04.03.2019

Sztuki walki: Joanna Czartoryska-Sziler

Zapraszam Was na spotkanie z kolejną „Sztuką walki “– a w nim dzielna mama czwórki dzieci, w  tym skrajnego wcześniaka. Ta ciąża była zagrożeniem dla życia mamy i córki. Tylko cud i wielkie szczęście uratowały je obie. Przeżyjcie z nami tę historię.


Joanna Czartoryska-Sziler – mama 4 dzieci: 13-letniej Agaty, 12-letniej Magdy, 9-letniego Karola i niespełna 2-letniej Oli. Będąc w ostatniej ciąży, trafiła do szpitala z podejrzeniem zawału serca, gdzie walczyła o swoje życie. Następnie stoczyła kolejną, długą walkę o życie i zdrowie swojej córeczki, urodzonej w 27. tygodniu ciąży z wagą 830 gramów i długością 30 cm. Ola cierpiała na bezdechy, miała zapalenie płuc, wstrząs septyczny, retinopatię, odbarczany płyn z osierdzia, przetaczaną krew, przeszła śmierć kliniczną… Dziś jest zupełnie zdrowa.

Czym jest dla Ciebie macierzyństwo?

Czymś pięknym. Ale też niełatwym. Mam czwórkę dzieci: dwójkę rok po roku, następnie trzecie po 3 latach i ostatnią córeczkę po siedmiu. Mój mąż pracuje, ja zajmuję się dziećmi. Wychowuję je sama z mężem w Warszawie, nie mam pomocy: moi rodzice nie żyją, teściowie są po zawałach i mieszkają daleko od nas – pod Rzeszowem.

Opowiesz nam historię najmłodszej córeczki, Oli?

Chcieliśmy mieć jeszcze jedno dziecko, a nasz synek bardzo prosił o brata. Wiedziałam, że różnica między nimi będzie wynosiła 6-7 lat, mimo wszystko ulegliśmy. 

Zanim się udało, straciłaś synka…

Dwóch… Pierwszego w 2009 roku, w trzecim miesiącu ciąży. Dzięki mojej determinacji i uporowi udało się zorganizować pochówek nienarodzonego dzieciątka. Czułam, że to byłby chłopczyk i dałam mu imię Rafał. Sześć lat później w 2015 roku poroniłam po raz kolejny, w bardzo wczesnym stadium ciąży. 

Karol wymarzył sobie brata, ma jednak młodszą siostrę.

Zgadza się. Oleńka urodziła się 3 miesiące przed terminem, w 27. tygodniu ciąży, która przebiegała rewelacyjnie, czułam się świetnie. Aż pewnego dnia – to był 26. tydzień –   niespodziewanie poczułam się bardzo źle. Miałam poczucie, jakby rozrywało mi serce. Gdy przyjechała karetka, w panice złapałam się za brzuch, nie czułam ruchów maluszka… Odwieziono mnie do szpitala, podejrzewano zawał – miałam bardzo wysokie ciśnienie – jednak po EKG go wykluczono. Okazało się, że przez ciśnienie ciąża jest zagrożona. Powiedziano mi, że mogę stracić dziecko, gdyż pierwotnie zdiagnozowano u mnie zespół HELLP. Przetransportowano mnie do innego szpitala, gdzie były większe szanse na uratowanie i mnie, i córki. Wiedziałam, że malutka źle się czuje w moim organizmie i że trzeba ją z niego wydobyć. Wiedziałam też, że może być tak, że urodzę nieżywe dziecko, musiałam być i na to gotowa… Mijały dni, monitorowano mnie, mój stan był tragiczny. Myślałam sobie: Mam trójkę dzieci w domu, mąż na mnie czeka. Ja chcę żyć! Aż przyszedł dzień, kiedy usłyszałam: Dziecko dłużej w Pani nie wytrzyma, a Pani wreszcie też ma szansę na przeżycie. Zawieźli mnie na stół operacyjny…

 Co wtedy myślałaś? Co czułaś?

Powtarzałam: Jezu, ufam Tobie. Jezu, Ty się tym zajmij. Byłam, poza tym wszystkim, spanikowana, gdzieś w przestworzach…To było dziwne: czułam się jak w jakimś innym świecie. Kiedy się obudziłam na obcym łóżku i zobaczyłam nieznaną kobietę, która się nade mną pochyla, nie wiedziałam, gdzie jestem, co się stało. Nie mogłam się ruszyć, wszystko mnie bolało…Okazało się, że to lekarka, która poinformowała mnie, że moja córka żyje, ma 830 gramów i jej stan jest stabilny. Pomyślałam: Jaka moja córka? Dopiero do chwili dotarło do mnie, że miałam cesarkę, że wyciągali ze mnie dziecko. Poszłam z mężem zobaczyć Olę. Lekarze mnie uprzedzali, przygotowywali na ten widok, ale …ona miała 30 cm, główkę nieproporcjonalnie większą od reszty ciała i pełno kabli…Nie można było jej dotknąć: leżała w sterylnych warunkach w inkubatorze. Była taka malutka, że nawet twarzyczki nie było widać. Prawie się osunęłam…

Były jakieś załamania?

