27.11.2018

Tata z pasją: Kuba Przygoński

Nikt w Polsce tak nie wchodzi w poślizg, jak Kuba Przygoński. Mistrz driftingu i zdobywca piątego miejsca w Rajdzie Dakar prywatnie jest tatą dwóch dwóch córek. Choć poza domem przebywa aż osiem miesięcy w roku, razem z żoną Justyną wypracował swój system opieki nad dziećmi. Ważną rolę odgrywają w nim wideorozmowy i zdjęcia, które przesyłają sobie regularnie.

Podczas morderczych wyścigów na pustyni Kuba nie uznaje kompromisów. Walczy o wygraną. Na codzień jest za to ciepłym facetem, który buduje domki z kartonu, gotuje owsiankę dla starszej córki Niny i wstaje w nocy do miesięcznej Alinki. Ideał taty? Na to wygląda.

Kuba, przygotowując się do naszej rozmowy zrobiłam sobie w internecie niezły research na Twój temat i rozbawił mnie w szczególności pewien detal, o którym wspomniała Twoja żona.

Zamieniam się w słuch.

Podobno jesteś weekendowym kierowcą i kiedy jadą z Tobą samochodem córki i żona, to raczej nie dociskasz gazu do dechy. Ba! Justyna powiedziała, że czasami się wleczesz. Ty, mistrz Polski w driftingu?

Powiem tak, kiedy jeżdzę po mieście z całą rodziną to nie ma powodu, bym się z kimś ścigał. Poruszam się sprawnie. Śmieję się, że gdybym zrobił z żoną zawody i mielibyśmy dojechać z punktu A do punkt B, to ja jadąc spokojnie dotarłbym na miejsce pierwszy. Wynika to oczywiście z mojego doświadczenia. Justynie za to zdarza się jeździć szybko i trochę szarpać…

No proszę, czyli w Waszej rodzinie dwie osoby mają żyłkę do ścigania się.

Coś w tym jest…

Domyślam się, że w takim razie Justyna doskonale rozumie Twoją pasję. Nie ma obaw, gdy ruszasz w trasę?

Moja żona poznała mnie już jako kierowcę rajdowego i tylko w takim wydaniu mnie zna. Natomiast na tyle zorientowała się w kalendarzu zawodów, że doskonale wie, które wyścigi są ważne, a które nie. Pewne rzeczy są z góry zaplanowane i jak sezon się zaczyna to rozumie, że w konkretnych rajdach muszę wziąć udział. Ale jeśli chodzi o jakieś zawody dodatkowe czy ponad programowe to rezygnuję z nich, bo wiem, że nie cieszyłaby się, gdybym i w nich startował.

Ale nie ma pretensji, gdy znikasz z domu na tak długo?

W ciągu roku jestem poza domem przez około osiem miesięcy. Wiem, że to bardzo dużo.

Wiele kobiet miałoby problem, żeby zaakceptować taki stan rzeczy. Tym bardziej, że macie w domu dwie małe córeczki. Sama jestem matką i wiem, jak ważna jest obecność partnera obok.

To prawda, nie będę udawać,że jest nam łatwo. Bo nie jest. Justyna zostaje w domu z dwójką dzieci, więc ogarnięcie tego wymaga niezłej logistyki. Jak mnie nie ma, to staram się wszystko zorganizować. Pomagają nam babcie, siostry, dlatego dość dobrze sobie radzimy. Oczywiście staram się spędzać z rodziną jak najwięcej czasu, gdy jestem w Polsce.

Nie boisz się, że coś Ci umknie przez te osiem miesięcy? Dzieci bardzo szybko dorastają. Masz jakiś sposób na to, by być na bieżąco?

Zdjęcia. Dostaję ich od Justyny całą masę. Gdybym Ci pokazał mój telefon to byś zobaczyła, że jest ich naprawdę mnóstwo i dzięki temu nie mam poczucia, że coś mi umyka. Poza tym to też nie jest tak, że nie ma mnie w domu przez osiem miesięcy, a potem pojawiam się na kolejne cztery. Moje podróże przypominają bardziej przeplatankę. Wyjeżdżam na tydzień, wracam później na dwa. W ten sposób mam poczucie, że jestem jednak na bieżąco.

Cofnijmy się na chwilę do samego początku. Wyglądasz mi na bardzo spokojnego, zrównoważonego człowieka. Skąd wzięła się w Tobie pasja do ścigania się?

Wszystko zaczęło się od mojego dziadka, który najpierw nauczył mnie jeździć motocyklem, a później samochodem. Zawsze pasjonował się motoryzacją i budową samochodów. W pewnym momencie zaraził mnie tym. Niestety dziadek zmarł 11 lat temu i nie doczekał się tej chwili, kiedy zacząłem się ścigać na światowym poziomie. Jestem jednak pewien, że trzyma za mnie kciuki tam na górze.

Pamiętasz swój pierwszy motocykl?

