24.11.2019

Wywiadówka: Agnieszka Cegielska

Agnieszka mawia, że spokój to zdrowie. Ona jest bardzo zdrowa, jest jak melisa – kojąca, z usposobieniem ciepłym i miłym. Jest jak joga – relaksuje i uczy bycia tu i teraz. Mówiąc o macierzyństwie jest też ujmująco szczera, otwarcie przyznaje, że to nie jest lukrowany świat, że bywa trudno, że czasem nie dawała rady i płakała w głos. Poznajcie jej filozofię macierzyństwa!

Pamiętasz, jakie to były emocje, kiedy 10 lat temu urodził się Twój syn, Franek? 

Pamiętam doskonale. Zamiast przyjęcia urodzinowego z okazji 30 urodzin, urodziłam Frania, otrzymałam najpiękniejszy prezent od życia. Do samego końca ciąży pracowałam, w zasadzie tę moją ciążę przebiegłam. Fantastycznie się czułam – lepiej niż bez ciąży – i wydawało mi się, że później też tak będzie. A rzeczywistość po porodzie bardzo szybko wszystko weryfikuje, bo dziecka nie da rady wpisać sobie w kalendarz, bo to ono zawładnie twoim kalendarzem i całym twoim życiem. Nie ma sensu niczego planować ani zakładać. Na zapas też się niestety się nie wyśpisz. Pierwsze dziecko to jest wyzwanie, zderzenie z tramwajem (śmiech).  Ono nie rodzi się z instrukcją obsługi, ale w momencie, kiedy się rodzi, to u Ciebie – w sposób naturalny na szczęście – pojawia się instynkt, włączają się odpowiednie guziki i wiesz, co robić: jak je utulić, dostawić do piersi, dać mu miłość, żeby czuło się bezpieczne. I to jest najpiękniejsze.

Miałaś jakieś lęki przed zostaniem mamą?

Nie, raczej nie. Ja jakoś tak naturalnie podeszłam do sprawy. No i miałam to szczęście, że w ciąży miałam bardzo dużo energii, pracowałam niemal codziennie i do końca. Na każdej wizycie kontrolnej lekarz mnie pytał: Pani Agnieszko może wypiszę Pani zwolnienie, trochę Pani odpocznie? Ja patrzyłam na niego z niedowierzaniem: Zwolnienie? Jezu, dlaczego Pan chce mnie zamknąć w domu? Przecież ja oszaleję! Mnie to, że mogę iść do pracy, bardzo cieszyło. A po drodze napisałam jeszcze zaległą pracę magisterską z drugiego kierunku studiów. Studia skończyłam 2 lata wcześniej, ale wtedy nie udało mi się tego zrobić, a w ciąży – już tak. Jak teraz patrzę na to z perspektywy czasu, że 4 dni po porodzie obroniłam pracę magisterską, to trudno mi w to uwierzyć. Kiedy szłam po schodach Uniwersytetu Warszawskiego, to nie myślałam o tym, co mnie boli, raczej siłą rozpędu pragnęłam ten etap doprowadzić do końca. Wiedziałam, że to jest ostatni termin obron w lipcu, że potem będzie cały sierpień przerwy i będę mogła ponownie podejść do obrony dopiero we wrześniu, po całych 5 tygodniach niespania, bo nie zakładałam, że moje dziecko będzie cudem, które będzie przesypiało całe noce. Prawda jest taka, że nie spał 3 lata, żadnej nocy nie przespał! Więc ja wtedy do sprawy podeszłam zadaniowo. Nie chciałam pokazać, że jestem superwoman, nie o to chodziło. Ja tylko pragnęłam mieć to za sobą. Wtedy chyba intuicja mi podpowiadała, że za kilka tygodni może być gorzej. Jak pojechałam na obronę, Panie z sekretariatu wyszły, bo usłyszały, że mam się bronić i uznały to za żart. Mówiły: Pani przyjechała! A ja: Tak. I zamierzam się obronić. Więc ciąża była dla mnie naturalna i nie robiłam z tego żadnego wydarzenia. Myślę, że gdybym zaszła w ciążę drugi raz, wolałabym inaczej: pragnęłabym to bardziej pocelebrować, nie pracować tyle, cieszyć się. Wtedy to było bardzo zgodne z tamtą mną, byłam na takim etapie, że nie chciałam, żeby dziecko coś mi z mojego aktywnego życia zabrało. Wiele kobiet tak ma, szczególnie aktywnych. Te wszystkie etapy w życiu trzeba przeżyć, doświadczyć i na każdym z nich warto żyć w zgodzie ze sobą. Teraz jestem inną kobietą, skończyłam 40 lat, więc zdecydowanie bardziej pragnę celebrować wolniejsze tempo.

