14.10.2018

Wywiadówka: Agnieszka Hyży

Jedząc razem lunch, rozmawiamy o dzieciach, o miłości i o tym, co u nas. Kiedy kończymy jeść, ja wciąż jestem głodna jej opowieści. Opowieści, z których wyłania się szczęśliwa, kochana kobieta oraz czuła matka i macoszka – jak sama siebie nazywa. Więc rozmawiamy dalej!

Jak zareagowałaś na wieść o ciąży?

Mimo, że ciąża była planowana, to był dualizm uczuć: wielka radocha, ale i wielka niewiadoma, bo nie wiedziałam, z czym to się je i z czym będzie się wiązało. Ja dość mocno stąpam po ziemi, jestem realistką w wielu sytuacjach, wiedziałam więc, że moje życie będzie musiało się zmienić, nie wiedziałam tylko, jak.

Miałaś jakieś obawy?

Chyba każda mama je ma. U mnie przodował lęk o to, czy dziecko będzie zdrowe, on całkowicie mną zawładnął. Bo lęków dotyczących tego, jaką będę mamą, nie miałam w ogóle. Kiedy Marta pojawiła się na świecie, wiedziałam, co z nią robić. Weszłam w rolę mamy, jakby była mi zawsze pisana. Fakt, że ona była cudownym dzieckiem, które jadło i spało. Do tego stopnia, że pytałam lekarza, czy wszystko jest ok, bo przecież dziecko miało wyć non stop, a moje nie wyje, dodatkowo muszę je wybudzać na jedzenie, bo samo się nie budzi. Pani doktor powiedziała mi wtedy, że powinnam się bardzo cieszyć i korzystać z tego. Na palcach jednej ręki mogę policzyć nieprzespane przez Martę noce w ciągu jej 6 lat życia, to jest niesamowite. Ona dała mi taki komfort życia, że gdybym miałam gwarancję, że wszystkie moje dzieci takie będą, to chyba bym miała dziesięcioro.

Jak to było, jak ją zobaczyłaś po raz pierwszy?

To było bardzo dziwne uczucie, bo tyle czekałam i co? To już? I co teraz? Mam wziąć to dziecko do domu? I co dalej? Już zawsze razem? Ale jak? Teraz już nie wyjdę z domu, kiedy chcę? Teraz będę organizować czas pod to dziecko? Myślałam, że jak dziecko się pojawi, to będzie euforia, pioruny, fajerwerki i miłość, która cię obezwładnia. A powiem Ci szczerze, że patrzyłam na Martę i nic nie czułam. Z płaczem zadzwoniłam do mojej jednej i drugiej przyjaciółki i mówię, że coś jest ze mną nie tak, ja nic nie czuję. Moje przyjaciółki śmiały się i mówiły: Poczekaj… I rzeczywiście: z każdym tygodniem, z każdym miesiącem byłyśmy bliżej. To była miłość od pierwszego wejrzenia, choć nie czułam jej na początku, w szpitalu. To była miłość, która zadziałała jak bomba z opóźnionym zapłonem: wybuch nastąpił dużo, dużo później. I nie tydzień później, czy dwa, tylko kilka miesięcy, wtedy zorientowałam się, że ja już nie funkcjonuję bez dziecka. Nie dlatego, że ono jest ode mnie uzależnione, ale dlatego, że jest odwrotnie, bo pojawiło się to niezwykłe uczucie. Potem z każdym miesiącem, kiedy Marta zaczęła mi oddawać miłość, uczucia między nami stawały się jeszcze silniejsze. 

Jak Ty się zmieniłaś pod wpływem macierzyństwa?

Wszyscy od początku, jak tylko Marta pojawiła się na świecie, mówili, że się zmieniłam, że jestem fajniejsza, bardziej otwarta, że wyjęłam kijka z tyłka. Wcześniej byłam taka trochę pańcia, stara maleńka, dojrzalsza niżby wskazywała na to moja metryka. A przy Marcie nauczyłam się luzu, spontaniczności i cieszenia się z pierdół. Ona bardzo mnie zmieniła. Stałam się dużo bardziej ciepła. Zanim zostałam mamą byłam nazywana „zimną rybą”, byłam królową lodu, uśmiechałam się, ale nie byłam przytulająca się, zachowywałam spory dystans. Marta naturalnie potrzebowała bliskości i od momentu, kiedy znalazła się w moich ramionach, nagle i ja zaczęłam mieć takie potrzeby. Myślę, że miłość i dzieci to są dwie siły, które potrafią zmienić nas naprawdę.

Jaką jesteś mamą?

