29.06.2018

Polsko – meksykańska mieszanka rodzicielska

Trudno wyobrazić sobie dwie bardziej odmienne kultury niż polska i meksykańska. Z jednej strony: zasady, reguły, przywiązywanie wagi do tego, co dziecko je, jak się ubiera, na jakie zajęcia dodatkowe chodzi. Z drugiej strony: otwartość, elastyczność, brak reguł, nacisk na życie rodzinne i wychowywanie dzieci w ten sam sposób, od pokoleń. Między tymi dwoma biegunami znalazła się Iliana Ramirez – pochodząca z Meksyku farmakobiolog, która w Polsce jest żoną słynnego psychologa i trenera, Mateusza Grzesiaka i mamą 7-letniej Adriany. Przyznaje, że codzienne łączenie ognia i wody łatwe nie jest. Ale czasy, gdy miała spakowaną walizkę i gotowa była wracać do Meksyku, już minęły.

Gdy słyszę, że mam zrobić wywiad z żoną Mateusza Grzesiaka jestem nieco sceptyczna. Podejrzewam, że czeka mnie rozmowa wyłącznie o blaskach rodzicielstwa, soczyście podlewana propagandą sukcesu. Zupełnie nie przypuszczam, że spędzę z Ilianą dwie godziny, podczas których tak dogłębnie będziemy analizować polski i meksykański model wychowania. Poleje się trochę łez, będzie dużo śmiechu, którym Ramirez zaraża. Słowem – doskonała równowaga. I to hasło przyświeca Ilianie w wychowaniu swojej 7-letniej córki, Adriany. Choć na początku, gdy dziewczynka przyszła na świat, pogodzenie polskich i meksykańskich teorii dotyczących macierzyństwa i rodzicielstwa nie było łatwe. – Mieszkałam w Polsce już kilka lat, więc wiedziałam, że wasz kraj bardzo różni się od mojej ojczyzny. Już samo przygotowanie się do ciąży jest niezłą lekcją – śmieje się Iliana. Dlaczego? –Bo w Meksyku nikt się do ciąży nie przygotowuje! Chcesz mieć dziecko, to się o nie starasz. Jak coś nie wychodzi – wtedy szukasz pomocy specjalistów. Ale żeby profilaktycznie iść do ginekologa, badać się, ciągle łykać witaminy? Nikt w mojej rodzinie tego nie robił. A moja ginekolog w Mexico City, jak przyszłam do niej na wizytę i powiedziałam, że chcę zajść w ciążę, odpowiedziała: „To zajdź” – wspomina rozbawiona Meksykanka.