Jaką mamą byłaś na początku drogi macierzyńskiej?

Czuwającą nad łóżeczkiem, sprawdzającą czy syn oddycha, byłam cały czas najbliżej jak mogłam. Dużo było strachu i stresu tak bardzo niepotrzebnego. W książce było napisane, żeby go karmić co 3 godziny, więc jeśli on spał dłużej, ja go wybudzałam, żeby go nakarmić. Z perspektywy czasu zdaje sobie sprawę, jaki to był absurd. Ile to pierwsze dziecko musi przejść z tymi rodzicami, a tym bardziej nadopiekuńczą mamą! Zamiast się cieszyć, że dziecko śpi, ja wisiałam nad łóżeczkiem, sprawdzając, czy oddycha i czy nie jest wycieńczony z głodu. Myślę, że drugie dziecko to już jest zdecydowanie inna historia, że można się nim bardziej cieszyć, delektować. Bo to pierwsze dziecko jest wyzwaniem dla rodziców, a tym bardziej dla kobiety. Ale to też jest wspaniała transformacja: wszystko inaczej układa się w głowie.

Jak Cię Franek zmienił?

Bardzo! Priorytety stały się jasne. On zmienił moje życie na lepsze, nastawienie, kurs na taką totalną miłość bezwarunkową. Różne są rodzaje miłości, ale miłość matki do dziecka – również przez to, że my to dziecko nosimy pod sercem – jest nieprawdopodobna, niepodobna do żadnej innej, nie ma takiej drugiej miłości. Urodziłam dziecko i mimo tych wszystkich historii dookoła, tego rollercoastera zmęczenia, emocji i hormonów, to jednak wszystko wskoczyło na właściwe tory. Ten rodzaj dotyku, ten rodzaj bliskości. Wiesz już, że do końca życia masz pod swoją opieką takiego anioła: Twoje dziecko. Rzeczy, które były dla mnie ważne i miały prawo być ważne, przestały takie być. Kiedyś stresowałam się innymi rzeczami, teraz jest przede wszystkim Franio. Jak dzwoni telefon z sekretariatu szkoły, a wiem, że oni dzwonią tylko w ważnych sprawach, to zanim odbiorę, jest jak w kreskówkach: zmieniam kolory twarzy i myślę, czy trzeba będzie gnać do szkoły na sygnale. Było tak kiedyś, że podjechałam równo z karetką, bo Franek spadł z bramki – on jest bardzo sportowym dzieckiem. Więc: nieważne jak wielki projekt, jakie cudowne wyzwania zawodowe i nie wiem, co jeszcze. Najważniejsze jest dziecko. Jasne priorytety. Co się jeszcze we mnie zmieniło? Z pewnością mam mniejszy problem z asertywnością: nie zrobię nic kosztem dziecka. I ta uważność: dziecko nas uczy, tego co w życiu jest najważniejsze i pokazuje jak bardzo Nas potrzebuje: Bądź tylko dla mnie. Nie dla całego świata, nie dla telefonu, dla Instagrama, dla wszystkich znajomych. Odłóż telefon bądź dla mnie. W tych czasach dzieci są pięknymi nauczycielami. One nie myślą poziomem ego i głowy, ale poziomem serca i tego też od nich możemy się uczyć.

Jak Twój mąż sprawdził się w roli ojca?

Mój mąż dużo pracował, ale sprawdził się bardzo dobrze. Bo to też jest tak, że w tym początkowym czasie nie można wymagać od mężczyzny tego, czego on nie może dać, nawet jakby pragnąłby nas odciążyć, jest to praktycznie niemożliwe: on nie wstanie w nocy, żeby nakarmić piersią. W tym pierwszym okresie mężczyzna ma inne role: przejmuje pałeczkę w temacie siły, noszenia czy dźwigania.

Mówiłaś o tym, że nie spałaś 3 lata. Miałaś w związku z tym momenty załamania, nieradzenia sobie, niemocy?

