05.11.2018

Mama i córka w świecie sztuki

Ariana. Mama z pasją do sztuki. Członek Photography Acquisitions Committee przy Tate Modern w Londynie. Jej córeczka, Lilly ma obecnie niespełna rok i towarzyszy mamie w wyprawach do galerii, na targi sztuki i na wystawy, jak ta w Zachęcie, która była pretekstem do naszej rozmowy.

Jacek Waltoś, z cyklu Pieta w trójnasób, 1980-1984, kol. Muzeum Narodowego we Wrocławiu

Jeśli jeszcze jej nie znacie, poznajcie ją, aby przekonać się, że muzea i galerie można odwiedzać od pierwszych miesięcy życia dziecka. W ten sposób od początku życia wzbudza się w nim ciekawość, uczy obcowania ze sztuką i pokazuje świat z innej perspektywy. Wyzwania? Pojawiają się bardzo często, ale z pomocą rodziny i partnera zawsze udaje się je pokonać.

Ariano, czym zajmujesz się na co dzień? Czy sztuka przejawia się też w Twojej pracy?

Tak. Przed narodzinami córki pracowałam w agencji reklamowej jako Art Director. Natomiast obecnie to sztuka jest moją największą pasją i zarazem pracą. Poświęcam jej każdą wolną chwilę. Jestem członkiem Photography Acquisitions Committee przy londyńskim TATE Modern. Pracuję jako Art Advisor, to znaczy, jeśli ktoś chce rozpocząć swoją przygodę ze sztuką – stworzyć kolekcję lub uzupełnić istniejącą o nowy nabytek, to w tym pomagam. Konsultuję, czy dane dzieło jest warte swojej ceny i czy jego wartość będzie wzrastała, choć oczywiście nie tylko te aspekty są ważne. Spotykam się z ludźmi, aby im doradzić, czegoś wyszukać albo ocenić czy dzieło, które chcą nabyć rzeczywiście jest tego warte. Jestem też kuratorem wystaw, piszę, robię wideo-relacje z różnych ciekawych wydarzeń artystycznych.

Masz niespełna roczną córeczkę, która także jest absorbująca, więc jak znajdujesz na to wszystko czas?

Nie ukrywam, jest to trudne. Wymaga to chwilami olbrzymiej logistyki i akrobacji. Cudownie wspiera mnie w tym mój partner, który bardzo mi pomaga z malutką i dopinguje mnie w realizowaniu swoich marzeń.

Czy on również jest związany ze środowiskiem artystycznym?

Nie, zupełnie nie. Zajmuje się innowacjami i technologią. To kompletnie dwa różne światy. Mam także pomoc ze strony moich rodziców. Zwłaszcza mamy, ale nie jest tajemnicą, że mama dla córki zrobi wszystko. Kiedy trzeba jechać na jakieś targi lub festiwal fotografii, czy też otworzyć wystawę w innym mieście, to o każdej porze dnia i nocy zawsze jest na posterunku. Dwa tygodnie temu byłam w Bydgoszczy, gdzie otwieraliśmy wystawę fotografii podczasVintage Photo Festival. Pierwotny plan był taki, że moja mama będzie ze mną i pomoże mi w opiece nad małą, ale w ostatniej chwili coś jej wyskoczyło. Wtedy mój partner bez wahania powiedział: Jedziesz, przeorganizuję wszystko tak, abym mógł być z Wami.

Lilly cały czas jest karmiona piersią, także muszę być w pobliżu, kiedy zbliża się pora jedzenia. Jesteśmy od siebie w tym momencie bardzo zależne, nie ma możliwości, aby została z kimś w Warszawie. Ale dajemy sobie radę.

Wspomniałaś o swoich rodzicach, że to oni zarazili Cię miłością do sztuki. Czy w Waszym domu było jej dużo?