Nieidealną, choć na pewno bardzo kochającą i czułą, nie do końca konsekwentną. Trochę też rozpuszczam. Uwielbiam wymyślać dzieciom atrakcje, uwielbiam dogadzać im kulinarnie. Jak jest błagalny wzrok o pankejki, to jestem w stanie zrobić je o 7.00 rano, żeby mogły je sobie wziąć do przedszkola czy szkoły. Jestem też w  stanie dużo zrzucić i podporządkować pod dzieci. Łapię się na tym, że coś, co kiedyś sprawiało mi przyjemność, dziś nie jest już dla mnie ważne: wyjście dla samego wyjścia nie ma dla mnie sensu, wolę zostać. Mam poczucie, że jak wychodzę z domu, coś mnie omija, że coś tracę. Bez dziecka to jest stracony czas. Ale jestem też ze szkoły, że partnerzy, rodzice, dorośli, muszą mieć swój świat. Jestem z tych, którzy z pełnym przekonaniem i odpowiedzialnością posiłkują się babcią, dziadkiem, rodzicami. My z Grześkiem chcemy spędzać czas tylko we dwoje, wyjeżdżać na weekendy, spędzić razem wakacje, nic tak nie buduje i nie cementuje związku. Mój mąż też wychodzi z założenia, że dzieci wyjdą kiedyś z domu, a my? Nie możemy realizować się wyłącznie przez nie. Jak drzewo, którym są rodzice, zaczyna usychać, to jabłka, którymi są dzieci, spadną. Dzieci są super, poświęcajmy się, nich będą priorytetem, ale pamiętajmy też o sobie.

Co chcesz przekazać Marcie? Co jest dla Ciebie najważniejsze w jej wychowaniu?

Przede wszystkim chcę, żeby potrafiła kochać. Oczywiście bardzo ważne jest też, żeby była dobra, uczciwa, żeby odróżniała dobro od zła, nie krzywdziła innych, ale to wszystko wynika z miłości. Dziecko musi być uczone miłości, musi być przytulane, chwalone, doceniane i szanowane. W naszym domu najważniejsze jest, żeby dzieci były kochane, żeby to czuły i mogły tę miłość oddawać, a z tego będzie wynikało wszystko inne.

Jaka jest Marta?

Bardzo uśmiechnięta, czasami z fochami, jak to dziewczynka. Ma dużą, czasem nawet wybujałą fantazję. Opowiada niestworzone historie, sama sobie potrafi wymyślić i zorganizować zabawę. Jest strasznym przytulasem, potrafi okazywać uczucia, często sama z siebie mówi: Kocham Cię. 

A co ma z Ciebie?

Ludzie mówią, że ma taki sam głos, ton głosu jak ja, pewne odzywki mamy identyczne. Na pewno jest bardzo odważna, ale nie do wszystkich. Jest otwarta, przyzwyczajona do podróżowania, poznawania nowych miejsc i ludzi. To jest super widzieć trochę siebie w takim małym człowieku. Marta ma 5 lat. Kiedy jesteśmy same, mamy swoje babskie wieczory: śpimy w jednym łóżku, śmiejemy się, rozmawiamy, tulimy. W ten sposób powielam schemat mojej relacji z mamą, która robiła ze mną to samo. Uwielbiałam, jak mój tata gdzieś wyjeżdżał, brałam wtedy swoją poduszkę i szłam do mamy. Pamiętam, jak zasypiałam z mamą za rękę, jak mówiłyśmy sobie, że się kochamy. Teraz to samo robię z moją córką. Z moją mamą robiłyśmy sobie „noski eskimoski”, my z Martą mamy: „przytulaski, dziubaski, noski noski, rzęski rzęski”. To taki nasz rytuał. 

Wybierając Grześka na partnera, potem męża na pewno kierowałaś się też dobrem córki. Czułaś, przewidywałaś, jakim on będzie tatą dla Marty? 

U nas słowo tata zarezerwowane jest dla jednej osoby. I to działa w dwie strony- mama dla synków mojego męża też jest jedna. To, że Grzesiek ma dzieci, było dla mnie ważne. Bo wpuszczać kogoś, kto dzieci nie ma, na pełen etat do domu z dzieckiem, może być ryzykowne. Jeszcze muzyka, artystę? To, że nie mogliśmy czasami wyjść, że zdarzała się nieprzespana noc, nie było zadziwiające, bo oboje to znaliśmy. My nie mieliśmy takiego typowego okresu randkowania, od razu wkroczyliśmy do rzeczywistości rodzicielskiej, wszystko kręciło się wokół dzieci. Nigdy nie naciskałam na relacje Grześka z Martą. Obserwowałam je z szacunkiem i pozwalałam im się rozwijać. Marta zna całą układankę, kto jest kim, kto jest ważny. Bardzo dbamy o to, abyśmy wszyscy się szanowali i mieli ze sobą dobry kontakt. Zawsze mówię do Marty: Ty masz robić tak, jak czujesz. Jeżeli chcesz komuś coś powiedzieć, zrób to. Nie patrz, czy to się komuś spodoba, czy komuś będzie przykro, masz robić, na co masz ochotę. Nikt z nas nie będzie miał do Ciebie o to pretensji. U nas w domu nie ma żadnej presji.

