27.05.2018

Matka 9 dzieci, babcia 10 wnucząt

Gdy planujemy rodzinę, zazwyczaj zakładamy ilość potomków, którzy ją powiększą. Dwójka, może trójka – śmiało marzysz. Bohaterka mojego tekstu już jako nastolatka wiedziała, że chce wypełnić swój dom znacznie większą liczbą dzieci. – Myślałam o piątce, może szóstce – mówi mi pani Małgorzata Lubańska. Życie uszczęśliwiło ją bardziej, niż się spodziewała. Jest mamą 9 dzieci, kilka dni temu po raz 10-ty została babcią. O tym, jak funkcjonować w wielodzietnej rodzinie i wychować małą drużynę piłkarską opowiada w naszej rozmowie.

Początki były trudne

Nawiązanie do drużyny piłkarskiej nie jest przypadkowe – pani Małgorzata od wczesnych lat młodości wiedziała, że chce mieć wielodzietną rodzinę. Jednak gdy była młodą kobietą, los wystawił ją na ciężką próbę. Zanim urodziła swoje pierwsze dziecko, dwa razy była przy nadziei. Niestety obie ciąże poroniła. Ta trzecia również była zagrożona – w szóstym miesiącu, z Łucją w brzuchu, pani Małgorzata przeszła operację wycięcia jajnika. Gdy po zabiegu lekarz poinformował ją o konieczności wycięcia organu, kobieta się popłakała. – Lekarz nie zrozumiał mojej reakcji, zapewniał mnie, że operacja się powiodła, że Łucja jest cała i zdrowa, a ja mu powiedziałam: „Panie doktorze, ja zawsze chciałam mieć dużo dzieci, a z jednym jajnikiem…” – wtedy lekarz się roześmiał i powiedział: „Kochana, niczym się nie przejmuj – urodzisz sobie całą drużynę piłkarską – nawiązując do mojego nazwiska (do Włodzimierza Lubańskiego – popularnego wówczas napastnika reprezentacji Polski – przyp. red). I wiesz co? Wykrakał! – Wówczas nikt nie przypuszczał, że rodzina Lubańskich powiększy się o 9 nowych żyć, choć nawet dzisiaj pani Małgorzata podkreśla, że jest matką 11 dzieci – O tych nienarodzonych nie wolno zapominać – mówi z zaszklonymi oczami.

Trochę liczb

Gdy poznała przyszłego męża, nie kryła swoich marzeń o licznym potomstwie. Na pytanie, czy się wystraszył, pani Małgosia się roześmiała. – Byłam uczciwa, Marek znał moje priorytety. Nie pamiętam, by protestował. Był bardzo zadowolony, że chcę mieć dużo dzieci – mówi. Skąd marzenia o licznej rodzinie w głowie nastolatki? – Jestem jedynaczką i zawsze z zazdrością patrzyłam na moich znajomych, którzy mieli rodzeństwo. Dwójkę, trójkę… Już wtedy obiecałam sobie, że moje dzieci nie będą same na tym świecie – wspomina.

Pani Małgosia ma dziś 59 lat, od 36 lat jest w szczęśliwym związku ze swoim mężem, panem Markiem. Mają 9 dzieci: Łucję (33 l.), Anię (31 l.), Agatę (30 l.), Maksymiliana (28 l.), Daniela (26 l.), Szymona (24 l.), Mateusza (23 l.), Wiktorię (19 l.) i Bartka (17 l.). Trzy najstarsze córki mają już po trójce dzieci, wnuczkę dał pani Małgorzacie także Maks. W ciągu 5 ostatnich lat państwo Lubańscy dorobili się 10 wnucząt. To więcej, niż przeciętny człowiek przez całe swoje życie. Zastanawiacie się, jak utrzymać tak pokaźną rodzinę? – Mieliśmy dużą pomoc od moich rodziców, którzy mieszkali w Stanach. Gdy wzięliśmy z Markiem ślub, dali nam gotówkę na wynajem lokum. Wtedy mój mąż podjął strategiczną decyzję – zamiast wynajmu, zdecydowaliśmy się na zakup mieszkania w centrum Warszawy. To było duże ryzyko, musieliśmy się zapożyczyć, by do pieniędzy ofiarowanych przez rodziców, dozbierać wymaganą sumę. Ale się udało. Po kilku latach, gdy ceny na rynku nieruchomości poszybowały w górę, sprzedaliśmy kawalerkę z kilkukrotnym przebiciem. Kupiliśmy dom w Aninie i tam przeprowadziliśmy się całą rodziną. Kolejny dom to ten tutaj, w naszym kochanym Michalinie”. W szczytowym okresie, dom Lubańskich zamieszkiwało 13 osób – pani Małgosia z mężem, 9 dzieci i jej rodzice. – Przyjechali ze Stanów, gdy już stan ich zdrowia wymagał naszej opieki.

