26.08.2019

Sztuki walki: Debora Broda

Debora Broda – sztuka walki do potęgi jedenastej, mama 2-miesięcznej Tosi, 1,5 rocznego Piotrusia, 5-letniego Józia, 7-letniego Rocha, 9-letniej Marysi, 10-letniego Iwa, 11-letniego Jeremiego, 13-letniego Mikołaja, 15-letniego Tomka, 17-letniego Maćka i 19-letniego Jaśka.

 Czym jest dla Ciebie macierzyństwo?

Myślę, że macierzyństwo to jest obecność, która charakteryzuje się najwyższym poziomem zaufania i zobowiązania.

To inna odpowiedź niż te, które dotychczas otrzymywałam.

Ja jako mama, poświęcam dzieciom swój czas, czyli swoje życie. Bo czas to coś, co jest dla nas zupełnie nieodnawialne, mamy tylko jeden czas. Decyduję, że poświęcam go swoim dzieciom, a one bezgranicznie mi ufają. W momencie, kiedy zraniłabym je brakiem swojej obecności, one byłyby, wobec tego kompletnie bezbronne. Moim zadaniem jest zapewnić im to, czego naprawdę i najbardziej potrzebują, czyli mamę.

Masz 11 dzieci: 9 synów i 2 córki. Sama również pochodzisz z rodziny wielodzietnej: miałaś 11 braci i 2 siostry. Planowałaś taką liczbę dzieci?

Już jako młoda dziewczyna, wczesna nastolatka bardzo chciałam mieć dużą rodzinę dlatego, że moja rodzina, w której się wychowałam, jest świetna! Zawsze czułam w niej pozytywne emocje związane z tym, że jesteśmy razem, że jest nas dużo, więc i ja zawsze też tak chciałam. Jak sobie myślałam o ilości dzieci, to podobała mi się liczba 12. To fajna liczba, która dzieli się przez 6, przez 4, 3 i 2. Fajna liczba. Nie wiem i nie mówię, że będę miała 12 dzieci, bo to czas pokaże. Mogę tylko powiedzieć, że każde życie jest cudem.

Jesteś osobą wierzącą?

Tak.

Każdą mamę nierzadko przeraża organizacja. Ja jako mama jednego dziecka, dopiero uczę się tego, jak połączyć macierzyństwo z pracą, lotami itd… Każda z nas wybiera procent życia, który poświęca rodzinie; Ty poświęcasz 100%. Ale czy w tym wszystkim znajdujesz czas dla siebie? Kiedy masz ochotę wyjść sama z mężem na kolację albo pójść do wanny i poczytać książkę w ciszy, bo u Was jest pewnie raczej głośny dom, to się udaje?

