04.05.2018

„Tutaj jest nasz dom” – wietnamska rodzina o miłości do Polski

Historia polskiej rodziny z Wietnamu

Diep Nguyen świetnie mówi po polsku. Jak sama przyznaje, gorzej radzi sobie z ojczystym wietnamskim. Wszystko dlatego, że do Warszawy przyjechała jak miała zaledwie kilka lat i rodzice robili wszystko, by jak najszybciej zasymilowała się z otoczeniem. Dzisiaj Diep jest już mamą, ma męża Wietnamczyka, dobrą pracę i czeka aż dzieci trochę podrosną, by mogła je zabrać na wycieczkę do kraju swoich przodków w okolice Hanoi, skąd wywodzi się jej rodzina. Czy jak przystało na klasyczną azjatycką mamę, jest surowa i wymagająca? Czy jest jak „tiger mama” ze znanej książki Amy Chua? 

Przygoda Diep z Polską zaczęła się jeszcze zanim pojawiła się na świecie. Były lata 70., kiedy jej rodzice dostali stypendium na jednej z warszawskich uczelni wyższych. Chociaż znali się w Wietnamie z widzenia, dopiero w Polsce poczuli, że łączy ich coś więcej niż tylko przyjaźń. „Zakochali się w sobie” – wspomina z uśmiechem Diep. Po skończonych studiach wrócili do Azji, by założyć rodzinę. Urodziły się im trzy córki i dopiero kilka lat później przenieśli się z powrotem do Warszawy, kiedy tata Diep dostał propozycję napisania doktoratu. Wizja mieszkania w Europie bardzo im pasowała zwłaszcza, że ich rodzinny kraj był wtedy opanowany przez wojnę. Panowała bieda.

Gdy wylądowali w Polsce Diep miała  3-4 latka i nie znała ani słowa po polsku. Rodzicom bardzo jednak zależało na tym, aby córki zasymilowały się z Polakami, dlatego w domu mówili do nich tylko i wyłącznie po polsku. Dziewczynki chodziły również do polskich szkół, by miały kontakt z rówieśnikami. „Pamiętam, że kiedy byłam mała, czułam się inaczej, bo w Polsce rozpoczynał się dopiero napływ obcokrajowców. Nie wszystkie dzieci w przedszkolu to akceptowały. Rzadko, ale jednak zdarzały się nieprzyjemne sytuacje” – wspomina. Dzisiaj nie przypomina sobie, by teraz ktokolwiek  zwracał uwagę na kolor jej skóry. Diep skończyła SGH, a obecnie pracuje w znanej, międzynarodowej korporacji PWC. „Jestem obywatelką świata. Warszawa temu sprzyja, bo z roku na rok pojawia się tutaj coraz więcej obcokrajowców. Towarzystwo, w którym się obracam nie patrzy na to skąd pochodzę, więc nie ma znaczenia, czy urodziłam się w Wietnamie, Peru, czy w Wielkiej Brytanii. Mimo to każdy z moich znajomych pamięta o swoich korzeniach. To ważne, bo to właśnie one nas w dużej mierze definiują” – uważa.

Diep chce, aby jej dzieci 2,5-letni synek Dao, na którego zdrobniale mówi Gau (miś po polsku) i 3,5-letnia córka Quynh Anh, nigdy nie zapomniały skąd pochodzą, dlatego w domu mówi do nich tylko i wyłącznie po wietnamsku. Choć, jak sama przyznała, jej wietnamski nie jest najlepszy i zostawia wiele do życzenia, to stara się jak może. Na szczęście jej mąż – Duc o wiele lepiej radzi sobie z językiem przodków. „Kiedy byłam mała nie miałam zbyt wielu okazji do tego, by ćwiczyć wietnamski. Wszędzie otaczał mnie polski, za co jestem wdzięczna moim rodzicom, ale jednocześnie żałuję, że przez barierę językową nie mogłam w pełni porozumieć się z dziadkami” – wspomina.

Pierwszy raz do Wietnamu, a dokładnie w okolice Hanoi, pojechała z mamą, jak była w drugiej klasie podstawówki. „Obserwowałam ją jak się pakowała i przygotowywała do wyjazdu. A trochę to trwało, bo za każdym razem, gdy rodzice jechali do domu, to zawozili dla rodziny masę prezentów. Pewnego dnia zapytałam mamę, czy mogłabym z nią pojechać” – opowiada. Jej zetknięcie z tętniącym życiem Wietnamem, pełnym różnorodności, zapachów, a także z liczną rodziną sprawiło, że praktycznie przez cały miesiąc nie wydusiła z siebie ani słowa. „Moja mama wciąż mnie wtedy pytała, czy przypadkiem nie oniemiałam” – śmieje się. Dopiero po powrocie do Polski coś się w niej odblokowało i zaczęła mówić po wietnamsku, jednak po kilku tygodniach spędzonych z rówieśnikami, język polski znowu zaczął dominować.

Zwyczaje jakie panują w Polsce bardzo jej odpowiadają i cieszy się, że może wychowywać tu dzieci. „Uważam, że polscy, a w sumie europejscy tatusiowe aktywniej zajmują się dziećmi. Często widzę ich z wózkami na spacerach. W Azji jest niestety inaczej. Mój tata nigdy nie zmieniał mi pieluchy. Może to też kwestia pokoleniowa, ale w sumie azjatyccy mężczyźni także  dzisiaj stoją nieco na uboczu w kwestiach rodzicielskich” – zauważa Diep. W kulturze wschodu bardziej odpowiada jej za to, w jaki sposób podtrzymywane są relacje międzyludzkie. Podkreśla w szczególności szacunek do starszych osób, o którym w Europie aż tak bardzo się nie mówi. „W Wietnamie ludzie żyją ze sobą bliżej. Pod jednym dachem często można spotkać wielopokoleniowe rodziny. Mamy tam dzieci, rodziców, dziadków, ale często również i pradziadków, przez co kontakt ze starszymi jest dużo większy siłą rzeczy. ” – zauważa.