Oczywiście. To było małe, zielone Kawasaki w wersji crossowej. To był też pierwszy motocykl, na którym zacząłem się ścigać.

Wiele osób mówi, że motocykliści to samobójcy

„Samobójcy” to dość mocne słowo. Z pewnością, gdy jeździ się po drodze publicznej trzeba być o wiele bardziej uważnym. Na torze jest inaczej. Motocykl daje bardzo dużo przyjemności z jazdy, ale to idzie w parze z niebezpieczeństwem. Jadąc na motorze jest się praktycznie niczym nie osłoniętym, dobrze więc zdawać sobie z tego sprawę.

Kiedy zostałeś ojcem zacząłeś inaczej jeździć?

Masz na myśli spokojniej?

Tak. Widzisz zakręt i choćbyś bardzo chciał, to nie wjedziesz w niego z takim impetem jak kiedyś, bo wiesz, że w domu masz żonę i dzieci

Nie mogę jechać wolniej. To jest sport. Jeśli chcę wygrywać zawody muszę być najszybszy, więc nie mogę odpuszczać gazu ze względu na rodzinę. Przede wszystkim bardzo dobrze przygotowuję się do każdych zawodów. Używamy najlepszego sprzętu z możliwych i to połączone z rozważnym działaniem, minimalizuje ryzyko.

Jakiś czas temu zamieniłeś jednak motor na samochód. W ostatnim rajdzie Dakar zająłeś piąte miejsce.

Teraz od kilku lat ścigam się w samochodzie, który jest o wiele bezpieczniejszy, bo ma klatkę bezpieczeństwa i wszystko to, co chroni kierowcę i pilota. Moja decyzja o zmianie pojazdu była po części podyktowana rodziną, a po części poważnym wypadkiem, jaki miałem kilka lat temu w Abu Zabi. Zeskoczyłem z bardzo wysokiej wydmy i złamałem kręgosłup. Zostałem wtedy przetransportowany do szpitala i choć diagnoza, jaką usłyszałem brzmiała optymistycznie, to musiałem przeleżeć w łóżku przez trzy miesiące. Na szczęście 6 godzin rehabilitacji dziennie codziennie pomogło mi stanąć na nogi. Gdy znowu wróciłem na tor, zauważyłem jednak, że tempo mi spadło, co jest oczywiście normalne po ponad półrocznej przerwie. Uznałem jednak, że to dobry moment, by przesiąść się do samochodu i wykorzystać w nim moje umiejętności dakarowe.

Po wypadku nie przeszło Ci przez myśl, by przejść na sportową emeryturę?

Pamiętaj, że wywodzę się z dyscypliny, która jest bardzo kontuzjogenna, dlatego patrzę się na różnego rodzaju urazy z przymrużeniem oka. Złamanie palca nie ma znaczenia. Wiele razy kończyłem wyścig właśnie ze złamanym palcem czy żebrem. Dopiero poważna kontuzja eliminuje z wyścigu. Odpowiadając jednak na Twoje pytanie, to nie, nie myślałem o tym, by przejść na emeryturę. Wręcz przeciwnie. Jestem uparty i chciałem wyjść z tego, w czym się znalazłem.

Gdy bierzesz udział w rajdzie, to rozmawiasz z innymi kierowcami o rodzinie, waszych tęsknotach czy ryzyku, jakie podejmujecie?

Nikt nie rozmawia o tym, że się boi. Nie ma tam miejsca na strach. Rozmawiamy raczej o naszym zmęczeniu i bieżących sprawach.

Tęsknisz wtedy za rodziną?

Oczywiście, że tęsknie. Na szczęście jest coś takiego jak skype. Wideorozmowy stały się już jakimś standardem. Jak tylko mam zasięg to rozmawiamy często, praktycznie codziennie. To są bardzo fajne chwile.

Twoja starsza córka bierze udział w rozmowie z tatą, którego widzi na ekranie komputera?

Jasne. Ninka już coraz więcej mówi. Wie, że się ścigam i jest tym bardzo zainteresowana. A w szczególności moim strojem.

Czy pamiętasz moment, kiedy dowiedziałeś się,że zostaniesz ojcem?

Najbardziej zapadł mi w pamięci moment, kiedy byłem na Dakarze i moja żona wysłała mi wiadomość video z filmikiem, w którym mówiła, jak bardzo jesteśmy razem szczęśliwi. I na koniec zupełnie niespodziewanie powiedziała, że jest w ciąży z Aliną, naszą drugą córeczką. Strasznie się ucieszyłem, chociaż byłem w połowie wyścigu i walczyliśmy o wynik. Przed narodzinami pierwszej córki nie miałem obaw, czy sobie poradzę, ponieważ mam siostrę młodszą o 15 lat i od początku wiedziałem, jak to wszystko będzie wyglądało. Wiadomo, że przez sport i moje starty jest mało czasu, ale staramy się wykorzystywać każdą chwilę z rodziną na maksa.

