05.06.2018

Koniec Zosi Samosi, czyli jak macierzyństwo nauczyło mnie prosić o pomoc

XXI wiek to najlepsza i najgorsza epoka dla macierzyństwa. Najlepsza, bo mamy mnóstwo udogodnień, o których nie mogły marzyć nasze babcie czy nawet – mamy. Najgorsza, bo z tymi wszystkimi udogodnieniami jesteśmy zostawione zupełnie same.

Przeważnie dwa tygodnie po narodzinach dziecka, nasz partner musi wracać do pracy, a my zostajemy same z małym człowiekiem, który jest od nas totalnie zależny. Staramy się odnaleźć w nowej roli mamy, nie zaniedbać roli partnerki, od czasu do czasu być jeszcze kochanką, a gdzieś między tym wszystkim prać, sprzątać, gotować i chodzić na fitness. Da się? Jasne, że da. Tylko jak długo. I po co?

Gdy byłam w ósmym miesiącu ciąży mój partner zasugerował, że po narodzinach naszego syna, przydałby się ktoś do pomocy, zwłaszcza, że w Warszawie, gdzie mieszkamy nie mamy żadnej bliskiej rodziny. Nasi przyjaciele, choć cudowni, są zajęci własnym życiem i nie bardzo mamy na kogo liczyć w kwestiach opieki na dzieckiem. – Znajoma ma córkę, 18-latkę, która szuka zajęcia na wakacje. Może mogłaby wpaść do nas dwa czy trzy razy w tygodniu, na kilka godzin. Zajęłaby się małym, albo ogarnęła mieszkanie, a ty będziesz miała czas dla siebie – powiedział. Moja hormonalna, nadmiernie ambitna i przekarmiona okropnymi historiami o młodych nianiach romansujących z pracodawcami – tatusiami (Jude Law, to wszystko przez ciebie!) osoba natychmiast odpowiedziała: “Nie ma mowy!” A że z kobietami w ciąży się nie dyskutuje, temat został porzucony. I nigdy sobie tego nie wybaczę. Bo pierwsze miesiące po narodzinach dziecka, zwłaszcza pierwszego, gdy po omacku nawigujesz po zupełnie nowych wodach, to moment, kiedy wszelka pomoc jest na wagę złota!

Bardzo szybko przekonałam się, jak trudne, z punktu widzenia logistyki, jest macierzyństwo, gdy mieszkasz w dużym mieście, z dala od rodziny, a twój partner, jak większość ojców w Polsce, po dwóch tygodniach sielanki musi wracać do pracy, bo choć jesteś na “urlopie” macierzyńskim, to ani nie odpoczywasz, ani nie zarabiasz. W poradnikach, które czytałam w ciąży, pisano: “Nie bój się prosić o pomoc! Niech znajomi czy rodzina wyjdą z psem, zrobią zakupy czy wstawią pranie.” Wówczas nie wyobrażałam sobie, że mogłabym zadzwonić do jednej z przyjaciółek i poprosić, żeby wpadła do mnie i zamiast plotkować przy kawie, latała z mopem. Nie wiem co mnie blokowało. Duma? Fałszywe poczucie niezależności, zgodnie z którym przyznanie, że potrzebuję pomocy, było przyznaniem się do porażki? To jak zostałam wychowana? Moja mama nigdy nie prosiła o pomoc. Podpierała się nosem i zasuwała dalej, wychowując trzy córki i pracując. Też tak chciałam. Wydawało mi się, że to szczyt niezależności i najlepszy dowód na doskonałą organizację. Prawda jest taka, że moja mama, podobnie jak ja, nie wykorzystywała wszystkich zasobów jakie miała: męża, rodzeństwa, znajomych. Chciała być Zosią-Samosią. I ja miałam tak samo.   