Dom jest duży, ale nie ogromny – ma 5 sypialni plus pomieszczenie dla dziadków. Od najmłodszych lat dzieci dzieliły się pokojami. Ten, kto był w klasie maturalnej, miał przywileje – dostawał pojedynczy pokój, by mieć jak najlepsze warunki do nauki. Migracje międzypokojowe organizowało się raz w roku, w sierpniu. – Tylko wtedy mieliśmy czas, by przeorganizować kwatery. W ciągu roku szkolnego nie było na to szans – tłumaczy. Jak podkreśla pani Małgorzata, w tak dużej komórce społecznej można zaobserwować naprawdę ciekawe zjawiska socjologiczne – Zauważyłam, że dzieci łączą się w podgrupy – raz na jakiś czas dwie, trzy osoby tworzyły wzajemne kółeczka adoracji – spędzali ze sobą całe dnie, razem wychodzili z domu, wracali, szeptali po kątach, mieli swoje tajemnice, a za kilka-kilkanaście dni te grupy się przeobrażały i występowały w nowej konfiguracji – zdradza pani Małgosia. Sama zastanawiam się, jakie rezerwy uczuć są potrzebne, by obdarować miłością tak wiele bliskich osób. Gdy obserwuję rodzinę Lubańskich, zaczynam rozumieć, czym jest miłość bez granic.

Organizacja to podstawa

Jeśli słyszycie, że po urodzeniu dziecka życie trzeba zorganizować, to z dziewiątką dzieci brak organizacji równoznaczny jest z kataklizmem. Zastanawiam się, czy ta umiejętność jest cechą wrodzoną, czy nabytą, w każdym razie pani Małgorzata ma ją opanowaną do perfekcji. Na pytanie, jak fizycznie podołać ogarnięciu tak licznej gromadki, tłumaczy, że wszystko jest kwestią dobrego zagospodarowania czasu i rozdzielenia obowiązków. – W domu mamy ustalone dyżury, każde dziecko jeden dzień w tygodniu poświęca na sprzątanie – głównie kuchni. Do ich obowiązków należy mycie naczyń, segregowanie i wynoszenie śmieci, czasami umycie podłogi. To chyba nie tak dużo? – pyta retorycznie pani Małgosia. Teraz, gdy w domu została „tylko” czwórka rodzeństwa, rzeczywiście mogą narzekać na nadmiar pracy, w porównaniu z czasami, gdy lokatorów było znacznie więcej. Wracając do organizacji – kilka lat temu miałam przyjemność uczestniczyć w jednym z rodzinnych obiadów rodziny Lubańskich. Zaproszona przez Łucję weszłam do kuchni z zamiarem pomocy przy przygotowaniu posiłku i…dosłownie zdębiałam. Czułam się jakbym stała w środku mrowiska, gdzie każdy członek tej pracowitej społeczności zna swoje zadanie i sprawnie je wykonuje – bez najmniejszej dyskusji, czy dodatkowych komend. Obiad dla 15 osób był gotowy w 30 minut, a stół nakryty w 5 minut. Perfekcja serwisu w najczystszej postaci. Wróćmy na chwilę do czasów, gdy dzieci nie były na tyle samodzielne, by pomagać w pracach domowych, a same wymagały stałej uwagi. – Między Łucją a Anią są 2 lata różnicy, Agata pojawiła się rok później. Z trójką tak małych dzieci bywa trudno, ale  da się wszystko zorganizować. Gdy urodziłam Maksa, Łucja miała już 5 lat, Ania cztery, a Agata dwa. Nie chcę mówić, że dziewczynki były samowystarczalne, ale już na tyle duże, że potrafiły się zająć sobą. Tak to się toczyło naturalnym rytmem. Poza tym miałam bardzo dużą pomoc od męża, rodziców i szwagierki. Wszyscy chętnie pomagali przy opiece nad dziećmi, zapewne dlatego jesteśmy tak zżyci – wspomina pani Małgosia.