Na co dzień chodzę na spacery, biorę Tośkę do wózka i spacerujemy kilka kilometrów i to jest super. To taki mój moment zresetowania się. Mniej więcej dwa razy w roku jeżdżę też na turnusy, gdzie ćwiczę z fizjoterapeutką mięśnie dna miednicy i kręgosłup, jednocześnie świetnie wypoczywając w towarzystwie koleżanek. Staram się też raz na jakiś czas robić różne akcje i wypady, które dają mi energię. A rodzina, jeśli chodzi o organizację, funkcjonuje jak system, który można porównać do biznesu. Są systemy małe, średnie i duże. W małym systemie jest w miarę łatwo, więc sobie radzisz. W średnim jest najgorzej, bo trochę jest elementów małego systemu, trochę dużego. A duży charakteryzuje się tym, że żeby to wszystko mogło działać, robisz tylko to, co jest konieczne i tylko to, czego za ciebie nie może zrobić nikt inny. W związku z tym mój podział wygląda tak: po pierwsze: ja – nikt się za mnie nie wyśpi, nikt za mnie nie zadba o zdrowie i psychikę, więc muszę o to zadbać sama, nie mogę siebie skreślić, muszę sobie poukładać, co jest mi potrzebne, żeby w tym wszystkim też się dobrze czuć. Po drugie: związek – nikt oprócz mnie nie zatroszczy się o to, więc organizujemy czas tylko dla siebie, wychodzimy we dwoje. Jest to coraz prostsze, bo dzieci są coraz starsze. Po trzecie: dzieciaki i relacje z nimi, więzi, opieka. To jest taki fundament, gdzie nie stosuję minimalizmu, ale raczej złoty środek. A potem jest cała organizacja, czyli „gry domowe”: pranie, sprzątnie, gotowanie oraz zakupy. I to są rzeczy, którymi ja nie muszę zawsze zajmować się osobiście, bo w moich kategoriach nie jestem w tym niezastąpiona i mogę to zlecić. Robię to tylko wtedy, kiedy chcę, akurat mam na to ochotę lub uważam, że tylko ja mogę ogarnąć jakiś element i nie ma wyjścia. Poza tym w sprawach organizacji stosuję minimalizm, bo to nie jest mój priorytet. Moim zdaniem nie warto poświęcać energii, żeby zawsze wszystko było perfekcyjnie zrobione. Dużo spraw odpuszczam, sporo zlecam, moje starsze dzieci są bardzo samodzielne, jeśli chodzi o ogarnianie swoich różnych potrzeb. Kolejny segment to jest homeschooling, czyli edukacja domowa, gdzie mam pewne zadania. I ostatni: praca – jestem menedżerem i twórcą. Ja też pracuję.

Kiedy Ty znajdujesz na to czas?

Nazywam to rodzinnymi siłami specjalnymi, czyli: że mam do wykonania zadania w warunkach, w których nie da się ich wykonać. I ja tak właśnie robię.

Opowiedz o Waszym homeschoolingu: czy ma on jakiś związek z bezstresowym wychowaniem?

Nie, to nie jest bezstresowe wychowanie. Ja uważam, że w szkole generuje się niepotrzebny stres, który niszczy kreatywność. Żeby Ci to zobrazować – przykład z rozmowy w naszym domu: dorośli mężczyźni, którzy ukończyli system edukacji, zaczęli dyskutować o falach w fizyce. Ale to fizyka, nie wiemy, nie znamy się – podsumowali wywód. I nasz najstarszy syn, Jasiek mówi: Ale to jest tak i tak. Jasiek znał fizyczne zagadnienie, tylko nie wiedział, że to jest trudne. Sam sobie to sprawdził, przeczytał w książkach, bo to go interesowało. I to jest w edukacji domowej bardzo duża wartość. Ale główną wartością naszego homeschooling’u jest to, że daje on nam możliwość realizacji naszego celu, którym jest stworzenie szczęśliwej rodziny, w której są świetne relacje i super więzi. Moim zdaniem szkoła w wielu przypadkach ukradła ludziom to serce rodziny. Matki są teraz po to, żeby odżywić, nakarmić, ubrać i wysłać, oddać do instytucji, która dzieci wychowa i zaprogramuje. Dzieci przenoszą swój główny punkt odniesienia na relacje, które tworzą się w szkole, ponieważ szkoła zgarnia najwięcej najważniejszego czasu i używa profesjonalnych narzędzi służących integracji. Tylko, że często te szkolne więzi są obietnicą bez pokrycia, a rodzina to rodzina.

Jak to wygląda w praktyce: nauka liczenia, matematyki? Ty to robisz?

