22.07.2019

Sztuki walki: Katarzyna Sałacińska

Katarzyna Sałacińska – niedowidząca od urodzenia mama 6-letniej Leny. Pracuje w Fundacji „Szansa dla niewidomych “, gdzie pomaga osobom niewidzącym i z problemami widzenia. Gdy dowiedziała się, że jest w ciąży, miała wątpliwości, czy da radę opiekować się dzieckiem. Podjęła tę walkę.

Idąc na wywiad z Tobą, zastanawiałam się, jaka jest różnica pomiędzy „nie widzieć” a „niedowidzieć”? Ty niedowidzisz od urodzenia…

To jest bardzo duża różnica. Osoba, która nie widzi ma przed oczami czarno, wszystko musi sobie wyobrazić: jak wygląda świat, jak wygląda jej dziecko, całą przestrzeń wokół. Wszystko trzeba jej wytłumaczyć, zobrazować. Mnie jest łatwiej: ja niedowidzę i to jest trochę tak, jakbym widziała przez brudną szybę, przez mętną szklankę. O szczegóły muszę pytać innych. Czasem, jak proszę, żeby ktoś opowiedział mi, jak coś wygląda, często ta osoba ma z tym problem, musi się dłuższą chwilę zastanowić, jak mi to przekazać.

Jesteś w dużej mierze zależna od kogoś?

Częściowo, ale jestem też samodzielna. Sama gotuję, prasuję i bardzo to lubię. Prasowanie mnie relaksuje. Nie lubię tylko myć okien, bo nie widzę smug (śmiech).

Jesteś mamą 6-letniej Leny. Czym jest dla Ciebie macierzyństwo?

Dla mnie macierzyństwo jest fantastyczną przygodą. Ja cały czas uczę się, jak być mamą. Staram się być przyjaciółką mojej córki i zawsze znajdować dla niej czas. Myślę, że jestem mamą uważną: np. jak widzę, że Lena jest smutna, to dopytuję, dlaczego. Dużo rozmawiamy, jesteśmy bardzo blisko.

Najważniejszy moment po porodzie to ten, kiedy mama po raz pierwszy widzi swoje dziecko. Jak Ty go wspominasz?

Po porodzie zobaczyłam główkę z długimi czarnymi włosami. Przy pierwszym przytuleniu Lena ustkami złapała mnie za nos i to było fantastyczne! Pierwsze pytania, jakie zadałam, to: czy jest zdrowa, czy wszystko jest w porządku i jaki ma kolor oczu, bo ja nie rozróżniam kolorów – tym również charakteryzuje się moja choroba.

Czyli jak widzisz, czarno-biało?

Nie, bardziej zielono-szaro, potrafię też mniej więcej rozróżnić kolory nasycone, tych pastelowych zupełnie nie.

Bałaś się, że Twoje dziecko też może mieć chorobę oczu?

Bałam się, bałam się bardzo, był stres. Na szczęście Lena nie odziedziczyła mojej choroby.

Co jest dla Ciebie najtrudniejsze w wychowywaniu córki?

Na początku poprosiłam, żeby mi wytłumaczono wszystkie kwestie pielęgnacji i postępowania z noworodkiem, żeby mnie nauczono, co mam robić i jak mam robić i radziłam sobie bez większych problemów. Trudniej jest teraz, kiedy Lena jest już duża, ma 6 lat i bardzo chce być samodzielna, wybiega na ulicę, mówiąc mi: Mamo, przecież ja widzę! Problem jest taki, że ja jej wtedy nie widzę… Więc mówię jej: Idź przy mnie. I ona nauczona tego, przyzwyczajona, idzie ze mną za rękę. Wiem jednak, że, kiedy widzi jak inne dzieci biegają, to ją to denerwuje. Teraz uczy się jeździć na rowerze i przekonuje mnie: Puść mnie, przecież wiesz, że nie wyjadę…W takich momentach, kiedy tracę ją z zasięgu wzroku, również na placu zabaw: tam raz ją widzę, a potem już nie widzę, muszę po prostu jej zaufać.

Aktywność fizyczna jest dla Ciebie?

O tak! Uwielbiam. Rozkładam matę i ćwiczę fitness przed telewizorem. Próbuję łamać swoje ograniczenia. One są w głowie i są duże, ale myślę sobie: skoro inni dają radę, ja też muszę. Nie jest źle.

Jak Twoja córka reaguje na Twoją chorobę? Pyta Cię o nią, rozmawiacie o niej? Jak jej to tłumaczysz?

