąż do mnie i się przytula. Z kolei Wiktoria – z racji tego, że jest starsza – musi często ustępować i czasem jest z tego powodu smutna. Wtedy zastanawiam się: A może ona myśli, że ją mniej kochamy? I rozmawiam z nią o tym, tłumaczę. Z drugiej strony ona małemu wiele wybacza. Marcel nie potrafi przegrywać, kiedy to się dzieje, obrywa się Wiktorii.

Po kim to ma?

Po kim? Na pewno nie po mnie (śmiech). Po mnie ma spokój i opanowanie. Z kolei Wiktoria, tak jak ja, jest bardzo poukładana. Ma też w sobie dużo spontaniczności i energii – po Sławku, bo on jest taki wariat trochę; wszędzie ich pełno.

Jakie Wiktoria i Marcel mają pasje?

Wiktoria gra w teatrze. Mówi, że zostanie aktorką. Wcześniej myślała, że będzie dżokejką, bo jeździ też konno, wygrało jednak aktorstwo. Marcel nie ma zabawek, nie ma aut, on ma tylko piłki! I stroje sportowe. Ma 4 lata a już trenuje w Młodej Lechii 2 razy w tygodniu. U nas jest zakaz grania w piłkę w domu. Ale ten zakaz jest często łamany. Mamy pokój przeznaczony do grania – z bramką w ścianie – mają grać tylko tam, ale nie zawsze się słuchają, bo twierdzą, że mają tam za mało miejsca. Straciłam przez to już kilka wazoników (śmiech). Jak ktokolwiek nas odwiedza, Marcel od wejścia pyta: A ty gdzie grasz? Czasem chciałabym, żeby pobawił się czymś innym, bo ja muszę stać na bramce.

Jakim jesteś obrońcą?

Słabym… Jak jest Sławek, to on „idzie na budę”.

Tata jest bohaterem dla syna?

Jest! Marcel płacze, jak Sławek przegrywa.

Jak go nie ma, to dzieci bardzo tęsknią?

Jak teraz był Mundial, Marcel codziennie wieczorem pytał mnie, kiedy koniec mistrzostw. Wiktoria jest starsza, więc potrafi to sobie wytłumaczyć. Wystarczy, że jej pokażę w kalendarzu, kiedy tata będzie i ona czeka. Poza tym ona ma swoje konie, teatr, koleżanki, zajęcia… A Marcelowi brakuje zawodnika, partnera do gry.

Jaką mamą jesteś?

Bardzo zorganizowaną, lubię wszystko planować, mieć pod kontrolą. Plany niestety niszczą się w przypadku transferu, zmiany drużyny, klubu. Na szczęście od 3,5 roku jesteśmy w Polsce więc jest spokojnie i stabilnie. Taka też jestem ja.

Nie zdarza Ci się krzyknąć?

No pewnie, że zdarza! Najczęściej: Marcel, nie graj tutaj w piłkę! Czasem też nie wyobrażam sobie nie krzyknąć: Cicho!

Kiedy Twoje dzieci Cię rozczulają?

Marcel – jak przyniesie jakąś laurkę z przedszkola albo jak przytuli się i powie: Kocham Cię, mamusiu. No i na przedstawieniach przedszkolnych – wtedy też chce mi się płakać. Wiktoria mnie wzrusza, jak widzę jak ubiera Marcela: zakłada mu skarpetki, koszulkę, jak się nim opiekuje. Ona będzie kiedyś dobrą matką.

Dasz się namówić na trzecie dziecko?

Nie. Bo nie chciałabym znowu tak długo leżeć w szpitalu, być odciętą od mojej dwójki, to byłoby zbyt egoistyczne. Kto by się nimi zajmował? Kto by ich woził na zajęcia? Będę więc z moją dwójką. Zadowolona i dumna. Bo dzieci to dla mnie sama radość, moje dzieci to moja motywacja.

Zdjęcia: Aneta Zamielska