Być kobietą, być kobietą

Najstarsza córka – Łucja przyszła na świat, gdy pani Małgorzata miała 26 lat, najmłodszy syn – Bartek, w wieku 42 lat. Oznacza to, że przez 16 lat swojego życia, moja bohaterka albo była w ciąży, albo w połogu, albo karmiła piersią. Czy w takiej masowej produkcji można zachować kobiecość? – Wiele zależy od wsparcia mężczyzny. Marek nigdy nie dał mi do zrozumienia, że jestem nieatrakcyjna, czy zaniedbana. Był bardzo wyrozumiały, a każde kolejne dziecko sprawiało mu ogromną frajdę. Oczywiście są momenty w życiu kobiety, kiedy biologia i hormony odbierają ochotę na wszystko. Zdarzały się sytuacje, w których nie miałam ochoty na nic, zwłaszcza na seks. Trudno to wytłumaczyć mężczyźnie. Ale myślę sobie, że małżeństwo im jest starsze, tym lepsze. Na pewnym etapie już nie potrzeba słów, tylko dużo zrozumienia, a uwierz mi, że z czasem role w związku się odwracają – śmieje się pani Małgosia. Paradoksalnie liczba dzieci korzystnie wpłynęła na jej wygląd fizyczny i poczucie własnej wartości. Dziewczynki motywowały mamę do dbania o wygląd. Ilość córek pomogła jej także odkrywać nowe trendy i czerpać frajdę z mody, a że między dziewczynami są też różnice pokoleń, jest w czym wybierać. – Ania i Agata lubią się ubierać bardzo elegancko, oficjalnie. Do mnie bardziej przemawia styl Łucji – jest kobiecy, ale jednocześnie wygodny. Wiktoria też raz na jakiś czas podrzuci mi swoje ubranie, ale jej są dla mnie zbyt młodzieżowe – śmieje się pani Małgosia. Jeśli chodzi o karierę zawodową, to kobieta przyznaje, że nigdy przez najmniejszą chwilę nie żałowała, że w swoim życiu postawiła na rodzinę – Wiesz Agnieszko, ja nigdy nie byłam zbyt ambitna zawodowo. To znaczy wiem, że gdybym miała jakąś pracę, to na pewno bym ją lubiła i oddała się jej w całości. Ale ja czułam, że chcę się oddać mojej rodzinie, dzieciom. To mnie uszczęśliwiało. I choć przechodziliśmy mnóstwo trudnych momentów, kiedyś nawet otarłam się o próbę samobójczą, to nie zamieniłabym mojego życia na żadne inne. Na pewnym etapie każdy z nas musi podjąć decyzję, ja podjęłam decyzję o stworzeniu rodziny z prawdziwego zdarzenia. 

Powielanie modelu rodziny

Rodzinę Lubańskich znam prawie 10 lat, brałam udział w ich uroczystościach rodzinnych, byłam gościem na ślubach, obserwowałam dojrzewanie najmłodszych dzieci. Jeśli istnieje żywa definicja prawdziwej rodziny, to są nią właśnie oni. Pani Malgorzata, jako jej głowa i rodzicielka zdała egzamin z życia na piątkę, spełniła swoje marzenia. Ilość miłości, wsparcia, spokoju i zrozumienia, jakie generują Lubańscy mogłaby zasilić empatię mieszkańców całej Warszawy. – Nigdy nie robiliśmy dzieciom presji odnośnie drogi w życiu, wyboru partnera, ślubu, czy rodzenia dzieci. Zawsze mieli dużo swobody. Dlatego jeszcze bardziej cieszy mnie to, że jak do tej pory model wielodzietności jest przez nie powielany. To znaczy, że nie było im z nami tak źle. – śmieje się pani Małgosia.

P.S. Na zdjęciach nie zobaczycie wszystkich członków rodziny Lubańskich – zsynchronizowanie tak wielu osób jest naprawdę trudne. Na naszej sesji zabrakło 3 dzieci, 2 zięciów i 5 wnucząt.

Zdjęcia: Helena Ludkiewicz