06.05.2019

Sztuki walki: Alżbeta Lenska

Alżbeta Lenska – mama 8-letniej Zosi i 6-letniego Antka. Jest fighterką życia, rok temu w wyniku pęknięcia tętniaka w głowie, przeszła poważną operację mózgu. Dziś jest sztuką walki zawsze uzbrojoną w uśmiech.

Czym jest dla Ciebie macierzyństwo?

Niekończącym się wyzwaniem. Zanim zaszłam w ciążę, byłam skupiona bardziej na pracy. To mój mąż marzył o dużej rodzinie i dzieciach, powtarzał, że jest gotowy i stanie na wysokości zadania. Ja trochę zwlekałam, ale jak zbliżałam się do 30-stki, stwierdziłam: Ok. Najwyższy czas spróbować. Po tej decyzji bardzo szybko pojawiła się Zosia. I wiesz co? Nie miałam pojęcia, że to maleństwo przewróci nasz świat do góry nogami! Płakałam, tuląc się do niej i mówiłam do Rafała: Dlaczego tak długo czekaliśmy na Zosię? Mogłaby już mieć kilka lat, jakbym wiedziała, że to takie cudo! Nie zdawałam sobie jednak również sprawy, jak macierzyństwo jest wyczerpujące dla młodej mamy, szczególnie na początku.

Twoje dzieci przesypiały noce?

Na początku nie, żadne z nich nie.

Kiedy jesteś mamą i wiesz, dla kogo żyjesz, inaczej odczuwasz pewne emocje, w szczególności problemy zdrowotne. Też tak uważasz?

Wiesz co, ja chyba jestem jakimś dziwakiem, bo przecież u mnie zadziało się zdrowotnie bardzo źle, a ja się w ogóle wtedy nie martwiłam. Wiedziałam, że moje dzieci mają Rafała, a on jest tak kochanym tatą, że razem dadzą radę. Jak się dowiedziałam, że ewentualnie mogą mnie nie mieć, to  pomyślałam sobie: Ok. Rafał, powiedz im, że je kocham, a wiem i jestem spokojna, że Wy razem będziecie mieć super. Naprawdę: w ogóle się nie martwiłam. To nie jest tak, że czuję się mamą niezastąpioną. Ja i Rafał jesteśmy teamem, wspólnie wiele włożyliśmy w nasze dzieci i ich głowy, tyle już czasu upłynęło nam razem, tyle razy pewne rzeczy były im powtarzane, że wydaje mi się, że te najważniejsze wartości, które chcieliśmy im przekazać, przekazaliśmy. Także gdy miało mnie ewentualnie zabraknąć wierzyłam, że mają już na tyle dobrą bazę i cudnego tatę, że dadzą radę.

Chciałabym, żebyś opowiedziała o tym, co się wydarzyło. Niedługo, bo 15 maja, minie rok od tego wydarzenia.

To było tąpnięcie. Ja dużo pracowałam…

Czyli to było takie pogrożenie palcem od Boga, ostrzeżenie, że czas się zatrzymać?

Zdecydowanie. Choć nie traktuję tego jako pogrożenia. Widzisz…ja byłam pracująca, ale jakoś chyba nie doceniająca tej pracy i tego, co wokół mnie się działo. Porównywałam się z innymi, frustrowałam. Praca aktora to trudna praca: na castingach często ci mówią, że nie jesteś taki, jaki powinieneś być. Ja to brałam do siebie, przejmowałam się, a nie powinnam. Codzienność była przeze mnie niedoceniana. Bardzo chciałam być taką perfekcyjną Panią we wszystkim: gotować zdrowe rzeczy, perfekcyjnie wychowywać dzieci – przeczytałam tysiąc książek psychologicznych na ten temat –  chciałam być idealną żoną: ładną, która musi mieć czas na randkę. To było męczące. Nawet jak było fajnie, to nie poświęcałam czasu, żeby się tym cieszyć. I wreszcie rok temu mną potrząsnęło. Ja to traktuję jak prezent, bo dzięki temu ocknęłam się. Teraz rozumiem, że jestem fajna, warta męża, dzieci, że praca, którą wykonuję jest dobra. Cieszę się i doceniam całe moje teraz.

Ten palec boży pokierował Tobą tak, że masz teraz inne priorytety? Zrezygnowałaś z czegoś?