Miałam. Bardzo mi wtedy pomagała joga, którą ćwiczę od 20 lat. Ja zawsze uciekam od dużej ilości bodźców, lubię ciszę, równowagę. Uważam, że spokój, cisza to zdrowie. Natomiast osobą, gentlemanem, który doprowadził mnie do łez tak, że płakałam na głos, był Franek. Jak nie przespał kolejnej nocy –a miał około miesiąca i około godziny 10.00 zaczął ponownie przeraźliwie płakać tak, że i ja zaczęłam płakać tak samo: ze zmęczenia, z wycieńczenia, powtarzając, że nie dam rady. Pamiętam to doskonale: pusty dom, nie ma nikogo. Na początku nie miałam pomocy niani ani dziadków, wydawało mi się, że sobie poradzę, tak jak w tej cudownej ciąży sobie radziłam, ale tak się nie stało: brak snu chyba najbardziej osłabił mój organizm i układ nerwowy. Płakałam w głos i chyba na Franku zrobiło to wrażenie, bo przestał płakać. Przy drugim dziecku myślę, że mądrzej starałabym się zaplanować pomoc.

Po jakim czasie zdecydowałaś się na pomoc przy Franku?

Po trzecim miesiącu moja ciocia – siostra mojej mamy – zaczęła mi pomagać, bo czułam, że tej pomocy bardzo potrzebuję. Pamiętam – kiedy już z nami była – po raz pierwszy wyszłam do sklepu kupić pieluszki dla niego i to była prawdziwa feeria emocji: nerwów, czy za chwilę nie będzie telefonu, że trzeba wracać karmić, ale też fascynacji i radości, że wyszłam z domu bez dziecka. Ja miałam wrażenie, że chodzę po Champs-Elysees, a świat jest taki kolorowy i piękny! Chciałam też wrócić do pracy, na pojedyncze dyżury, wiedziałam, że to mi dobrze zrobi. Jak szłam do niej po raz pierwszy, czułam się, jakbym jechała na jakiś pokaz haute couture: ktoś mnie pomalował, uczesał… Macierzyństwo to nie jest lukrowany świat, ale wyzwanie, cały jego ciężar w pierwszej kolejności spoczywa na mamie i nie chodzi o to, że chcę umniejszać roli ojca. Nie. Sęk w tym, że to kobieta rodzi i to też jest wyzwanie dla jej organizmu, to wszystko bardzo ją obciąża, to my potem wyjmujemy włosy garściami. Ciąża, poród, połóg i w tym okresie pielęgnowanie, opieka nad dzieckiem: to jest trudne. Badania medyczne pokazują, że kobieta regeneruje się do 5 lat po urodzeniu dziecka. Zostanie mamą to jest rewolucja całkowita, totalna zmiana życia. Nie ma tego życia, które było przed, nie oszukujmy się.

Jak wychowujesz swojego syna? Na jakiego człowieka chcesz go wychować?