 

Nie wszystkie elementy kultury, czy wychowania, jakie dominują w jej rodzinnym kraju chciałaby jednak kultywować w Polsce. „Na pewno nie jestem jak tiger mama” – śmieje się. Tak mówi się w Azji o kobietach, które są bardzo wymagające w stosunku do swoich dzieci. Kilka lat temu wielką popularność zdobyła książka Amy Chua „Bojowa pieśń tygrysicy”, w której autorka dokładnie opisała na czym polega solidne, azjatyckie wychowanie. Dzieci nie mają tam żadnej taryfy ulgowej. Muszą być bezwględnie posłuszne rodzicom, dobrze się uczyć i chodzić na masę zajęć dodatkowych po szkole. „W Wietnamie branie korepetycji jest normą. W tamtejszych szkołach jest dziesięciostopniowa skala oceń i nawet najlepsi uczniowie, którzy mają same dziesiątki chodzą na korepetycje. Wynika to z przeświadczenia, że dobre wykształcenie zapewni dobre życie” – twierdzi Diep. Ona nie chce jednak stawiać swoim dzieciom aż tak sztywnych wymagań. Kiedy została mamą zauważyła, że jest jej o wiele bliżej do idei rodzicielstwa bliskości. Nie podoba jej się, kiedy dorośli zapominają, że dziecko to też człowiek i starają się je podporządkować, nie wsłuchując się w jego potrzeby, a także nie biorąc pod uwagę jego indywidualności. „Moja starsza siostra jest bardziej wietnamska ode mnie. To typowa tiger mama, która uważa, że moje dzieci wchodzą nam na głowę. Ja mam po prostu inne metody wychowawcze. Zakładam, że dziecko nie będzie od razu posłuszne, bo musi dopiero nauczyć się granic, poznać normy. Uważam, że cierpliwość i dawanie dzieciom czasu na zrozumienie tego, jak działa ten świat, przyniesie korzyści później, bo będą traktować rodziców jak przyjaciół. Nie chcę, aby dziecko bało się do mnie przyjść z jakimkolwiek problemem. Wierzę, również, że cechy osobowości, które w dzieciństwie mogą wydawać się problematyczne, później stają się naszymi atutami, np. bardzo uparte dziecko, w dorosłości staje się człowiekiem ambitnym, asertywnym i konsekwentnie dążącym do wyznaczonych celów. Dlatego moim zdaniem „tresowanie” dziecka nie jest dobrym rozwiązaniem” – podsumowuje.

Pomimo surowego wychowania, Azjaci generalnie żyją bliżej siebie niż Europejczycy. Mniejszość wietnamska bardzo dobrze zorganizowała się w Warszawie i okolicach. Bardzo prężnie działają tutaj centra kulturowe, szkoły językowe, organizowane są koncerty, a nawet wybory miss. „Jeśli Wietnamczyk chce to może nawet przez 10 lat mieszkać w obrębie mniejszości i nie nauczyć się ani słowa po polsku.  Moi rodacy gromadzili się kiedyś wokół Stadionu Dziesięciolecia, a teraz są w Wólce Kosowskiej. Można znaleźć tam absolutnie wszystko. Działają bary, jest fryzjer, manicure, a nawet wiem, że stacjonuje lekarz” – wylicza. Diep jeździ z mężem do Wólki po wietnamskie jedzenie, które kocha. To dlatego między innymi tak bardzo lubi Księżycowy Nowy Rok, który przypada na przełomie stycznia i lutego. To najważniejsze święto w Wietnamie, przypominające Boże Narodzenie. Jest z nim związany cały rytuał gotowania potraw. „Zawija się ciasto ryżowe w liście podobne do bananowca, do tego dodaje się fasolę mung i mięso. Wszystko gotuje się dwanaście godzin. Tradycja polega na tym, że rodzina siada przy wielkim garze, rozmawia ze sobą na różne tematy i spożywa ugotowane danie zwane banh Chung” – zdradza Diep.

Na codzień cała jej rodzina odżywia się tak, jak na typowych Wietnamczyków przystało. Na śniadanie ulubiona zupa pho, czy bun suon (zupa z żeberkami i makaronem ryżowym) lub ryż kleisty z fasolą mung lub z orzechami. Na kolację często pojawia się z kolei karmelizowane mięso, które jest przysmakiem dla wietnamskich dzieci. Diep uważa, że wietnamskie jedzenie jest bardziej aromatyczne, pełne ziół i lżejsze od polskiej kuchni. Jej dzieci także są przyzwyczajone do dań azjatyckich, dlatego na początku w przedszkolu nie mogły się przekonać do kanapek z szynką. „Mieliśmy mały problem z jedzeniem, ale na szczęście moje dzieci w końcu polubiły polską kuchnię i teraz zamiast pho wolą polskie kanapki”- śmieje się.

Quynh Anh i Dao nie byli  jeszcze w kraju swoich przodków. „Są mali i boję się, że mogą złapać jakąś egzotyczną chorobę. W zeszłym roku w miastach wzrosła zachorowalność na dengę” – tłumaczy Diep. Jej rodzice także póki co nie myślą o powrocie do Wietnamu, chociaż wybudowali tam sobie dom, z myślą o emeryturze. Chcą być blisko córek, a one póki co nie planują przeprowadzki do Azji. W końcu ich dom jest w Polsce.

autor: Karolina Maj
zdjęcia: Aneta Zamielska