Zrezygnowałam z tego, żeby się martwić. Zrezygnowałam z jakiegokolwiek ciśnienia: teraz już nic na siłę. Wciąż dużo pracuję, ale ja się tym cieszę. Wcześniej jak byłam w pracy, płakałam, że nie jestem z dziećmi. Jak byłam z nimi, płakałam, że nie jestem w jakimś serialu, filmie, na scenie. A teraz, jak idę na plan, to jest mi zwyczajnie dobrze, bo wiem, że za chwilę wrócę do moich kochanych dzieci. Wciąż mam dużą potrzebę kontroli i wszystko staram się logistycznie zorganizować, ale każdy chętny do pomocy jest mile widziany: niania, babcia, dziadek, mamy koleżanek, nawet cudne panie z przedszkola. A jak jestem z dziećmi, to cieszę się ogromnie tym czasem. Przestałam też siebie i Rafała stresować tematem jego pracy, przestałam wypominać, że jest non stop na planie i niemal każdy wieczór spędza w teatrze. Teraz rozumiem, wiem, że on dzięki temu jest spełniony zawodowo i o wiele bardziej wspieram jego i jego pasję. Radzę mu też, żeby przyjmował tę pracę, o której faktycznie marzy, a nie każdą i niedawno pierwszy raz w życiu odmówił dwóch ról. Wcześniej miał takie podejście, że nie wiadomo, co się wydarzy, więc wszystko brał. To się zmieniło, odmówił, bo chyba już wie, że trzeba kochać to, co się robi, czuć to w 100%.

Wy to jesteście taką „ciachową” parą!

I mówi mi to połowa najbardziej ciachowej pary w Polsce!

Daj spokój, my jesteśmy przereklamowani (śmiech). Wróćmy do wydarzeń sprzed roku: miałaś tętniaka: byłaś chodzącą bombą, ona pękła, w teatrze, kiedy robiłaś to, co kochasz…

Rzeczywiście to się stało wieczorem w Teatrze Komedia, w przerwie spektaklu. Wcześniej bardzo często miałam migreny. Choć były dokuczliwe, ja i osoby, z którymi pracowałam, byliśmy do nich przyzwyczajeni, byłam wręcz kojarzona z migrenami. Kiedy tętniak rozlał mi się w głowie, straciłam przytomność. Przyjechała karetka, zabrano mnie do szpitala, który na szczęście był bardzo blisko: to był Szpital Bielański. Rano byłam już operowana. Po operacji rodzina czekała na moje przebudzenie. Nie wiadomo było, jak będzie. Nie było pewne, czy będę mówić. Rafał jako jedyny wiedział, że mogę nie przeżyć operacji, a jak ją przeżyję, to i tak 6 kolejnych dni będzie kluczowych dla mojego życia i zdrowia, bo przez te 6 dni mózg się przystosowuje albo nie. Z tych 6 dni ja nie pamiętam wiele…

Dzieci wiedziały, jak poważny był Twój stan?

Wiedziały, że jestem chora, że jestem w szpitalu i że wrócę do nich, jak będę się dobrze czuła. Jak wróciłam do domu z łysą do połowy głową, Zosia trochę się mnie bała, a Antek popatrzył na mnie i powiedział: Wiesz co mama, wyglądasz jak Tranformers, jest ok.

Nie myślałaś o noszeniu peruki?

Nie. Ja się tak cieszyłam, że jestem i żyję na tym świecie, że jestem z rodziną! Cieszyłam się, że schudłam. Szukałam w tym wszystkich fajnych, pozytywnych rzeczy. Przyjaciele byli ze mną, dookoła wielu ludzi i wsparcie – bardzo to było budujące. To może brzmieć dziwnie, ale to był najlepszy czas w moim życiu, najlepsze wakacje. Jak wróciłam ze szpitala, świeciło słońce, było przepięknie. Ja wariowałam jak nawrócona. Jak ktoś mnie odwiedzał, to mu mówiłam: Jesteś piękny, jesteś cudowny, jak dobrze, że tu jesteś.

Pamiętasz pierwsze słowa Twojego męża do Ciebie po przebudzeniu?