Różnie: niektóre rzeczy robię ja, inne – inni, bo jak miałabym uczyć wszystkich przedmiotów wszystkie dzieci, to nie starczyłoby mi doby. Obowiązuje nas podstawa programowa, którą ja nazywam podstawą roszczeniową (śmiech), nasze dzieci zdają egzaminy z wszystkich przedmiotów i wszystkie egzaminy państwowe. W praktyce wygląda to tak, że ten, kto ma się nauczyć czytać, bo jest w pierwszej klasie, siada z mamą i uczy się czytać. Mam tą samą czytankę od wielu lat i system, jak to się robi: nauka czytania trwa 3 miesiące i temat odhaczony. Ten, kto uczy się pisać, najpierw ma szlaczki, potem ćwiczenia uczące literek, potem są odpowiednie zestawy. Liczyć też się uczymy, mamy swoje patenty. Każdy etap edukacyjny wymaga innych narzędzi i środków. To jest temat rzeka.

A jak jest ze studiami?

Na tym etapie to będą samodzielne decyzje naszych dzieci – wtedy już dorosłych. Dodam jeszcze, że stawiamy na edukację poprzez sztukę, co może wydawać się dziwne, ale na Zachodzie nikogo to nie dziwi. Sztuka najbardziej rozwija, otwiera głowę i powoduje, że człowiek potrafi odnaleźć samego siebie, swoje pragnienia i to, co chciałby w życiu robić. W Polsce uczysz się na pamięć fragmentów Wikipedii, ale często nie wiesz, kim jesteś. My stawiamy na relację mistrz-uczeń. Nasz najstarszy syn rzeźbi i maluje, uczy się u artysty Józefa Wilkonia – polskiego rzeźbiarza i malarza. To jest jego droga, ma już zamówienia na swoje rzeźby i obrazy, na swoje prace i chce iść w tym kierunku.

Najtrudniejsza ciąża?

Jeremi – piąte dziecko. Spędziłam wtedy 2 miesiące w szpitalu.

Kto Wam wtedy pomagał? Czy ktoś Wam w domu pomaga na co dzień?

Nie, ale wtedy znaleźliśmy pomoc: dwie super kobiety. Jesteśmy do dziś im bardzo wdzięczni.

A co się działo?

On miał 7 mm, a krwiak 9. Generalnie był spisany na starty, ale ja się uparłam i udało się, mamy Jeremka.

Masz 39 lat i 11 dzieci. Tak naprawdę jesteś pół życia w ciąży…

No prawie. Ale wszystko zależy od tego, jakie się ma podejście do tego tematu. Ja nie uważam, że ciąża to jakiś minus…

Ja również. Delektowałam się każdym dniem w ciąży, to był najpiękniejszy okres mojego życia!

I co: niefajnie mieć najpiękniejszy okres życia pół życia?

Oczywiście, o ile się dobrze czujemy.

Debora, widzę i czuję: jesteście szczęśliwą, uśmiechniętą rodziną. Dzieci są grzeczne, ładnie się do siebie odzywają, jeden się drugim opiekuje, dajecie sobie buziaczki, pięknie się do siebie zwracacie. Jest to dla mnie wzruszające, a Ty mówisz, że spotykacie się z hejtem?!

Tak. Zanim urodziła się nasza najmłodsza córka, Tosia, wymyśliłam sobie, że w ramach przysłowiowego wicia gniazda, chcę nagrać piosenki o oczekiwaniu na narodzenie i o narodzinach dziecka. Kiedy nasza córeczka przyszła na świat, chciałam sprawdzić, jakie są reakcje ludzi na te piosenki. Weszłam do Internetu i przeczytałam komentarze: że ja i moje dzieci nie mamy prawa żyć, że życzą nam śmierci, okaleczenia, zamknięcia w jakimś lochu, porównują nas do zwierząt… Było t też dużo opinii pozytywnych, ale był też hejt. A hejt jest przemocą. Siedziałam sobie w szpitalu z tą malutką, świeżo urodzoną Tosieńką i myślałam sobie: Co ja takiego złego zrobiłam? Co my zrobiliśmy? Nagraliśmy tylko dwie piosenki. Chciałam wejść i przeczytać opinie o nich, a trafiłam na hejt. Gdybym to wiedziała, to w ogóle bym tam nie wchodziła, bo było mi z tego powodu bardzo przykro.