Gdy mój syn miał kilka tygodni przyjechała do nas moja najlepsza przyjaciółka. W domu był koszmarny bałagan. Myślałam, że spalę się ze wstydu, gdy Natalia złapała odkurzacz i zaczęła robić “ścieżkę przez środek” w salonie. Dziś, jako matka z “imponującym” (czyli rocznym) doświadczeniem, wiem, że zamiast się wstydzić, trzeba było podziękować i wykorzystać ten czas na wzięcie prysznica czy krótką drzemkę. A gdy koleżanki dzwoniły i pytały, czy niczego mi nie potrzeba, należało wyjść poza utartą konwencję i zamiast kłamać, że wszystko mam pod kontrolą, można było powiedzieć, czego mi potrzeba. Nigdy nie były to wielkie rzeczy: rozwieszenie prania, zmycie podłóg, prasowanie, posiedzenie w domu ze śpiącym dzieckiem, gdy ja musiałam wyskoczyć gdzieś i załatwić jakieś rzeczy, których nie da się zrobić przez internet. Robienie zakupów było jedną z tych rzeczy, w których nigdy nie potrzebowałam pomocy. W pierwszych miesiącach życia mojego syna, wyjście do supermarketu, na 45 minut traktowałam jak wyjątkowe święto.

Słynne amerykańskie powiedzenie (o afrykańskich korzeniach) brzmi: “Potrzeba całej wioski, by wychować dziecko”. Niestety, mieszkanki wielkich miast (i tych mniejszych też) muszą sobie takie wioski zbudować. Na szczęście coraz głośniej mówi się o tym, że młode mamy nie są i nie powinny być siłaczkami, które wszystko robią same. Na początek zastosuj patent mojej koleżanki z pracy: zrób rozeznanie wśród sąsiadów. Na bank znajdzie się choć jedna młoda mama, z którą możesz umówić się na wspólny spacer z wózkami. Gdy berbecie będą spały, będziecie mogły wymienić się doświadczeniami. Z pewnością część z nich będzie podobna. Sama wiem, jaką ogromną ulgę można poczuć, gdy okazuje się, że “inni też tak mają”. Że nie ogarniają pewnych rzeczy, że tracą cierpliwość, że zdarza im się fantazjować o czasach sprzed dziecka. To poczucie wspólnoty jest kluczowe. I pewnie dlatego tak wiele wyniosłam z grupy wsparcia prowadzonej przez warszawską Fundację Sto Pociech. Prowadzone raz w tygodniu zajęcia były okazją, żeby spotkać się z innymi mamami. Wszystkie miałyśmy dzieciaki w podobnym wieku. Razem przeżywałyśmy rodzicielskie wzloty i upadki. Rozmawiałyśmy o tym, jak bardzo zazdrościmy naszym mężom, którzy mogą na osiem godzin wyjść z domu i poprzebywać wśród dorosłych ludzi w pracy. Ale też przyznawałyśmy, że za nic w świecie nie oddałybyśmy tego czasu, jaki możemy spędzać z naszymi dziećmi.

Uruchom Google i sprawdź, czy w twojej okolicy istnieją kluby rodziców, fundacje czy inne kawiarnie, w których spotykają się rodziny z małymi dziećmi. Pretekst do rozmowy już masz: twój maluch. Kto wie, może właśnie w ten sposób zaczniesz budować swoją wioskę? Poszukaj grup na Facebooku. Tych rodzicielskich jest cała masa! Oprócz wirtualnego wsparcia i porad, można uzyskać również rzeczywistą pomoc. Z czasem okaże się, że zbudowałaś wokół siebie grupę kobiet, które wspierają się, podrzucają sobie dzieci, wspólnie spędzają czas. Brak snu i samotność to dwie główne przyczyny depresji poporodowej. Szczególnie są na nią narodzone samotne matki i Zosie Samosie.

Kolejne rozwiązanie, dobre jeśli masz środki finansowe a jednocześnie nie lubisz prosić o pomoc – zatrudnij nianię! Jak to? Opiekunka do dziecka, gdy mama jest na urlopie rodzicielskim? Właśnie tak! Poszukaj osoby, która wzbudzi twoje zaufanie i wpadnie do was, choćby raz w tygodniu na dwie czy trzy godziny. Zajmie się twoim skarbem a ty wykorzystasz ten czas tak, jak uważasz za słuszne. Idź do kina, albo zamknij się w sypialni i śpij. Wybierz się na pedicure (to ta rzecz na którą nigdy nie miałam czasu), spotkaj się z innymi dorosłymi ludźmi i rozmawiajcie o wszystkim, tylko nie o dzieciach. Jeśli mimo “urlopu” macierzyńskiego prowadzisz własną firmę, możesz wykorzystać ten czas by na spokojnie załatwić sprawy urzędowe czy uporządkować dokumenty, zrobić oferty, odpowiedzieć na maile za jednym zamachem a nie w piętnastu ratach. Z pewnością sama doskonale wiesz, jak spożytkować ten czas.

