04.05.2018

Mama na Bermudach

Dorota Linke od ponad 2 lat mieszka na Bermudach z mężem Maćkiem, 6 miesięcznym synkiem Hugo, a także psem Bestią, którego ściągnęła z Polski. „To mój raj na ziemi i idealne miejsce dla matek z dziećmi” – przyznaje. Przez cały rok świeci tam słońce, a temperatura nie przekracza 30 stopni Celsjusza. Czy można chcieć czegoś więcej? Wyjeżdżając z Polski Dorota zostawiła rodzinę, przyjaciół, a także swoją firmę „Szmacianki”, w którą włożyła całe serce. Na Bermudach odnalazła je na nowo.

Przeprowadzka na Bermudy była dla Doroty Linke dużą niewiadomą. O tej małej koralowej wyspie położonej na Oceanie Atlantyckim niedaleko wschodniego wybrzeża USA wiedziała niewiele. Czytała kiedyś pewien artykuł, napisany przez Polkę, o niebywałej otwartości mieszkańców, a także o braku wody pitnej i konieczności zbierania deszczówki. Nie miała jednak pojęcia, co może ją tam czekać i jak bardzo zmieni się jej rzeczywistość.

Wyjazd na drugi koniec świata był podyktowany kontraktem jej męża Maćka, pracującego dla jednej z największych korporacji na świecie. Opuszczając Polskę w październiku 2015 roku zostawiła nie tylko rodzinę i bliskich, ale także swoje oczko w głowie – firmę „Szmacianki”, która była jej sposobem na zarabianie pieniędzy, ale również wielką pasją. Dorota przez trzy lata szyła niezwykle pomysłowe lalki wykorzystując do tego skrawki materiałów, guziki, a także wszystkie inne materiały, które w jakikolwiek sposób pobudzały jej wyobraźnię. W sumie stworzyła ich ponad 2 tysiące i część z nich powędrowała do swoich nowych właścicieli, nawet na inne kontynenty. Niestety po przeprowadzce na wyspę szybko się zorientowała, że szycie Szmacianek przestało być możliwe. „Nie mogłam nigdzie dostać odpowiednich materiałów. Zrozumiałam także, że koszty życia na Bermudach są dość wysokie, więc tworzenie moich lalek, a w szczególności ich wysyłka byłaby zbyt droga” – przyznała Dorota.

Po przyjeździe do Hamilton, stolicy wyspy, mama pół rocznego dzisiaj Hugo przez trzy miesiące zastanawiała się co będzie tam robić. Maciek jako analityk finansowy w firmie Ernst&Young spędzał w biurze wiele godzin, więc Dorota miała dużo czasu na poznawanie wyspy, a także zajmowanie się domem. Pierwsze miesiące spędzili w wynajętym domu, a raczej klimatycznej chatce z 1678 roku. „Myślałam aby zająć się ogrodnictwem, pracą z zielenią. W końcu jest tu tyle roślin” – wspomina Dorota. Pewnego dnia podczas spaceru z ukochanym psem Bestią, którego ściągnęła na Bermudy z Polski, znalazła wiele ciekawych kwiatów i liści. Wszystkie rosły wzdłuż Railway Trail, czyli zabytkowego szlaku rowerowo-spacerowego, ciągnącego się przez całą wyspę. Pomysł jak można wykorzystać rośliny w pracy twórczej, wpadł jej do głowy przypadkiem. Postanowiła je suszyć i tworzyć z nich kolorowe obrazki, przedstawiające lokalne motywy, takie jak koniki morskie, meduzy, czy kwiaty. Na początku suszyła je w mikrofalówce, jednak zauważyła, że lepszy efekt osiągała, gdy umieszczała rośliny między dwiema kartkami papieru i prasowała je żelazkiem przez kilka sekund.

Po wielu próbach i błędach udało jej się wypracować swój styl, który jest już dzisiaj rozpoznawalny na Bermudach, a niezwykłe prace Doroty można znaleźć w dwóch lokalnych galeriach Bermuda Arts Center i Bermuda Society of Arts. „Tworzenie obrazków z kwiatów jest dla mnie jak medytacja. Ze Szmaciankami bywało gorzej, czasami frustrowałam się podczas szycia. Obrazki są za to bardzo relaksującym zajęciem. Tworzę je, słuchając muzyki, kiedy mój synek już śpi ” – zdradziła Dorota.


Jej życie na Bermudach zmieniło się o 180 stopni, gdy sześć miesięcy temu została mamą małego Hugo. Poród przez cesarskie cięcie i pobyt w szpitalu wspomina bardzo dobrze, ponieważ wszyscy byli niezwykle mili, a także pomocni. „Dostałam plan porodu. Wiedziałam dokładnie krok po kroku, co mnie czeka. Czułam, że byłam w dobrych rękach” – wspomina. Nawet szpitalne jedzenie smakowało jakoś lepiej. „Trochę tylko się zdziwiłam, gdy pierwszego dnia dostałam na śniadanie dorsza z ziemniakami. Ale wiesz co, był świeży i smaczny, do tego mleko sojowe do wyboru, owoce” – zdradza Dorota.
Czy tęskni za Polską? Śmieje się, że właśnie nie za bardzo. Brakuje jej oczywiście bliskich, ale szybko odkryła, że odcięcie od świata i pobyt na małej wyspie gdzieś na oceanie bardzo jej odpowiada. „To jest mój raj. Życie na Bermudach jest idealne dla matek z dziećmi. Przez cały rok mamy super pogodę, ponieważ nie ma upałów. Temperatura nie przekracza 30 stopni Celsjusza. Nie trzeba praktycznie chodzić na spacery, ponieważ non stop mamy otwarte drzwi i okna. Dużo czasu spędzam w domu, ale staram się nie zasiedzieć, więc trzy razy w tygodniu wychodzę gdzieś do ludzi. W niedzielę mam czas dla siebie i surfuję. Ćwiczę też jogę” – wylicza. Inne mamy z niemowlakami w podobnym wieku poznała na spacerach, w poczekalni w przychodzi lub dzięki grupom w internecie. W gronie jej najbliższych koleżanek są dwie Amerykanki, Bermudka i Brytyjka. Kiedyś była również Szwajcarka, ale wróciła już do Europy. „Umawiamy się i chodzimy z dziećmi na plażę, do zoo, spotykamy się w kawiarni” – dodaje. Na Bermudach można również spotkać kilku Polaków, mieszkających tam na stałe.