Zawsze jej powtarzałam: Lenka, ja słabo widzę, Ty musisz przy mnie być.Od samego początku jest tego uczona. Ostatnio zapytała mnie: Dlaczego Ty nie widzisz kolorów?Wyjęła kredki i mówi: Chodź, ja cię będę uczyć.Łzy poleciały mi ze śmiechu. Córeczko nie da się– powiedziałam, a ona na to: Ale jak to?

Jak Twój mąż odnajduje się w sytuacji?

Uzupełniamy się, on mi dużo rzeczy opisuje, pomaga też w kwestii kolorów. Np. jak coś szyję i potrzebuję zielonej nitki, to on – nawet jak jest czymś zajęty – przerywa swoje aktywności i mi ją podaje. Staramy się też wyjeżdżać, ja się tego nie boję. Chociaż denerwuję się czasem, bo ja bardzo lubię zwiedzać i pewne rzeczy też chciałabym zobaczyć… Krajobrazy widzę, ale tylko te, które są blisko mnie. Uwielbiam patrzeć na góry, ale też nie widzę tych wszystkich szczytów jak inni. Nie widzę gwiazd, tylko kropeczki jakieś delikatne. Jak spaceruję po Starym Mieście, widzę Zamek Królewski, ale już nie widzę, co jest na jego oknach, jakie są witraże.

Jest możliwość wyleczenia Ciebie?
Nie, na razie nie.

Pracujesz w Fundacji „Szansa dla niewidomych”. W jaki sposób pomagacie mamom?

Mamy, które nie widzą, trzeba nauczyć jak pielęgnować dziecko: ręka na rękę i opisuję: Tu jest pieluszka, zakładasz ją tak.Czy pępuszek odpada – to wszystko trzeba wytłumaczyć na zasadzie dotyku, pokazać, żeby niewidoma mama mogła to poczuć. Kierujemy też do psychologa, który powtarza i pokazuje im: Potrafisz, dasz radę!Mamy też zajęcia z coachem i przeprowadzamy szkolenia.

Najtrudniejszy, najbardziej przykry moment dla Ciebie – mamy niedowidzącej?

Jak wychodziłam z Leną na spacer, to bałam się, że pogryzą ją komary czy muszki, a ja tego nie zauważę. I faktycznie później wracałam i mówiłam: Jejku… Lenka, pogryzły cię!Ja tego nie widziałam. Dla innych odgonienie komara jest czymś banalnie prostym, ja tych komarów nie widzę. Albo: szkolne przedstawienie, ona w tłumie macha, a ja: Gdzie jest moje dziecko? Ja jej nie widzę… Brałam telefon i używałam go jak lupy – powiększałam sobie. Uff, jest!–  wtedy się uspokajałam.  Podobnie radzę sobie z jej zadaniami domowymi, kolorowaniem czy czytaniem. Kiedy Lena zaczęła chodzić, a ja gotowałam dla niej, też musiałam bardzo uważać. Ona wchodziła mi na krzesełko, bałam się – gotując wodę, makaron, używając miksera, smażąc czy krojąc – żeby nie wsadziła mi tam ręki. Mama, która dobrze widzi nie ma tego problemu. Podawanie leków, odmierzanie kropelek – to też nie jest dla mnie proste, kupuję odpowiednie miarki. Na plaży muszę być bardzo ostrożna, żeby Lena nie weszła mi do morza, cały czas muszę przy niej siedzieć. Granie w piłkę przysparza mi problemów: ona chce pograć w tenisa, a ja nie widzę piłki…Zagrać z nią, zagram, ale wychodzi to bardzo pokracznie, efekty są tragiczne (śmiech).

Pokazujesz, że mimo, że z chorobą się urodziłaś, to sobie radzisz, nie marudzisz, jesteś szczęśliwa. Co byś powiedziała innym kobietom, mamom w podobnej do Ciebie sytuacji?

Żebyśmy cieszyły się tym, że mamy dzieci, bo wiemy, jakie mamy czasy, różnie to bywa. Dziecko nam pomoże. Jeżeli nauczymy je odpowiedniego funkcjonowania z nami, to my sobie damy radę, ale to też zależy od nas, od naszego podejścia. Nie możemy zamykać się w domu, nie możemy się bać! Ja jestem dość optymistyczna i mało rzeczy mnie zraża, ale przychodzą do nas, do Fundacji mamy, które mają depresje i my im pomagamy. Kobiety, które są niewidzące lub niedowidzące muszą wiedzieć, że z takimi chorobami naprawdę da się funkcjonować, ale też, że jest pomoc, jest Fundacja. Jeśli nie w pojedynkę, to wspólnie damy radę!

Zdjęcia: Aneta Zamielska