Nie zwlekaj z tą decyzją. Ja czekałam prawie rok, bo wydawało mi się, że nikt nie będzie w stanie tak dobrze zająć się moim dzieckiem. Na szczęście na mojej drodze pojawiła się Kinga. Genialna mama czwórki dzieci, która wszystko przeszła, na wszystko ma sposób i z uśmiechem na ustach zajmuje się moim synem. A ja mam w końcu czas, żeby robić te wszystkie rzeczy, których przy dziecku robić się nie da. I wiesz co? Nie mam wyrzutów sumienia, gdy co jakiś czas zostawiam małego pod opieką cioci. Wiem, że dla nas obojga kontakt z innymi ludźmi jest szalenie ważny. Kinga pokazuje mu rzeczy, na które ja nigdy bym nie wpadła. Czyta mu inne książki, opowiada inne bajki. Gdy wracam po kilku godzinach do domu, jestem spragniona kontaktu z moim dzieckiem i mogę mu poświęcić 100 procent swojej uwagi, bo wiem, że to co miałam zrobić, to zrobiłam i nie muszę co chwila zerkać na zegarek.

Oczywiście, znajdą się osoby, które mamę korzystającą z pomocy niani, babci, żłobka czy położnej odsądzą od czci i wiary. Ale czy te osoby rwą się do pomocy rzeczonej młodej mamie, która ledwo żyje ze zmęczenia?  Czy wspierają ją od czwartej nad ranem, gdy maluch po raz ósmy budzi się w nocy? Jeśli jest jedna rzecz, której nauczyło mnie macierzyństwo, to właśnie ta umiejętność ignorowania tego, co wypada, co trzeba, co sobie inni pomyślą. Liczę się ja, moja rodzina i bliscy. Bo to oni, a nie ciotki z czwartego pokolenia, czy sąsiadki koleżanek z pracy są dla mnie ważne. I choć media społecznościowe usilnie promują model mamy – superbohaterki, która wszystko ogarnia, wszystko potrafi, ja daję sobie prawo do odpuszczenia pewnych rzeczy. Zdarza się, że przez trzy dni nie jestem w stanie rozładować zmywarki. Czasem, zamiast zrobić pranie kupuję dziecku kolejną paczkę bodziaków. Zdarza się, że nie uczestniczę w rodzinnych imprezach, bo wyprawa na drugi koniec kraju jest dla mnie zbyt kosztowna emocjonalnie. I co? I świat się nie zawalił. Rodzina się nie obraziła. Partner mnie nie zostawił, a dziecko nie wygląda na zaniedbane, mimo iż zdarza mu się bawić na dywanie, który przez kilka dni nie widział odkurzacza. Szukam równowagi, perfekcję zostawiam bohaterkom programów telewizyjnych. 

Jeśli więc jesteś na początku swojej drogi jako mama i czytasz ten tekst karmiąc swojego malucha, a w głowie już planujesz wszystkie rzeczy, jakie zrobisz, gdy berbeć zaśnie, proszę zastanów się, które obowiązki możesz scedować na inne osoby. Część z nich na pewno może przejąć twój partner. Zniesiesz kilka dni pod jednym dachem z mamą czy teściową, która zajmie się dzieckiem, a ty nadrobisz zaległości w spaniu? Jeśli odpowiedź jest twierdząca – łap za telefon. Pomyśl o wszystkich kobietach, które przyszły na twój baby-shower. Gdyby każda z nich wpadła do ciebie choć na jedno popołudnie, zajęła się dzieckiem, pomogła ci w domowych obowiązkach, byłabyś dużo bardziej wypoczętym człowiekiem. A przez to – szczęśliwszą i lepszą matką. A w gruncie rzeczy przecież o to chodzi, żeby czerpać radość z macierzyństwa.

Zdjęcia: Getty Images