Chyba nie… Początki w ogóle były trudne: niewiele byłam w stanie mówić, a potem jak miałam najwyższy ból, to dostawałam mocne leki. Pamiętam Rafała, jak on siedzi i prawie chce płakać, ale się trzyma, więc ja mówię do niego: Rafał, dlaczego Ty się martwisz? Czy Ty nie rozumiesz, że Ty jesteś przystojny i cudowny, że jesteś najlepszym aktorem w tym kraju? Że Ty jesteś jak Ryan Gosling  albo Tom Cruise w Stanach? Ty tego nie doceniasz. Zrobiłam mu cały wykład o tym, że musi dostrzec i docenić swoje piękno, że nie może się niepotrzebnie przejmować. Że jak mnie nie będzie, to on ma się nie martwić, na pewno będzie miał piękną kobietę i dobre życie. Poprosiłam go też – bo on jest introwertyk – żeby się bardziej otworzył, zapraszał ludzi do domu, na obiady, przyjmował gości, bo dzieci kochają otwarty dom. On tak siedział, słuchał i w całej abstrakcji tej sytuacji zaczął się śmiać. Po czym obiecał, że zrobi dokładnie tak, jak sobie życzę.

Był moment zwątpienia w szpitalu?

Był taki moment. Ja byłam wtedy ledwo przytomna, ale wiem, że była msza za mnie, a na niej bardzo dużo ludzi mnie wspierających. Rafał cały czas, nieprzerwanie wierzył. On jest bardzo wierzący, modlił się codziennie o mnie i rozmawiał z górą. Mówił mi potem, że on nawet przez sekundę nie uważał, że to może się inaczej skończyć. On ma tak, że jak czegoś bardzo chce i się uprze, to robi wszystko żeby to osiągnąć. Tak było, kiedy się poznaliśmy, a ja nie byłam zdecydowana, czy chcę z nim być. Pół roku za mną łaził i swoje wyłaził: dałam się namówić na randkę. Jak widać ten uparciuch osiąga to, czego chce (śmiech). 

Powiedz mi, na podstawie własnych doświadczeń, dlaczego ludzie  dopiero po dużym tąpnięciu w życiu potrafią tak mocno je docenić?

My sobie nie zdajemy sprawy z tego, że w każdej chwili coś nam się może stać. Wiesz, ja też o tym nigdy nie myślałam, zawsze wierzyłam w dobre, pozytywne rzeczy a tu nagle …mnie zdjęło.

Teraz nie musisz być perfekcyjna, dajesz sobie prawo do błędu, nie zwracasz uwagi na to, co powiedzą inni?

Ja wcześniej uważałam, że odstaję od grupy, odstaję od tego środowiska. Jak to wszystko się stało, to wiesz, czym ja się przejmowałam? Tym, że przeze mnie przerwano spektakl, co sobie pomyśli Dyrektor teatru? Myślałam o tym, co pomyślą inni. Teraz jest inaczej: żyję w zgodzie ze sobą. Od roku cały czas się uśmiecham, wszystkich tulę. Tulę i pocieszam, nawet jak sama jestem poddenerwowana.

Nie byłaś taka wcześniej?

Nie, aż tak to nie. Byłam „do ludzi” i pomagałam, ale teraz: co by się nie działo, to ja uważam, że nie ma się co martwić. Ten mój wypadek to był przełom.

A sprowokował on u Ciebie jakieś sytuacje przebaczenia, wymazanie negatywnych myśli?

Wymazanie zupełne! Nie mam żadnych złych myśli w sobie, nawet do osób, którzy wcześniej źle mnie potraktowały, poróżniły się ze mną. Myślę o tych ludziach w inny sposób, bo zakładam, że z jakiegoś powodu muszą być nieszczęśliwi.

Jesteś jeszcze tykająca bombą?

Podobno już nie. Myślę pozytywnie. Chcę działać, łączyć pracę z macierzyństwem, chcę być szczęśliwa, chcę się uśmiechać – to mój cel.

Powiedziałaś takie piękne słowa: Urodziłam się na nowo, jestem uśmiechnięta, szczęśliwa. Mówię wszystkim naokoło: trzeba być pozytywnym, trzeba robić to, co się chce, o czym się marzy, o czym się myśli. Bo życie jest piękne!

Ja nie wiem, czy jutro się zdarzy, czy nie, więc korzystam z dzisiaj. Wyrzuciłam też ze swojego życia określenie, że coś  mi nie wypada. To wszystko jest świetne. Spróbujcie!

Bardzo motywująca rozmowa, mam teraz dużo refleksji, dziękuję. 

Zdjęcia: Aneta Zamielska