Wojciech Fangor, Homage to Kazimierz Malewicz, 1978, kol. prywatna

Sztuka była wszechobecna. Nasi rodzice zabierali nas na wszystkie możliwe wystawy, do każdej galerii, instytucji, do muzeów. To było dla mnie i trójki mojego rodzeństwa naturalne środowisko. Oddychaliśmy nią, jak powietrzem. Uczyliśmy się sztuki. Moi rodzice są jej miłośnikami i poprzez nią rozbudzali moją ciekawość, wrażliwość, zainteresowanie światem. Poszerzyli moje horyzonty. Efekt jest taki, że dziś jako czwórka dorosłych już osób – żadne z nas nie jest obojętne wobec otaczającej rzeczywistości i nie boi się wyrażać swoich poglądów. Myślę, że tę edukację zawdzięczamy właśnie obcowaniu ze sztuką. Poprzez to, że ja sama wychowałam się w takim domu, zależy mi, aby i moja córka złapała tego bakcyla. Zaszczepiam jej to, kiedy tylko mogę. Przeglądamy w domu albumy z malarstwem, na ścianach wiszą liczne fotografie, chodzimy razem na wystawy, zabieram ją ze sobą na targi. Chcę, aby uczyła się tego samego, czego ja się uczyłam. Chce jej przekazać te najważniejsze dla mnie rzeczy. Uważam, że sztuka jest sposobem pozanaukowego doświadczania rzeczywistości. Opowiadania o niej w sposób inny niż nas uczą w szkole. To rozwijanie wrażliwości, kształtowanie swoich poglądów, rozróżniania tego co mi się podoba a co nie, uczenia się swojego zdania. Ogólnego kształtowania się jako człowieka.

Ktoś powie ok., ale ona jest jeszcze taka mała.

Oczywiście, że ona jest jeszcze mała, ale dzieci mają niesamowitą wyobraźnię i są wyjątkowo chłonnymi odbiorcami sztuki. Uważam, że grzechem byłoby jej to odbierać i z tego nie korzystać. Dla mnie to jest niezwykle ważne, żeby od małego miała z tym kontakt i później się tego nie bała. To co obserwuję u wielu dorosłych, to powiedzenie „ja się na sztuce nie znam”. W moim przekonaniu bierze się to stąd, że boją się niewiedzy o niej, ale ja na przykład nie jestem asem z technologii. I co? I nic. Żartujemy z moim partnerem często, że ja wprowadzam go w świat sztuki i opowiadam mu to co wiem, a on stara się mnie edukować w zakresie swoich kompetencji. Ludzie wstydzą się tego, że czegoś nie zrozumieją. Niepotrzebnie.

Wiesz, może to kwestia tego, że pokutuje wciąż takie przekonanie, że sztuka jest czymś elitarnym, czymś dla osób zamożnych lub dla fanatyków.

To odwieczny dylemat: czy sztuka jest elitarna czy egalitarna? Wychodzę z założenia, że ona jest dla wszystkich. Zachęcam każdego, aby wybrał się na wystawę, by obejrzał, doświadczył, przemyślał. To jest to, o czym rozmawiałyśmy i o czym mówiłam patrząc na obrazy profesora Stanisława Fijałkowskiego na wystawie Co po Cybisie?Jest tam dużo kropek, kresek.Nie musisz tego wszystkiego rozumieć, nie musisz znać jego teorii i fascynacji metafizyką, żeby się tym zachwycić. Jeśli coś skłoni cię do refleksji, to fantastycznie. Jeśli to, co zobaczysz cię poruszy, zachęci, aby iść za tym dalej, zgłębić temat, poczytać, dowiedzieć się więcej – to wtedy dzieje się coś dobrego. I o to w sztuce chodzi. Mam ciarki, gdy o tym opowiadam. Jeżeli natomiast ciebie to nie porusza, czy ci się nie podoba, to też jest ok. Nie ma złego odbioru sztuki. To jest tak samo jak z jedzeniem: jednemu smakuje, drugiemu nie. Kropka.

A czy masz coś takiego, gdy podczas oglądania wystawy, jak ta, na której byłyśmy wspólnie, widzisz na przykład misia pandę, a obok obraz z parą podczas aktu seksualnego, to czy nie masz ochoty zakryć dziecku oczu? Jak chcesz kiedyś jej tłumaczyć takie rzeczy?

