15.08.2018

To mnie przerasta!

Jedziemy z Synem tramwajem. Na jednym z przystanków dołączają do nas kontrolerzy biletów. Sprawdzają wszystkich pasażerów, z wyjątkiem mnie. Nie jest to przypadek, mijają mnie trzykrotnie. Czy to dlatego, że jestem matką, że byłam z dzieckiem? A może dlatego, że byłam z dzieckiem, wózkiem, hulajnogą i torbą z zakupami? Może to empatia? Pewne jest jedno: to jest fajne, to cieszy. Poczułam się wyjątkowo, poczułam się lepiej niż dobrze. Obyło się bez fatygi, szukania torebki, portfela, na koniec biletu. Poczułam się przyjemnie rozpieszczona i zrozumiana. Uśmiechałam się pod nosem jeszcze długo potem.

U Mojego Syna też mam specjalne względy, z Nim każdy dzień to jazda bez kontroli. To mnie woła, jak tylko otworzy rano oczy, to ja jestem niezbędna, gdy się przewróci czy uderzy. To mnie potrzebuje, żebym jako pierwsza pogłaskała napotkanego na spacerze pieska, zanim On to zrobi. On krzyczy z oburzeniem i sprzeciwem: „To mamy!”, gdy ktoś częstuje się moim mlekiem sojowym. I to On chce wycinać sobie w spodniach dziury, bo ja dziurawe noszę. To z Nim wreszcie każdego dnia mam ćwiczenia z czułości. Mam u Niego specjalne względy i od tego łzawią mi oczy.

Całkiem niedawno Mój Syn skończył 2 lata. Uświadomiłam sobie, że robi się coraz bardziej samodzielny. Dzięki mnie i obok mnie.

„Te dzieci tak szybko rosną” – to był dla mnie wytarty frazes, tak wytarty, że wcale nie błyszczał, banał, którego miałam powyżej uszu. Dziś sięga mi do serca. Dziś sama go używam, przyznając rację sąsiadowi, który – widząc mnie z Heniem – rzuca na pożegnanie: ”Jaki On już duży!”. Każda matka prędzej czy później powie do innej, mającej mniejsze dziecko: „Ja już w ogóle nie pamiętam, żeby mój syn był taki mały”  i:  „Ale ten czas leci. Widać to po dzieciach”. Czas leci, choć zdarzało się, że mój pełzał. Odkąd jestem mamą życie mi przyśpieszyło. Ścigam się. Ścigam się ze swoimi słabościami, z niemocą , z obowiązkami domowymi, ścigam się z ambicjami i marzeniami, z tym, co mi wypada, a czego już nie mogę albo nie chcę. Biegnę zawodowo, prywatnie w domu wyciskam siódme poty. Ścigam się sama ze sobą. Ścigam się z wyobrażeniem matki idealnej i kobiety spełnionej. A gdzieś po drodze Mój Syn rośnie. W tym biegu oddaję mu całą siebie. Trudno za mną nadążyć, jak za każdą matką. A Mój Syn rośnie w siłę i pewność siebie. Rośnie w optymizm i wrażliwość. To jest mój medal. Bo medale, drogie matki – jak wszystkie dzieci – nasze są!

Jestem matką dwuletniego chłopca, który sam zakłada buty, wyciera ręce, jeździ hulajnogą. Podczas posiłków coraz częściej rezygnuje z dziecięcego krzesełka na korzyść tego dorosłego, z którego ledwo wystaje, a w metrze wybiera dla siebie osobne miejsce. Gdy przechodzimy obok lodziarni, tonem nieznoszącym sprzeciwu komunikuje mi: „Mama – nie!”. Wchodzi do niej sam, wychodzi w towarzystwie wafelka.

Za chwilę wyrośnie mu broda, każe sobie włączyć pierwszy mecz i nie będzie opuszczał klapy od sedesu. Wyobrażam to sobie. Bo jeżeli coś możemy sobie wyobrazić, powoli przestajemy się tego bać.

Kiedy widzę, jak wychodzi z kimś innym i rzuca mi „Pa pa mama!”, myślę o drugim dziecku. To znaczy myślę, że mam je het w odległej perspektywie. A czasem jednak bliżej niż myślę…

 

Zdjęcia: Aneta Zamielska