Patchwork jest trudny? 

Dostałam fajną książkę od mojej mamy: „Jak przeżyć w patchworku?”. Ta książka tłumaczy wszystkim: dziadkom, przyjaciołom, co robić. Bo patchwork to nie tylko dwie osoby i dzieci, to jest cała sieć zależności, która musi funkcjonować, wszyscy musza się w tym odnaleźć. I to tylko od nas dorosłych zależy, jak my z tego wyjdziemy. Musimy zapomnieć o sobie, o tym, czy jest nam miło, po drodze schować wszystko do kieszeni. Najważniejsze są emocje dzieci i pod nie powinno się tą całą układankę układać. Czy to jest łatwe? To jest do ułożenia, ale jest to praca na otwartym organizmie, bo dzieci rosną, pojawiają się nowe problemy, powstają nowe sytuacje, musisz na to reagować. Wszystko zależy od dojrzałości i od tego, czy chcesz. Jeżeli nie komplikujemy sobie tego życia, „nie gramy dziećmi” to naprawdę się udaje. Patchwork ma też plusy, których nie ma typowa rodzina: jest nas więcej, jest weselej, można dzielić problemy i obowiązki na 8 osób, a nie np. na 3. My np. dzięki temu nie mamy niani, a jest nam z Grześkiem łatwiej wygospodarować czas dla siebie, bo nasza rodzina jest duża. 

Czyli jak Marta jedzie do taty, a synkowie Grześka do mamy…

…to my mamy narzeczeństwo (śmiech). 

Jaka jesteś macochą?

Mam nadzieję, że nie jestem macochą jak z bajek (śmiech). Jestem macoszką, jestem ciocią, która przejmuje normalne obowiązki mamy. Nie ma czegoś takiego, że mówię: Grzesiek, przyszły Twoje dzieci. Poznałam chłopców, jak oni mieli 2 latka, jeszcze nie mówili, Marta zaczynała mówić, więc doświadczyłam wszystkiego, co wiąże się z ich opieką i pielęgnacją. Dzieci z kolei wszystkiego uczyły się z nami. Pracujemy oboje, wymieniamy się z Grześkiem obowiązkami i opieką nad dziećmi – każde z nas pełni rolę rodzica: podejmujemy decyzje, wyjeżdżamy z dziećmi bez drugiego rodzica, chodzimy po lekarzach, siedzimy z nimi jak są chorzy, wstajemy w nocy. W momencie, kiedy są wszyscy, to są wszyscy. To jest nasze wspólne życie od prawie 5 lat. Wszyscy jesteśmy immanentną częścią tej samej układanki. 

To, że dzieci są w podobnym wieku: Marta 5 lat, chłopcy – 6, też pewnie wiele ułatwia?

Między nimi jest jak między dziećmi w tym wieku: super do momentu, kiedy nie ma konfliktu o zabawkę, której nikt nie używał od tygodnia, a nagle każdy ją chce. Ale też z każdym rokiem jest lepiej, bo więcej możemy załatwić przez rozmowę, naprawdę dużo dyskutujemy. Grzesiek ma zdecydowanie większy autorytet. Do dzieci zwraca się spokojnym, stanowczym głosem. A czasem nie musi mówić, wystarczy, że spojrzy. Moje spojrzenie nie wystarcza (śmiech). Więc Grzesiek zawsze mnie pyta: Co Ty masz ciągle ten głos taki zdarty? 

Czyli on jest tatą-zen?

On jest zen do czasu. Grzesiek jest konsekwentny i bardzo wesoły z dziećmi. Nawet jak ma zły humor, miał ciężki dzień w pracy, jest zmęczony, kiedy pojawiają się dzieci, to w niego wstępują nowe siły, potrafi się bawić, przytulać i uśmiechać w nieskończoność. Ja, kiedy jestem smutna, to wiem, że swojego focha potrafię okazać też dziecku. A na niego dzieci działają jak lek na całe zło. Z chłopakami ma swój sportowy świat: piłkę nożną i narty. A w muzykę to wciąga nas wszystkich.

Twój największy sukces macierzyński?

To, że mam dziecko. Zdrowe dziecko. I fajne dziecko. Ja wiem, że to będzie fajna dziewczyna. Jak my wszyscy w tym naszym patchworku niczego nie spierniczymy, to będzie fajny człowiek.

Czy patchwork będzie powiększony?

Mówi się, ze w patchworku bardzo potrzebne jest wspólne dziecko. Mam 33 lata i do 40 bardzo bym chciała, żeby nasza rodzina się powiększyła. Czy się tak wydarzy? Czas pokaże.

Życzę, żeby pokazał dwie kreski.

Zdjęcia: Aneta Zamielska