Tutaj poruszamy dość kontrowersyjny ostatnio w mediach i dyskusji publicznej temat edukacji seksualnej. Popieram to, co robi Anja Rubik i kibicuje jej książce #sexedpl. Uważam, że o takich rzeczach należy mówić głośno, bo to wszystko jest naturalne. Zaczęliśmy bardzo kryć się ze swoimi instynktami, seksualnością. A to wszystko jest przecież i powinno być nam bliskie. Tego typu obraz na wystawie to jedynie impuls, aby o tym porozmawiać. I świetnie. Dzieciom jak najbardziej należy dużo mówić i tłumaczyć, oswajać je z trudnymi tematami tak, aby nie musiały później się zastanawiać i kryć. Ja nie mam z tym problemu. Z resztą nie mówimy o pornografii tylko o pięknych, subtelnych aktach, które były zawsze obecne w sztuce. Zdaję sobie sprawę z tego, że przychodzi taki wiek, w którym dzieci zaczynają robić sobie z takich spraw żarty, a słowo “seks” wzbudza śmiech i rozbawienie. To jest normalny etap w rozwoju człowieka, później im to przechodzi, dojrzewają i można z nimi poważniej rozmawiać na takie tematy. Na tym konkretnym przykładzie widać jak na dłoni, że sztuka stymuluje, wyzwala emocje, skłaniając dziecko do zadawania pytań, a rodzica – do rozmowy i próby odpowiedzenia na te wszystkie trudne pytania. Sztuka daje mnóstwo okazji do rozmów na wiele ważnych tematów, dlatego tak istotne jest, aby dzieci z nią obcowały.

Twoje konto na Instagramie (@koozka) powstało celowo, aby szerzyć zainteresowanie sztuką i pokazywać, że nawet z dzieckiem w chuście nic nie musi cię omijać?

Nie. Założyłam konto na Instagramie i zaczęłam pokazywać tam zdjęcia z moich typowych aktywności w ciągu tygodnia, wrzucać zdjęcia tego, co mi się podoba. Po pewnym czasie zauważyłam, że głównie są to zdjęcia sztuki. I tak to poszło dalej.Naturalne było dla mnie, że skoro pojawiło się maleństwo, to teraz będę robić to samo tylko z nią. Prawdę mówiąc nie za bardzo nad tym się zastanawiałam.

Jesteś członkiem PhotographyAcquisitions Committee przy londyńskim TATE, domyślam się, że to ogromne wyróżnienie i ukoronowanie Twoich działań. Twoja wiedza, pasja i zainteresowanie znalazły mocny punkt zaczepienia.

Tak, to olbrzymie wyróżnienie. Jest to dla mnie dość niesamowite, ponieważ jestem najmłodszą i jedyną osobą w mojej komisji z naszego regionu Europy. To bardzo nobilitujące znaleźć się w takim gronie, zwłaszcza, że wielu z członków tej komisji, to osoby bardzo doświadczone i dojrzałe.

Na czym polega Twoja aktywność w niej?

Teresa Pągowska, Flecistka, 1980, kol. Mazowiecki Instytut Kultury, Warszawa Teresa Pągowska, Siedząca w spódnicy, 1978, kol. Krzysztofa Musiała, depozyt w Muzeum ASP w Warszawie

To przede wszystkim nieustanne oglądanie i podążanie za tym co dzieje się w świecie fotografii. Trzeba dużo czytać, być na bieżąco. Śledzić wydarzenia. Mamy zjazdy, na których omawiamy prace poszczególnych artystów i dyskutujemy, które z nich powinny znaleźć się w kolekcji TATE. Oznacza to, że trzeba dużo bywać: na najważniejszych wystawach, targach i festiwalach. To wymaga wielkiego zaangażowania. Pochłania także mnóstwo czasu i energii, ale daje też niezwykłą satysfakcję. Zdobywam wiedzę i poznaję ludzi, którzy dzielą tę samą pasję.

I wszędzie towarzyszy Ci Twoja córeczka?

Tak jest. I chciałabym, aby tak pozostało.