Z ZEGARKIEM W RĘKU
Powiedzmy sobie szczerze, Latynosi nie słyną z punktualności. Pojęcie czasu jest dość względne, czego nie zrobiłeś dziś, możesz zrobić jutro. Wyjątkiem jest rodzenie dzieci. –Przyszłe mamy doskonale wiedzą, kiedy na świat przyjdą ich pociechy. Co do godziny – zdradza mama Adriany. –Oczywiście dlatego, że większość porodów to cesarskie cięcie. Ja, ku zdziwieniu mojej rodziny, zdecydowałam się rodzić w Polsce siłami natury. Jestem naukowcem, więc przemawiają do mnie naukowe argumenty. Naczytałam się artykułów i zdecydowałam, że rodzę naturalnie. Strasznie bolało. A potem karmienie piersią, które w Polsce jest promowane dużo bardziej, niż w Meksyku. Tam większość dzieci jest karmiona butelką. Trzy miesiące „na piersi” to sukces. A ja karmiłam Adrianę 2 lata i 5 miesięcy! – chwali się Iliana. Oczywiście naturalny poród i karmienie piersią to same zalety. Ale cesarka i butelka też je mają. –Mamy w Meksyku są dużo bardziej wyluzowane. Nie martwią się, czy dziecko się najada, bo mają wszystko pod kontrolą. W ogóle kwestia tego co dziecko je, kiedy, w jakich ilościach nie jest aż tak ważna, jak w Polsce. Tutaj, gdy odbieram moją córkę od dziadków, na początku dostaję raport o diecie mojego dziecka. W Meksyku mamy zawsze mogą liczyć na czyjąś pomoc, bo przecież butelką nakarmić może każdy. Tego luzu i swobody bardzo zazdrościłam mojej siostrze i kuzynkom – wspomina. Ale najbardziej zazdrościła im możliwości zadzwonienia do mamy w każdej chwili, posiłkowania się zbiorową rodzinną mądrością, polegania na sprawdzonych, tradycyjnych metodach radzenia sobie z kolkami czy innymi dziecięcymi przypadłościami. –Niby mogłam w każdej chwili zadzwonić do mamy i ona mogła mi powiedzieć, że na bolący brzuszek to powinnam dziecku podać takie i takie zioła czy herbatę. Co z tego, skoro ich tutaj w Polsce nie było? Pewnie dlatego początki macierzyństwa były dla mnie tak trudne. Byłam w zupełnie obcym kraju. Na początku słabo znałam język, więc nawet wyprawa do lekarza była wyzwaniem. Gdy Mateusz pracował, mogłam liczyć na pomoc jego rodziców. A oni przecież też pracowali – zdradza. Gdyby Adriana przyszła na świat w Meksyku, jej babcia, mama Iliany, jak większość babć, przeprowadziłaby się do domu córki na dwa – trzy miesiące i pomagała jej w opiece nad dzieckiem. Do tego można by liczyć na pomoc sióstr, ciotek, kuzynek. –W Meksyku pojęcie rodziny jest dużo szersze niż w Polsce. Dla mojego męża oznacza to mnie, naszą córkę i jego rodziców. Dla mnie to jeszcze rodzeństwo, kuzynki, wujkowie, ciotki. Gdy idę w określonej dzielnicy ulicą po Mexico City, nieustannie witam się z członkami rodziny. I do każdego mogę wpaść, pogadać i zrobić to zupełnie bez zapowiedzi. W Polsce nawet z najbliższymi trzeba się umówić, zapowiedzieć, przynieść prezent dla gospodarza. Strasznie to formalne – stwierdza Iliana i podkreśla, że w rodzinnych stronach budowanie relacji jest o wiele łatwiejsze. Może dlatego expatom żyjącym w Warszawie tak trudno nawiązać kontakty z Polakami. W większości cudzoziemcy trzymają się razem, a i tak część z nich wraca w rodzinne strony. –Mateusz dbał o to, żebym miała znajomych również wśród Polaków, żebym umiała się zaaklimatyzować – wspomina.

SAMA SŁODYCZ
W odczuciu dr Ramirez dość formalny jest sposób, w jaki polscy rodzice mówią do swoich dzieci. –W Meksyku rzadko mówimy do maluchów po imieniu. A jeśli już, to używamy zdrobnień. Nie ma więc Adriany, jest Adrianka, księżniczka, skarb, etc. Myślę, że polskie mamy mogłyby mówić do swoich dzieci trochę bardziej słodko, trochę bardziej, jak do dzieci. Mnie udało się zachować równowagę: z jednej strony traktuję ją jak człowieka, a nie – małe bobo, a z drugiej, mówię do niej, tak żeby mnie rozumiała, żeby czuła moją miłość – przyznaje. W ogóle kwestia okazywania uczuć, kontaktu fizycznego, dotyku, jest w Meksyku dużo bardziej rozbudowana, ale wcale nie skomplikowana. Po prostu – z każdym, kogo znasz, wymieniasz uścisk i buziak w policzek. Małe dzieci rozdają te buziaki na prawo i lewo. –Polskie maluchy mają większy dystans. Widzę to po swojej córce, która będąc w Meksyku, nie jest tak wylewna, jak jej rówieśnicy. To nie oznacza, że nie odnajduje się, gdy jedziemy tam na wakacje. Adriana i tu, i tu czuje się jak u siebie w domu. Może jest tak dlatego, że bardzo dużo podróżujemy? Córka ma 7 lat i odwiedziła już ponad 40 krajów! A do tego mówi po polsku, hiszpańsku i angielsku – wylicza mama Adriany.