Wbrew pozorom mamy, które widuje na bermudzkich placach zabaw nie są tak wyluzowane, jakby można byłoby przypuszczać. „To mamy helikopterowe” – śmieje się. „Biegają za swoimi dziećmi krok w krok. Chociaż tak naprawdę jest to trochę zależne od koloru ich skóry. Na Bermudach mieszka sporo czarnych osób, potomków ludzi z Jamajki, którzy nie przejmują się wszystkim tak bardzo, jak biali. Ich dzieci są bardziej przebojowe i odważne” – dodaje. Place zabaw są w ogóle oddzielnym zagadnieniem, bo zazwyczaj są… puste. Tamtejsze mamy rzadko również chodzą na spacery z wózkiem. „Domyślam się, że może to być niechęć do „marnowania czasu”. Na Bermudach jest może z dziesięć ławek, a na parapetach są takie wielki kolce, niczym te na gołębie, tylko na ludzi! Widnieje obok napis, aby nie przesiadywać. To strasznie dziwne. Wydaje mi się, że to takie zaszłości po zniesieniu niewolnictwa i trochę też protestancki kult bycia zajętym” – zauważa Dorota.

Różnice kulturowe między Polską a Bermudami są spore. Dorota zauważyła to od razu po przyjeździe. „Przede wszystkim ludzie są tu niesamowicie otwarci i sympatyczni. Kiedy idziesz do sklepu, by coś kupić, od razu ktoś cię zagaduje. Gdy wchodzisz do autobusu wszyscy chórem witają cię radosnym „Good Morning”. To bardzo miłe i naprawdę nie sposób mieć tu doła” – wspomina. Istnieje również pewnego rodzaju odpowiedzialność społeczna. „Bardzo zamożni ludzie oddają do second handów sprzęty za darmo, które później sprzedawane są za kilka dolarów. W ten sposób można mieć markowe rzeczy dla dziecka, wydając bardzo niewiele” – dodaje. Na wyspie nie ma również podziału społeczeństwa ze względu na prace, jakie wykonują. Wszystkie zawody są tak samo szanowane. „Tutaj nie ma hierarchii jak w Polsce. Lekarka Brytyjka przyjaźni się z prawniczką Bermudką, ale i z Polką masażystką i emigrantką z Chile, która piecze ciasta w supermarkecie”.

Zupełnie inaczej wyglądały również jej wizyty u ginekologa w trakcie ciąży. „Tutaj lekarz nie bada pacjentki na fotelu tylko rozmawia z nią o ogólnym stanie zdrowia. Bardzo mnie to zdziwiło, bo wiem, że w Polsce jest na odwrót. Raz wymyśliłam sobie, że coś mi dolega i wręcz wymogłam na lekarzu, by mnie zbadał. Chciałam po prostu mieć pewność, że nic się nie dzieje”. Inaczej także wygląda rozszerzanie diety dziecka i wprowadzanie nowych produktów do menu, co Dorota aktualnie testuje na małym Hugo. „Zalecenia są takie, aby na początku dawać dzieciom tylko kaszkę ryżową i długo, długo nic innego. Żadnych warzyw ani owoców. Bardzo mnie to dziwi, ale nawet dorośli nie jedzą tutaj zbyt dużo warzyw. Kochają za to mięso, a w szczególności kurczaki. Lokalne ryby też trudno znaleźć, chociaż w oceanie pływa ich całe mnóstwo. Możesz natomiast kupić sprowadzone mrożonki. Trochę mnie to zastanawia, tak samo jak to, że w przedszkolu, do którego chodzi córka mojej znajomej, dzieciom puszcza się telewizję. W Polsce tak nie ma, prawda? ” – śmieje się Dorota.

Czy ten raj ma jakieś minusy? 33-letnia mama Hugo długo się zastanawiała nad tym pytaniem. „Poza miastem nie ma chodników i czasami ciężko chodzi się z wózkiem. Teraz mieszkamy w Southampton na najwyższym wzgórzu przy latarni morskiej. Do Hamilton mamy więc jakieś 15 minut samochodem. Jest też bardzo duża wilgotność, dlatego ubrania i żywność trzeba przechowywać w specjalnych workach plastikowych, ponieważ w innym przypadku wszystko by zatęchło. Przez cały dzień musi chodzić wiatrak, a latem obowiązkowa jest klimatyzacja. I tak jest w każdym domu, nawet w tych luksusowych” – przyznała.

O powrocie do Polski raczej nie myślą. Czasami tylko, kiedy Maciek wraca zmęczony po pracy do domu to zastanawia się, czy by tego wszystkiego w końcu nie rzucić i gdzieś daleko nie uciec…

foto: Dorota Linke