Tak, dwa. Ola urodziła się 26 kwietnia, pierwsze było po dwóch tygodniach –11 maja: dostała zapalenie płuc i sepsę, jej waga spadła do 720 gramów. Lekarze podali jej aż 4 najmocniejsze antybiotyki i powiedzieli, że jeżeli one nie pomogą, to jej serce przestanie bić…Organizm Oleńki był tak zatruty, że CRP miała na poziomie 312, a normą jest 5, przy 100 dzieci umierają. Ona była pierwszym dzieckiem w Uniwersyteckim Centrum Zdrowia Kobiety i Noworodka w Warszawie, które przy takich wynikach krwi żyło i oddychało. Mimo wszystko to był fatalny stan: przetaczano jej krew, miała bezdechy, dlatego postanowiliśmy ją ochrzcić w szpitalu. Potem wydawało mi się, że zaczęła zdrowieć, ale lekarze mówili, żebym była ostrożna i tak nie myślała. Drugie załamanie przyszło tydzień później:17 maja – odwiedziłam ją w szpitalu, wróciłam do domu i dostałam telefon, że serduszko jej stanęło, lekarki ją reanimują, żebyśmy przyjechali z mężem, może zdążymy…Pamiętam, że powiedziałam głośno: Niemożliwe, to jakiś koszmar! Moje dzieci krzyczały w domu: Nasza siostrzyczka nie może umrzeć!!! Przyjechaliśmy do szpitala i zobaczyliśmy dwie zapłakane lekarki. Co miałam myśleć? Nie żyje. Ale wbrew wszystkiemu jednak tak nie czułam… One nerwowo płakały i powtarzały, że to jest cud, że Ola jest poturbowana, ale żyje. Popędziliśmy ją zobaczyć, a ona otworzyła oczka… Mnie się oczywiście wydawało, że patrzy na mnie. I znowu: nie mogłam wziąć jej na ręce, bo cały czas był stan zagrożenia życia… Zrobiłam to dopiero 1 czerwca, kiedy miała 1,5 kg. 

To była śmierć kliniczna?

Tak, tak to zostało zakwalifikowane. Serce przestało bić, reanimacja trwała długo, jednocześnie Ola miała mały wylew krwi do mózgu…Przez godzinę nie żyła. Mimo, że była malutka nie poddawała się i dzielnie walczyła, czym bardzo zaskoczyła cały personel medyczny.

Kiedy wypisano Was do domu?

W lipcu została wyjęta z inkubatora i to był sukces. 11 sierpnia wyszliśmy do domu. Problem był jednak taki, że bezdechy nie mijały…

Jak sobie radziliście z nimi w domu? 

Zaopatrzyliśmy się w monitor oddechu. Ale ja i tak w nocy w ogóle nie spałam, nachylałam się nad jej łóżeczkiem i wciąż sprawdzałam, czy oddycha. Pamiętam jak drugiego dnia zrobiła się cała sina, na szczęście w szpitalu nauczono mnie, co robić w takiej sytuacji, jak masować serce. To pomagało.

Kiedy poczuliście równowagę i balans? Kiedy poczuliście, że możecie zrezygnować z monitora oddechu? 

Po roku. Przez rok nic złego już się nie wydarzyło, wtedy byłam już pewna i spokojna. 

W jakim stanie Ola jest teraz?

Lekarze są zdziwieni, że jest w pełni zdrowa – co potwierdzają kolejne badania u specjalistów – i rozwija się prawidłowo, jak jej rówieśnicy. To wesoła i radosna dziewczynka. Jest dla nas jak jasny promyk z nieba.

 Po tych sytuacjach, kiedy żyłaś ze świadomością, że Twoje dziecko może nie przeżyć kolejnego dnia, jak podchodzisz do życia teraz?

Czuję ulgę i ogromne szczęście, że mamy ten nasz wielki cud w domu. Problemy są błahe. Jak tylko zobaczę Olę, one wszystkie znikają. Mam małe mieszkanie i moim marzeniem jest tylko to, żeby każdy miał swój własny kąt. Inni mają duże domy, a nie mają rodziny. Ja mam to, co najważniejsze. Nic innego się nie liczy.

Co byś chciała powiedzieć kobietom, które urodziły wcześniaki, które teraz walczą o ich życie?

Żeby się nie poddawały, nie wolno tego robić. Wcześniaki są bardzo waleczne, one chcą żyć.

Zdjęcia: Kasia Rękawek