Pierwszym takim momentem był mój wyjazd do Londynu, gdy Lilly miała dwa i pół miesiąca. Mieliśmy zjazd z TATE, szczególnie ważny, bo omawialiśmy program na cały kolejny rok, wobec czego bardzo chciałam i musiałam pojechać. Zadzwoniłam do mojej mamy, powiedziałam jej jaki mam plan i kiedy muszę być w Londynie, zapytałam, czy mi pomoże. Po chwili zawahania powiedziała, że tak.  Poleciałyśmy. To było wyzwanie, bo wtedy mała jadła jeszcze co dwie i pół godziny, a nie było mowy o butelce. Ale udało się nam. To mnie zachęciło, żeby się tego nie bać, że damy radę.

Nie miałaś takiej myśli: odpuść Ariana, masz maleństwo w domu?

Nie. Jeśli coś bardzo kochasz robić, coś cię bardzo interesuje, to nie możesz z tego rezygnować. Oczywiście rozmawiamy tutaj o sytuacji, kiedy dziecko jest malutkie, ale nie ma przeciwwskazań do podróży. Nie można odpuszczać swoich marzeń, bo to może rodzić frustrację. Bycie niezadowoloną mamą, dla dziecka nie jest niczym dobrym. To jest szalenie ważne, aby znaleźć ten czas dla siebie. Do mnie też dotarło to po jakimś czasie, że nie można zaniedbywać swoich potrzeb.

Ale to chyba najlepsze z możliwych rozwiązań, bo jest cały czas z Tobą.

Wiesz co jest najcudowniejsze? To, że dziecko ma szczęśliwą i spełnioną mamę, która może dać mu dzięki temu więcej energii, radości i entuzjazmu.

Jakie masz rady dla rodziców, którzy mają opory, aby zabierać małe dzieci do galerii sztuki, na wystawy?

Tak jak wspominałam wcześniej – kontakt ze sztuką pobudza intelekt, wyzwala emocje, skłania do zadawania pytań. Wspólne uczestnictwo w kulturze to także czas, w którym możemy towarzyszyć dziecku w odkrywaniu świata, dostrzec co je cieszy, co mu się podoba i na odwrót – ono uczy się naszych upodobań i uczy się kształtować swoje w konfrontacji z innymi.

Wychodzę z założenia, że chcę, aby moja córka była w moim świecie obecna. Chcę, aby moje dziecko doświadczało mojego świata, aby było jego integralną częścią. By uczyła się interakcji społecznych, stawała się samodzielna. Nie chcę udawać przed nią, że jestem kimś innym, czy robię coś innego niż robię. Żeby była jasność, ja także mam trudniejsze momenty. Na przykład ona nie lubi jeździć w wózku ani w foteliku samochodowym, zawsze przy sadzaniu jej do nich jest krzyk i płacz, który nie zawsze mija po chwili. Dlatego noszę ją w nosidle po wystawach i np. często bolą mnie plecy, ale się nie poddaję i nie zniechęcam.

A czas dla Ciebie samej?

Gdy mój partner wraca z pracy lub w weekendy, ja mogę zaplanować swoje aktywności. Wyjście z przyjaciółkami, kawa, kino, ale szczerze tego czasu jest naprawdę bardzo niewiele (śmiech). Poza tym, korzystając z pomocy drugiej babci, staramy się z moim partnerem chodzić na randki i pamiętać też o dbaniu o nasz związek. Najczęściej jednak bardzo jest mi szkoda czasu bez córki i mając świadomość, że zrezygnowanie w pełni z siebie i swoich pasji na rzecz macierzyństwa nie jest najlepszym kierunkiem staram się te dwa światy łączyć. Czy bywam zmęczona? Tak. Ale wiesz co? Mam z tego wielką satysfakcję i wierze, że ten wysiłek będzie z czasem procentował dla niej, dla mnie i dla naszej relacji.

Wystawa “Co po Cybisie” w Zachęcie – Narodowej Galerii Sztuki w Warszawie. Dziękujemy za pomoc przy realizacji sesji.

Zdjęcia: Maria Warzybok