09.12.2019

Jak biega matka

Aktywność fizyczna po 30-tce, powiem więcej  – przed 40-tką może być dla pewnej grupy kobiet nie lada wyczynem. Zapewne Ania Lewandowska pomyśli w tej sekundzie „Dziewczyno, głowa do góry. Dawaj dawaj!”. I zapewne te z Was, które codziennie odpalają jej aplikację i dzielnie podejmują walkę o lepszą wersję siebie dopowiedzą: „No właśnie…”.

Ale ja, jak tutaj siedzę, udowodnię Wam, że kilerem w gimnastyce to ja nigdy nie byłam. Mój tata mawiał, że piątkę z w-fu miałam tylko dzięki temu, że byłam lubiana przez nauczycieli. A tata wiedział, co mówił. Chociaż pamiętam takie momenty, kiedy w mojej niemal żeńskiej klasie brakowało naszym 4 kolegom dodatkowych osób do rozgrywek koszykówki i wówczas sięgali po Klaudię C. i moją osobę. Co prawda moja rola na boisku polegała na odwracaniu uwagi przeciwnika, a nie na dokładnym podaniu piłki do Leona, ale jakoś to szło…

Ale do rzeczy…od czasów liceum minęło troszkę czasu ( z naciskiem na troszkę), urodziłam dwójkę dzieci, ściągnęłam w życiu kilka aplikacji „fit and crazy”, byłam na otwarciu klubu-siłowni w okolicy. Zaczęłam regularnie trenować z trenerem Adamem. Jednym słowem niczym taran ruszyłam do przodu!

No ale…hola hola.. Jak każda mama wiem, że znalezienie chociaż kwadransa na szybkie brzuszki to nie taka prosta sprawa – przynajmniej ja należę do tego obozu, który zawsze na ten kwadrans ma inne rzeczy do roboty (albo intensywnie ich szuka.. Ale przyznajcie same, że nawet takiej lebiedze jak ja przydarza się taki dzień, w którym trzeba się ruszyć. I to w tej chwili, bo inaczej głowa eksploduje. I taki moment nadszedł w pewien jesienny dzień. Idąc wieczorem spać, spojrzałam spod wachlarza rzęs na mojego męża i rzekłam tymi słowy: ‘Kochanie…jutro rano idę biegać.” Ot…takie tam, proste w budowie zdanie, zapewne wypowiadane przez tysiące z nas codziennie. Ale dla mnie znaczyło coś więcej…

Biegacie? Biegałyście? No… ja biegałam raz w życiu, z moją przyjaciółką Kasią, kiedy to podczas studiów (daruję sobie podanie „ile to la temu było…”) stwierdziłyśmy, że wiosna za pasem a u nas ciągle fizyczna posucha. Wybiegłyśmy na pokrytą lekkim śniegiem Białołękę, po 5 minutach zatrzymał nas patrol policyjny z zaproszeniem na herbatę i tak skończył się nasz pierwszy i ostatni trening biegowy. Miło to jednak wspominam (za mundurem panny sznurem – wiadomo).

Lata minęły, na wiele nie liczyłam z tym bieganiem, a już na pewno nie na randkę z mundurowym. Dlatego też podeszłam do sprawy poważnie. Odpaliłam kilka stron www  z tematyką dla początkujących biegaczy. Wyciągnęłam buty, telefon (!!!), ściągnęłam aplikację aby wszyscy byli świadkami tego sportowego święta, mąż znalazł słuchawki do telefonu (!!!), odpaliłam ulubioną playlistę i RUSZYŁAM! Na dobry początek pomyślałam o kilku okrążeniach wokół naszego urokliwego osiedla. Była 7 rano. Ależ było pięknie. Raz, dwa…nie za szybko, spokojnie. Ani policji, ani kawiarni – byłam bezpieczna. Pierwsze kółko za mną, w głowie tysiące myśli, w tle piosenka „Work from home” Fifth Harmony (widzę oczami Milę Kunis). Zadyszka pojawiła się po drugim okrążeniu, ale wówczas skupiłam uwagę aby nie wdepnąć w pozostawione przez właścicieli małych psów małe kupy. Mała kupa, mały kłopot. Po co sprzątać. „(…) We can work from home, oh oh oh..” Trzecie kółko – już jednym susem przeskakiwałam psie pułapki. Zerknęłam po znajomych oknach sąsiadów. Widziałam Gosię, która jest biegaczem PRAWDZIWYM. Wychodzi i już z marszu ma na koncie 20 km. Podawała śniadanie dzieciom, przez chwilę myślałam, że mnie widzi ale jak zaczęłam energicznie jej machać, to straciłam równowagę. Nie ma co szaleć. Chyba i tak mnie nie widzi. Zadzwonię do niej później, bo musimy zamówić mąkę.  „(…) You don’t gotta go to work, work, work…” Czwarte kółko…Co dzisiaj na obiad. Dynie wkoło, może dyniowa. Ciekawe czy Hanka ma jakieś zapowiedziane sprawdziany. Librus mnie wykończy. Franek z gilem, trzeba by inhalację zrobić jak wrócę. Fajnie się ten taras Marcie i Maćkowi udał. Piąte kółko – ja ogólnie się nie pocę. Tak mam, nic nie poradzę. Ale poczułam, że tym razem może być inaczej. Bieganie może się podobać, myślę sobie. Człowiek jest sam ze sobą, ze swoimi myślami. Ale poczułam już, że to piąte kółko jest chyba jednym z ostatnich. Nie ma co przesadzać, na początek dobre i to. W życiu nie podejrzewałam, że i tak dam radę. A dałam. I zrobiłam więcej niż z Kasią 15 lat temu! Zasługuję na medal, na medal. Jak nic! Kaśka mi nie uwierzy!

Dobra koniec. Uffff…kilka skłonów, głębszych oddechów. Trzeba wracać, to zdążę jeszcze dać Hance całusa i sprawdzić, czy zapakowała śniadanie do plecaka.

Spotkałam się nieraz  z opiniami, że bieganie jest nudne, a ja powiadam Wam, przez te 1,5 km i 10 minut biegu w ogóle się nie nudziłam. A co zaplanowałam to moje.

Tekst: Ann Cisek

Ilustracje: Iwa Kowalska