Kiedy miesiąc temu pojawiła się na świecie Wasza druga córka, zamieściłeś na Instagramie urocze zdjęcie z rączką małej Alinki. Byłeś obecny przy porodzie?

Chodziliśmy razem z Justyną do szkoły rodzenia i było to fajne doświadczenie. Dzięki tym zajęciom od razu obydwoje wiedzieliśmy, co tak naprawdę nas czeka. Podczas porodu byłem obecny, ale na ostatnie 30 minut wyszedłem, ponieważ jest to jednak bardzo ciężka sytuacja, z którą kobieta musi się zmierzyć. Ale pępowinę oczywiście przecinałem.

Masz w domu taryfę ulgową? Kiedy wracasz z rajdu, jesteś zwolniony z nocnego wstawania do dzieci?

Chyba żartujesz! Nie ma żadnego odpuszczania. Kiedy jestem poza domem Justynie jest ciężej ze wszystkim, dlatego kiedy wracam i pojawia się potrzeba, to już pierwszej nocy wstaję do córek. Mamy taką umowę, że będąc w domu przejmuję więcej obowiązków.

Gotujesz?

Czasami. Przygotowuję na przykład Nince śniadanie. Serwuję jej zazwyczaj płatki owsiane. Z tym sobie radzę.

Zastanawiam się, jakim jesteś tatą.

Raczej wyluzowanym. W ogóle jako para jesteśmy z Justyną dość spokojni. Staramy się również być odpowiedzialni i mądrzy w tym, jakimi jesteśmy rodzicami. Starszej córeczce na dużo pozwalaliśmy. Jest bardzo samodzielna. Potrafi na przykład sama zejść już ze schodów. Od początku uczyliśmy ją samodzielności.

Jesteś jednym z tych rodziców, którzy zasypują dzieci prezentami bez okazji?

Prezentów tak dużo nie kupuję, ponieważ wolę kreatywne zabawy. Często robimy np. domki dla lalek z kartonu. Jak już kupuje zabawkę, to staram się, żeby była bardziej przemyślana.

Gdy jesteś w domu i masz wolny czas, to

Idę z córką na plac zabaw, gdy jest ładna pogoda. Chodzimy też na spacer z psem. Ninka bardzo to lubi.

Wyobraź sobie, że Nina i Alina przyjdą do Ciebie za dziesięć lat i powiedzą: tato, chcemy uprawiać… i tu padnie nazwa jakiegoś ekstremalnego sportu. Jak wtedy zareagujesz? 

Przede wszystkim będę je wspierał. Myślę, że pozostawię im wolnąrękę do tego, co będą chciały robić wżyciu. Jeśli wybiorą sport to z pewnością zabezpieczę je jak tylko się to da. Uważam, że sport jest bardzo ważny w życiu, bo kształtuje charakter. Na pewno będę chciał, by aktywnie spędzały czas. Sport potrafi wspaniale uczyć, budować silne osobowości. Sport to w większości porażki. Cała sztuka sportowca polega na tym, by przejść przez serię porażek, żeby dojść do zwycięstw.

Masz inne sportowe pasje oprócz rajdów, które rozwijasz w wolnym czasie?

Przede wszystkim, jak mam wolny czas to staram się go spędzić z rodziną. Widzimy się wtedy z babciami. Ale gdy gdzieś wyjeżdżamy na wakacje to chętnie pływam na kajcie – to jest moja pasja bez silnika. A w zimie z kolei wyciągam snowboard. Zakładam,że starsza Ninka już niedługo będzie mogła się uczyć jeździć na desce.

Gdy masz wolny czas, pomagasz też żonie w prowadzeniu firmy.

Tak, Justyna z koleżanką mają super fajną markę odzieżową The Odder Side. Uczestniczę w tym procesie twórczym. Jako męskie oko sprawdzam rzeczy, czy są fajne czy nie.

Żona Cię słucha?

Trochę tak. Jestem także dość mocno aktywny w robieniu zdjęć na Instagramie. Hmm…. jak nazywa sięta „profesja”? Instahusband?

Tak, „Instamąż”.

No właśnie. Robie tysiące zdjęć i muszę przyznać, że jestem już specjalistą. Cieszę się, że Justyna ma swoją pasję. Tym bardziej, że dziewczynom podobają się ubrania, jakie robią. Wiem jednak, że nie jest jej łatwo, ponieważ chodzi do pracy z naszą miesięczną córeczką.

Jesteś „Instamężem”, ale nie publikujesz zdjęć swoich dzieci.

Nie czuję tego. Ani ja, ani Justyna nie mamy potrzeby, by pokazywać wszystkim nasze córki. Ja jestem sportowcem, a nie celebrytą i chcę zachować ten fragment mojego życia prywatnego tylko dla siebie.

Zdjęcia: Kasia Rękawek