04.05.2018

Wszystkie jesteśmy superbohaterkami !

Każda matka ma w sobie supermoc

Jestem matką od 22 miesięcy. Od tego czasu odczuwam podwójnie, martwię się za dwoje i kocham po dwakroć mocniej niż wydawało mi się, że można. Dostałam wiele supermocy, śmiało możecie nazywać mnie komandosem: słyszę najmniejszy nawet szmer dobiegający z sypialni obok, kiedy trzeba poruszam się bezszelestnie i potrafię zasnąć w każdej pozycji.

Dodatkowo jestem agentką, profesja: zadania specjalne i te najniezwyklejsze, domowe. Metoda działania – wielozadaniowość: zrobię zupę, drugie, coś na deser i równocześnie uratuję świat, swój własny. Wytrenował mnie mój Mr. Miyagi, mój Yoda, moja osobista Lewandowska. A tak naprawdę wszyscy oni w jednym, czyli Moje Dziecko, najlepszy motywator. Już na tym etapie jestem z Niego dumna.

I z siebie też: jestem matką. I jestem super, jak każda matka. Jestem twardzielką, nie do zdarcia! Można mi włosy wyrywać, ślinić mi twarz, zadrapywać mnie i plamić ubrania. Nic sobie z tego nie robię. Ewentualnie żarty albo pranie.

Mam super refleks. „Ja nawet nie zdążyłem pomyśleć o złapaniu tego traktorka!” – słyszę od znajomego. Ja wszystko łapię w mig. To, co rzuca Moje Dziecko i to, co mówi również. Porozumiewamy się w języku, którego nikt inny nie pojmuje. To kod, to nasz szyfr. Czasem innym coś tłumaczę – niech wiedzą –  a czasem nie. Wtedy ja i Moje Dziecko jesteśmy w spisku i to jest wspaniałe. Wystarczy szybkie spojrzenie, rzut jednego oka i wiem, jak On się ma, czego Mu trzeba. Rozpracowuję Go tym jednym okiem, na podstawie pojedynczego pomruku. Dla innych to jak całki, jak fizyka kwantowa. Ja jestem mądrzejsza o doświadczenie bycia Jego matką. Ileż to uczy!

Jestem superbohaterką. Każda matka nią jest. To powszechna prawda. Prawdą jest też, że u każdej z nas, dochodzi czasem do kryzysu świadomości, chwil zwątpienia. Dopadają nas wtedy metafizyczne niepokoje, pytamy o sens. Na koniec przychodzi jednak słodka refleksja, że przecież – jak każdy heros – mamy kogoś, kto w nas wierzy.

Bywa, że nam odbija. Miłość matki jest nieprzytomna, to są emocje, które sprawiają, że drżymy z uwielbienia. A taka miłość – wiadomo – gubi nawet Jamesa Bonda…

Na swojej drodze czasem spotykamy Jokerów, Zielonych Goblinów i inne czarne charaktery, które rozdają nam upomnienia i pouczenia, potrzebne nam jak wdepnięcie bosą stopą w lego. Ich bronią są pytania w stylu: „A dlaczego nie założyłeś rękawiczek?” – w teorii skierowane do dziecka, w rzeczywistości wycelowane w matkę. W arsenale mają również znaczące, rozognione i oburzone spojrzenia, którymi rzucają już po jednej nutce płaczu dziecka. Ja tam gwiżdżę na takie zachowania, na ludzkie gadanie i ocenianie. Taka to melodia.

To nie koniec. Według niektórych to, że jest się zwyczajnie szczęśliwym to przewinienie, i to karygodne. „Kaśka, zejdź na ziemię!” – słyszę. „Po co?” – odpowiadam. I chciałabym, żeby jak najwięcej z nas było – n i e u z i e m i o n y c h.

Ja już wiem, wiem to na pewno, że bez Mojego Syna byłoby mniej odlotowo. Mogłabym popaść w zastój, może bym się zestarzała, może odbarwiła? A życie z Nim jest błyszczące! Jestem zadowolona z takiego świata. Czasem On mi go przesłania, a innym razem to właśnie dzięki Niemu zauważam, że ten świat jest piękny. I jak każdy superbohater będę go bronić. To tyle ode mnie. Muszę lecieć.

foto: Aneta Zamielska