Najważniejsze dla mnie jest jego poczucie własnej wartości. Ja nie mogę oczekiwać, że on sam, będąc dzieckiem je zbuduje albo społeczeństwo dookoła je zbuduje – nic bardziej mylnego. On, wychodząc z domu, będzie się przecież stykał z próbą sił, usłyszy niemiłe rzeczy. Z takimi zresztą często wraca do domu, bo dzieci są bezpośrednie: co w sercu to na języku. A Franek jest bardzo wrażliwy i wszystkim się przejmuje. W takich sytuacjach jestem tą pierwszą tarczą. Staram się tłumaczyć, być blisko wtedy, kiedy on pragnie rozmawiać. Być czujną. On zazwyczaj chce rozmawiać, jak jest w wannie, wtedy mi się zwierza. Skończył 10 lat, za chwilę będzie miał 11. Ile nam tego bliskiego czasu zostało? Ja mu mówię, że to, że np. chłopaki nie płaczą, to nie jest prawda. Ja się z tym nie zgadzam. Łzy są bardzo ważne w życiu: i te łzy radości, i złości, mamy płakać. Mówię Frankowi: Kiedy masz taką potrzebę, płacz, wyrycz się i zobaczysz, że przyjdzie ulga. Nauczyłam go też, że jak czuje się zmęczony, przebodźcowany: napuszcza sobie wody do wanny, dodaje sól o zapachu lawendy, zapala świeczkę, posiedzi w tej wannie i wychodzi z łazienki odmieniony. Dziecko pamiętaj: woda działa oczyszczająco, tak samo sól – Im więcej mu zaimplementuję i przekażę takich trików, tym będzie mu łatwiej. Nauczyłam go również technik oddechowych: jak oddychać, kiedy się denerwuje. Ale chyba najbardziej i najwięcej to zalewam go miłością. I mówię mu, że go podziwiam, że jest świetny, że jest cudowny w sporcie. Bo najważniejsze to rozmawiać, o tym, co czujemy. Jak damy dzieciom możliwość zabrania głosu, będziemy mogli z tego czerpać. Mówię Frankowi: Nie ma nic piękniejszego na świecie niż natura. A on na to: Jest, mamnia. Ja pytam: Co? I słyszę: Miłość, mamnia. Albo jak z pełnym przekonaniem mówi mi: Mamnia, a po co ty się malujesz? Ty jesteś najpiękniejsza rano, jak wstajesz, taka rozczapirzona, taka moja. Niedawno zapytałam go, czy chciałby coś we mnie – jako mamie – zmienić? Odpowiedział: Wydaje mi się, że mogłabyś być bardziej spontaniczna. Są momenty, kiedy się ograniczasz. Franek jest moim najpiękniejszym nauczycielem, przewodnikiem i przyjacielem, najukochańszym synem, światłem, lepszą kopią mnie.

A co ma po tacie?

Po tacie ma taką akcję-reakcję, jest człowiekiem czynu. Jak coś postanowi, to w trybie natychmiastowym pojawia się działanie; jest decyzja i realizacja. Podziwiam ich. No i zamiłowanie do wszystkich sportów: miał 4 lata jak nauczył się jeździć na nartach i robił trasy po 50 km, 50 minut – na nartach wodnych. Sport jest dla niego buforem emocji, pięknym balansem na te trudne czasy: naturalnym oczyszczaniem organizmu z codziennego stresu.

Czym Cię Franek denerwuje?

Bałagani i chyba to mnie irytuje najbardziej. I też to, jak o wszystkim zapomina. Ale trzeba też przyznać, że dzięki niemu jestem też łaskawsza dla dorosłych mężczyzn (śmiech).

Czym jest dla Ciebie macierzyństwo?

Spełnieniem jako kobiety, dopełnieniem. Kobiety, która nie ma już nastu lat, wie, czego pragnie, co czuje, wie, gdzie chce być. Taki piękny kawałek puzzli.

Co jest najtrudniejsze w macierzyństwie?

Najtrudniejszy jest strach o dziecko, nie umiem sobie z nim radzić. Ale w stresujących momentach powtarzam sobie jak mantrę: Anioły się nim opiekują, anioły się nim opiekują…Jak się rodzi dziecko, rodzi się strach o nie, lęk, który pozostaje z nami do końca życia.

Myślisz o przyszłości, np. o tym, że Franek będzie miał kiedyś dziewczynę?

Już miał dwie (śmiech). I ja się tym cieszę! Super! To, że on staje się samodzielny, to jest fajny etap. Ale też etap oddechu, przecież przez ostatnie 10 lat tego nie było. Ja podchodzę do tego zdroworozsądkowo: kibicuję mu, kocham, wspieram. Nie chciałabym, żeby całe życie kochał tylko mamusię. O nie. No i chciałabym być babcią!

Ale zanim wnuki, to może jeszcze dzieci?

Pragnęłabym, ale podchodzę do tego bardzo spokojnie. Przekroczyłam magiczną 40-stkę. Więcej jest we mnie więcej akceptacji, mniej boksowania się z życiem, że coś muszę. Docenię, co przyniesie życie i spróbuję się w tym odnaleźć. Jeśli ktoś tam u góry zadecyduje, że będę mamą, to super, nie miałabym nic przeciwko. Córci bym pragnęła, ale chłopca też bym kochała jak swoje (śmiech), znam kod obsługi chłopca. Ale tej więzi matki z córką – bardzo bym pragnęła doświadczyć. To by było dopiero dopełnienie mojej roli kobiety we wszechświecie!

Tego życzę.

Przyjmuję z radością, miłością i wdzięcznością.

Zdjęcia: Aneta Zamielska