Jak jest u Was z codzienną organizacją? Ty nadzorujesz kąpiele, mycie zębów, ogarniasz to? Ja czasem za Klarą latam po całym domu, żeby umyła zęby, a Ty masz to razy 11.

Zasadniczo dzieci wiedzą, gdzie mają szczoteczki i jakoś to idzie. Albo same myją zęby, albo się za nimi gania, ale na szczęście nie za jedenaściorgiem. To nie jest tak, że ja mam coś razy 11, bo ile ja mam małych dzieci? Trójkę. Reszta to już są dzieci, które są samodzielne i dodatkowo są moimi pomocnikami, moim teamem. To jest świetne.

A dzieci chcą pomagać, opiekować się młodszymi?

Ja mam taki system, że nie stosuję nagród i kar, nie przydzielam konkretnych obowiązków, nie lubię tresury. Gadam z dziećmi dużo o różnych rzeczach, więc one doskonale wiedzą, że np. nastawienie zmywarki zabiera 10 minut, ale później talerze są czyste. One dają z siebie 100 razy więcej niż gdybym im coś kazała. Dlatego w naszym domu obowiązuje tzw. nieewidencjonowany wolontariat. Mam też kartkę, na której mam napisane: poproszę, a na drugiej połówce – dziękuję. I kiedy wiem, że jest coś do zrobienia, a ja nie mam na to czasu i nie chcę nikomu przerywać tego, co akurat robi, to piszę na karteczce: Poproszę o wyrzucenie śmieci z górnej łazienki i przyklejam karteczkę przy słowie poproszę. Dzieci przechodzą obok tej kartki i w końcu ktoś te śmieci wynosi i przekleja karteczkę na drugą stronę, a ja nie muszę nawet wiedzieć, kto to zrobił, chyba, że ktoś chce się pochwalić.

Ale chwalicie swoje dzieci?

Jasne!

Jak wyglądają Wasze wakacje?

Mieszkamy w miejscowości turystycznej, więc to do nas przyjeżdża się na wakacje, mamy je w pakiecie. Ale też non stop wyjeżdżamy, nie tylko na koncerty – jesteśmy rodziną podróżującą. Wiążą się z tym oczywiście różne atrakcje. Jak znajdujemy się w miejscu publicznym, ludzie zaczynają nas liczyć i robić nam zdjęcia. Mnie osobiście to bawi, chociaż odkąd wprowadzono 500 plus, wiele osób patrzy na nas wrogo i to jest przykre, więc szukamy takich miejsc, gdzie nie musimy się tłumaczyć, że nie jesteśmy wielbłądem.

Czym Ty i mąż zajmujecie się zawodowo?

Joszko jest artystą, ma kilka zespołów, gra na wielu instrumentach. Ja od 20 lat tworzę z nim zespół dziecięcy „Dzieci z Brodą”. Teraz, jak mamy już tyle dzieci, zaczynamy występować w naszym składzie jako zespół rodzinny – „Rodzina Brodów”. Planujemy nagrać nową płytę. Jestem też menedżerem. W tym roku szkolnym otwieramy w Krakowie artystyczną „Szkołę z lasu” z niebanalnymi zajęciami dodatkowymi dla dzieci. Będą one oparte głównie o piosenki i granie na instrumentach oraz o poznawanie elementów kultury. Na końcu nagramy piosenkę w studiu i nakręcimy teledysk. Celem jest to, żeby dzieci odnajdywały swoją tożsamość poprzez sztukę.

Co byś chciała powiedzieć matkom z rodzin wielodzietnych albo tym, które chcą mieć takie rodziny?

Słuchajcie swojej intuicji, swojej, tylko swojej. Róbcie to, czego pragniecie.

Zdjecia: Aga Fojudzka

Za udostępnienie lokalizacji dziękujemy Restauracji Belvedere.