A jak często córka Mateusza Grzesiaka odwiedza swoją rodzinę w Meksyku? –Co roku jadę z Adrianą do Meksyku na trzy tygodnie. Ostatnie cztery lata podróżuję z nią sama. Mateusz w tym czasie jest w Stanach, szkoli się. Mówi, że nie ma cierpliwości do Meksyku. I chyba ma rację – śmieje się. Gdy słyszę, że mama zabiera Adrianę w tak długą podróż sama, jestem pełna podziwu. Zastanawiam się, jak kreatywnym trzeba być, żeby podczas lotu, który trwa 13 godzin zapewnić dziecku rozrywkę i samemu nie zwariować. –Wszystko to kwestia wprawy i odpowiedniej organizacji. Pierwszy raz leciałam z Adrianą do Meksyku sama, gdy mała miała 5 miesięcy. To zdecydowanie najłatwiejsza podróż, bo dziecko większość czasu śpi. Potem jest już trudniej. Dlatego zawsze mam przygotowane niespodzianki. Małe zabawki czy łakocie, które wyciągam z torby, gdy widzę, że Adriana zaczyna się nudzić. Druga torba jest pełna przekąsek, bo moja córka jest wiecznie głodna. Teraz gdy jest starsza, pozwalam jej czasem korzystać z iPada. Dzień wcześniej instaluję nowe aplikacje i gry, którymi może się zająć na dłużej – podpowiada.

Gdy mama i córka są już w Ameryce Łacińskiej, Iliana szybko uświadamia sobie, jak bardzo meksykański styl wychowania różni się od polskiego. –Moja siostra, mama, kuzynki, które mają dzieci, są bardzo wyluzowane. Dzieci mają dużo większą swobodę. Te, które pochodzą z rodzin, w których nie ma tabletów, komórek i konsoli do gier, bawią się tak, jak ja się bawiłam – w ogrodzie, na ulicy, za zabawki służy to, co mają pod ręką. I żadna mama nie pomyśli o tym, żeby za dzieckiem biegać, co chwilę upominać i pilnować, czy ma czapeczkę – wyjaśnia rozbawiona, ale przyznaje, że ta swoboda czasem bywa powodem kłopotów. –Meksykanie nie umieją odmawiać. W ogóle nie jesteśmy asertywni. Nawet jako rodzice mamy problem, ze stawianiem granic i mówieniem nie. Więc człowiek z zewnątrz może uznać, że nasze dzieci są rozpuszczone. Zwłaszcza że zamiast zakazami i nakazami, wychowujemy je przez doświadczenie – analizuje dr Ramirez. Przykład? Gdy zimą Adriana marudziła przy ubieraniu, nie chciała założyć czapki czy szalika, mama, zamiast walczyć z dziewczynką tłumaczyła jej, dlaczego warto ciepło się ubrać i jakie będą konsekwencje, gdy wyjdzie z domu nieodpowiednio ubrana. Mała oczywiście robiła po swojemu. Zaraz po wyjściu na dwór zaczynała szczękać zębami. Wówczas mama wyciągała z torby wszystkie ubrania i mogła triumfalnie powiedzieć: “A nie mówiłam?”

SYBERYJSKIE ZIMY
Kwestia pogody jest dla Iliany szczególnie ważna. I choć mieszka w Polsce 10 lat, nadal nie może przyzwyczaić się do naszych zim. –Teraz, gdy pogoda jest ładna, Polacy są uśmiechnięci i serdeczni. Prawie jak moi rodacy. Latem fajnie mieszka się w Warszawie. Ale lato to dwa miesiące. A pozostałe 10, w moim odczuciu, to zima. A tej nie znoszę! – przyznaje mama Adriany. Jakim cudem kochająca lato Meksykanka  przeprowadziła się do Polski? –Padłam ofiarą oszustwa – Iliana wybucha śmiechem. –Mateusz zaprosił mnie do Polski latem. Nie powiedział mi, ile ono trwa i jak się sprawy mają w listopadzie czy lutym. Rok później przyjechałam znowu latem. A gdy pierwszy raz doświadczyłam polskiej zimy, byłam już mężatką, więc było za późno – wspomina żartobliwie. Mateusz miał nadzieję, że gdy Iliana zacznie uprawiać sporty zimowe, pokocha również zimę. Niestety, bardzo się mylił. –Nauczyłam się jeździć na nartach. Ale szczerze tego nie znoszę! Podobnie jak zimy. Jeżdżę, bo moja córka to kocha, jednak zdecydowanie bardziej wolę siedzieć w domu, patrzeć na góry i sypiący śnieg zza szyby. Wyprawy na sanki i wszelkie zimowe atrakcje to domena Mateusza lub polskich dziadków mojej córki – zdradza bez cienia wstydu. Kolejnym szokiem było dla niej polskie przekonanie, że dziecko, bez względu na pogodę musi codziennie wyjść na spacer. Gdy córka była mała, na spacery zabierali ją dziadkowie lub tata. –Dla mnie spacer zimą był wtedy, jak jechałam na zakupy i nie mogłam zaparkować pod samymi drzwiami – żartuje. 

