06.11.2019

Dlaczego Misia i Misiek powinni na zakupy pójść z dziećmi

Dwa tygodnie temu w sobotni poranek podjęłam kolejną heroiczną wręcz próbę udania się na trening personalny do pobliskiego klubu fitness. Próba heroiczna, bo trening – wiadomo! A do tego w sobotę rano… Mając na uwadze codziennie wstawanie bladym świtem i wyprawianie dzieci do szkoły i przedszkola – sobota rano powinna być zarezerwowana na leniuchowanie do, ba przynajmniej 8:00 rano! Ale umówmy się, może i nie od razu Rzym zbudowano, ale kiedy można sięgnąć po tytuł Miss Senior Bikini Fitness kategoria Level Hard – zgłaszam się pierwsza.

I tak też się stało… Po skończonym treningu wychodzę, słońce delikatnie muska czerwoną jak arbuz twarz i widzę ICH! Na oko nie mają trzydziestu lat, są parą, mają na sobie stroje sportowe (co sugeruje, że również byli na tej samej siłowni, chociaż nie są tak czerwoni jak ja). On niewysoki brunet z niewielka nadwagą – brawo myślę sobie – WALCZY o lepszą wersję siebie. I Ona – o takich kobietach mówi się zazwyczaj – typowa szatynka. Nasza bohaterka miała jeszcze okulary i supermodne obuwie sportowe. Wypakowywałam akurat siatki na zakupy spożywcze – umówmy się – siłownia to tylko pretekst, aby wskoczyć po brokuły i pomarańcze na sok – i miałam okazję przysłuchiwać się ich rozmowie. A brzmiało to mniej więcej tak…

„Misiu, zawsze tak mówisz. Że tylko chwila, że momencik…”

„Ale Miśka – naprawdę, zajmie to najwyżej 5 minut. Podjadę, wyskoczę a Ty poczekasz w aucie. No w czym problem, Misia”.

…bezwiednie poruszyłam ustami pytając samą siebie: „No w czym, Miśka…?!”

„Misiek, doskonale wiesz…zawsze tak jest. 5 minut a ja siedzę KWADRANS!”

O…pomyślałam sobie, niezły z Miśka cwaniak. Chce zajumać jej dodatkowe 10 minut. 10 minut…popatrzyłam na nich z lekką nostalgią…widzę, że nie mają dzieci (stoją w sobotę rano tak na luzie przy tym swoim aucie, miśkują sobie od paru dobrych minut – no POEZJA!).

Misiek trochę niepocieszony wyciągnął siatki, wziął Misię za rękę i ramię w ramię weszliśmy do sklepu. Ja wiadomo – nie mam chwili do stracenia – mam w sumie na zakupy jakieś 12 minut (bo sobota! W inne dni mam niecałe siedem !!!). Lecę zatem od razu na warzywa. Ale to albo przystanę pomacać brokuły, albo przyjrzeć się ziemniakom… a Misiek i Miśka kroczą zawsze jakieś dwa kroki za mną. I dalej miśkują. Dyskusja o czekaniu w aucie trwa nadal. Miśka wie, że życie pędzi jak ekspres polarny i walczy o to niesiedzenie 10 minut w aucie. Misiek nie poddaje się i cierpliwie tłumaczy, że paczka z InPostu z jego gadżetem do auta jest na tyle ważna, że można poświęcić temu nawet owy kwadrans.

Ale ok…oni sobie dyskutują a ja sunę z wózkiem w stronę chemii. Z lekkością motyla mijam regały z pieluchami (o losie – nigdy więcej!), skręcam w lewo do nabiału. Chwytam parę rzeczy i lecę do kas. Kolejka. No tak… teraz to nie tylko Miśka ma kłopot z czekaniem. Ale nagle…słyszę: „Misia…no śnisz?! Nie chcesz mi powiedzieć, że będziemy tu stać i oglądać te pierdoły??? LITOŚCI” (kantem ucha słyszę kilka niecenzuralnych, ale zapewne koniecznych w tym akurat momencie słów, które Misiek wypuścił z ust niczym karabin maszynowy…). „Misiek daj spokój. To nie są pierdoły, zerknę tylko co tutaj mają”. „O nie…To jakiś żart?! Serio?! Za każdym razem tak właśnie k*@#% (tu pada siarczysty przecinek używany w potocznej polszczyźnie) jest. Wchodzimy do sklepu a Ty zatrzymujesz się, żeby te bzdety oglądać (tu wyjaśnienie – chodzi o artykuły piśmienne i papiernicze). Nie ma opcji, chcesz to stój. Ja wychodzę.”

I łup… Jak Miśka Miśkowi, tak Misiek Miśce – mawia staropolskie przysłowie. Misiek i Miśka przestają sobie spijać z ust. Nerwowo robiło się już przed wejściem do sklepu, ale tutaj stałam się świadkiem poważnej weekendowej kłótni kochanków.

Misiek walnął focha i odszedł. Miśka coś fuknęła pod nosem.

A ja… A ja popatrzyłam na nich i wyobraziłam ich sobie na zakupach chociaż z jednym dzieckiem. Bo takie zakupy mają to do siebie, że nie ma czasu na takie pierdoły drodzy Państwo. Bo ciągle jesteś skoncentrowany na tym aby złapać smarkcza, aby przypilnować czy czegoś nie zrzuci, aby nie schował czegoś do kieszeni (a bywają i tacy spryciarze). Nie masz czasu i głowy, aby kłócić się o bzdety, bo już dawno zapomniałaś, jak to jest mieć czas przeglądać różowe jak flaming długopisiki, kiedy cała rodzina czeka na śniadanie w domu!

Także powiadam Wam drodzy rodzice – jeżeli kiedykolwiek westchniecie na zakupy w towarzystwie swoich dzieci, przypomnijcie sobie Miśka i Miśkę. Oni nie wiedzą co tracą. Dzieci naprawdę potrafią ustawić priorytety, przynajmniej w spożywczym na osiedlu.

Tekst: Anna Staranowicz Cisek

Ilustracje: Iwa Kowalska