Gdy pytam ją, za czym najbardziej tęskni, bez wahania odpowiada, że za słońcem. I życzliwością innych ludzi. –Pierwsze lata w Warszawie były dla mnie bardzo trudne. Miałam wrażenie, że byłam zbyt wrażliwa, zbyt otwarta. Każda uwaga, nawet obcej osoby na ulicy, bolała mnie bardzo długo. Ba, przez pierwszy rok pobytu tutaj miałam zawsze spakowaną walizkę i w każdej chwili gotowa byłam wracać do domu! – przyznaje, choć dodaje, że teraz jest dużo lepiej. I w zasadzie dom jest bardziej w Polsce niż w Meksyku. Po kilku tygodniach w rodzinnych stronach, z Iliany zaczynają wychodzić polskie cechy. – Jestem bezpośrednia, tracę cierpliwość, przechodzę od razu do meritum, zaczynam narzekać, denerwuje mnie, że niektórych rzeczy nie da się załatwić, bo ustalenie osoby odpowiedzialnej graniczy z cudem – przyznaje. Choć mieszka w Polsce tak długo, nadal nie przekonała się do polskiej kuchni. W domu Iliany i Mateusza królują meksykańskie i azjatyckie potrawy. –Kochamy wszystko, co ostre. Adriana, jak na latynoskę przystało, zajada się chili, kocha cukierki i gumy z dodatkiem pikantnych papryczek. Ale gdy jest u dziadków wsuwa twaróg, kiszone ogórki czy kapustę – mówi.

DWIE WERSJE
Zastanawiam się, jak bycie wychowaną w dwóch tak różnych kulturach wpływa na Adrianę. Okazuje się, że jest to bardzo ciekawe zjawisko. Bo w zależności od tego, w jakim języku mówi dziewczynka, tak zmienia się jej zachowanie. – Gdy mówi po hiszpańsku, jest bardziej emocjonalna, bardziej słodka. Gdy mówi po polsku, jest bardziej zdecydowana, jak ojciec. Tak jakby miała inną osobowość w zależności od języka, jakim mówi – wyjaśnia Iliana. –W weekend pracowałam poza Warszawą, więc Adriana została z Mateuszem. A ona pod opieką taty jest meganiezależna. Wszystko robi sama, ze wszystkim sobie radzi. Rano sama się ubierała, czesała, była gotowa do wyjścia bez żadnej pomocy. Ze mną? Nie ma mowy! Czasem nawet prosi mnie o umycie zębów, uczesanie czy wybranie ubrań – zdradza i dodaje, że Adriana, choć doskonale mówi i po polsku, i po hiszpańsku, zaczyna preferować język taty. Pewnie dlatego, że jest uczona w domu. A edukacja domowa w Polsce oznacza konieczność zdawania egzaminów w języku polskim. Dlatego mama bardzo stara się pracować nie tylko nad kulturową tożsamością córki, ale też nad językiem. Z dumą mówi o tym, jak Adriana świętuje meksykański dzień zmarłych, o tym, że dziewczynka zna historię i tradycje kraju swojej matki. –Może dlatego, że tak mi tego brakuje, staram się, żeby Adriana miała silne poczucie meksykańskiej tożsamości – gdy Iliana opowiada o rodzinnych stronach, tradycjach, relacjach, zaczyna się wzruszać. – Patrz, łzy same cisną mi się do oczu – mówi. Pytam więc, czy chciałaby wrócić do Meksyku. Po chwili namysłu mówi, że nie. – Dla Meksykanów jestem już zbyt polska. Dla Polaków nadal zbyt latynoska. Pewnie dlatego tak bardzo staram się, żeby moja córka czuła się dobrze wszędzie. I jak na razie całkiem dobrze mi to wychodzi – podsumowuje.

Zdjęcia: Kasia Rękawek