30.09.2018

Wywiadówka: Joanna Moro

Kiedy się spotykamy od razu mnie rozśmiesza, mówiąc, że nie jest przygotowana do wywiadu.

Potem już mnie tylko wzrusza: tym, jak jest przygotowana do roli matki, jak wiecznie nieprzygotowana na rozłąkę z synami i wreszcie tym, jak nazywa swojego męża Tatusiem. Joanna, choć z pozoru nieprzystępna, jest jedną z najbardziej ciepłych i szczerych mam, jakie znam.

Twoje dzieci urodziły się w Polsce czy na Litwie?      

Moi synowie są rodowitymi warszawiakami. Są dumni z tego, że urodzili się tutaj i z Warszawą mocno są związani. Ale oczywiście pokazuję im też moje korzenie, bardzo często bywają na Litwie, w Wilnie. Dużo czasu spędzają u dziadków, gdzie mają na co dzień komary, mrówki, błoto, przygody, czyli beztroskie dzieciństwo i naturę. Co roku jeździmy też do nadmorskiej miejscowości – Połągi na Litwie. Jeździłam tam jako dziecko, teraz moje dzieci to robią. Po litewsku nie mówią, to bardzo trudny język. Na szczęście na Litwie można się dogadać po angielsku.

Pamiętasz moment, kiedy postanowiłaś, że będziesz mamą?

Nie było postanowienia, to się samo stało. Los zadecydował za mnie zarówno za pierwszym, jak i za drugim razem. Byłam zaskoczona i mocno zaniepokojona faktem, że mam zostać mamą. Nie byłam na to zupełnie gotowa. Chwała Bogu, że mamy 9 miesięcy, żeby się z tym oswoić. Ciąża minęła super, potem poród i drugi szok. Mój pierwszy syn, Mikołaj, zaraz po urodzeniu wydawał mi się – mówiąc wprost – niezbyt ładnym dzieckiem, miałam chyba baby bluesa, płakałam całą noc. Mąż przyszedł mnie odwiedzić, usłyszał od położnej: Proszę uspokoić żonę, bo tak nie może być. Niech przewija. Ja na to: Nie dam rady, nie umiem (choć szkoła rodzenia była zaliczona). Później już byłam strasznie zawziętą i nadopiekuńczą matką, ani na chwilę Mikołaja nie zostawiałam. Na początku bałam się nawet wyjść bez niego do sklepu. Jeśli już mężowi udało się mnie namówić na spacer, zaraz chciałam wracać: A może on jest głodny? Możę chce pierś? Pierwszy rok życia Miko spędziliśmy razem, bywało ciężko, bywało, że spałam na ławce w parku Krasińskich… a jedyną moją atrakcją było chodzenie do tego parku na ciastka owsiane. Z drugim synem, Jeremim, było inaczej: od początku wydawał mi się najpiękniejszy na świecie, byłam wyluzowaną mamą, nie przejmowałam się, że smoczek wypadł, że glutek leci z noska. Nie byłam zaborcza, dopuszczałam innych do syna, moja mama bardzo mi pomagała. Między chłopakami jest dobra różnica wieku – 2,5 roku. Świetnie się ze sobą dogadują.

Z czym miałaś największą trudność na początku macierzyństwa?

Na początku nie było przyjemnie i kolorowo, jak próbuje się nam – matkom – wmówić. Przytłoczyła mnie myśl, że oto teraz jestem za kogoś odpowiedzialna, że ode mnie zależy czyjeś życie, a przecież nie nad wszystkim mogę zapanować. Dzisiaj do wszystkiego podchodzę z większym spokojem, ale wtedy? Karmiłam Mikołaja rok, przez ten czas nie zostawiałam go ani na krok, wszędzie i zawsze razem: to była moja dewiza. Kiedy musiałam wyjechać na plan „Anny German” – trwający 9 miesięcy, z tygodniowymi przerwami – rozstać się z dzieckiem było mi bardzo trudno…Po pierwszych dwóch dniach okazało się, że Mikołaj czuje się fantastycznie, tylko ja nie czułam się dobrze z tą rozłąką… Całą pracę przy „Annie German” znosiłam trudniej niż on. Wtedy postanowiłam, że nigdy więcej głównej roli w serialu. Czułam, że chcę mieć spokój i harmonię w życiu, a to, że byliśmy daleko od siebie było nieorganiczne, nienaturalne.

Twój mąż był dla Ciebie wsparciem?

Tak, od pierwszych momentów bardzo pomagał mi przy dzieciach. Mirek jest bardzo oddanym ojcem, co 8 lat temu – kiedy na świat przyszedł Mikołaj – nie było jeszcze tak bardzo popularne. Mój mąż jest starszy ode mnie o 11 lat, więc inaczej to wszystko postrzega. To bardzo dojrzały ojciec, ale też postępowy: interesuje się tym, czym interesują się dzieci i zawsze wie, o co chodzi.

Jak dzielicie się obowiązkami?

Ja jestem od diety – kupuję jedzenie, przyrządzam i wszystkich karmię – i od ćwiczeń: chodzę z chłopcami na basen i na tenisa. Tatuś jest od piłki. Ja na piłkę z nimi nie jeżdżę, bo się na niej za bardzo nie znam. Aktywnie spędzamy razem czas, stawiamy na sport, chcemy, żeby nasi synowie byli waleczni, wytrzymali i wytrwali. Ale ja jestem też mamą, która głaska, przytula, całuje, drapie plecki i czyta na dobranoc.

Kto trzyma dyscyplinę domu?

Chyba bardziej ja. Tatuś to jest taki zakochany, że wszystko by dzieciom rozdał. Ja dbam o porządek, mówię:Niei tłumaczę dlaczego. Jestem mamą, która wymaga. Czasem pytam mojego męża: Mirek, myślisz, że jak chłopcy są u dziadków, to cieszą się, że mają odpoczynek ode mnie? (śmiech).

Co jest podstawą waszego wychowania?

Staram się dawać dzieciom dużo ciepła, dobra, pozytywnych emocji. Wspieram ich. Chciałabym, żeby byli pewni siebie, szczęśliwi i zadowoleni. Tego ich razem uczymy. I tego, żeby się odnajdywali w każdej sytuacji. Widzą, że my odważnie pochodzimy do życia. Staramy się z chłopcami dużo rozmawiać, słuchać ich. Jak nie chcą gdzieś iść, nie idą. Chcemy uczestniczyć w ich życiu, wszystko z nimi przeżywać. Wychowanie kresowe, litewskie, które stosuję w mojej rodzinie, polega na tym, że ufam swoim dzieciom, wiem, że one sobie poradzą. Nie trzymam ich pod kloszem. Ktoś może powiedzieć, że jestem nieodpowiedzialna, ale nie prowadzam ich wszędzie za rączkę . Muszą doświadczyć czasem sukcesu, a czasem porażki. Takie jest życie. Bardzo chcę, żeby sami szukali rozwiązań i tym samym uczyli się odpowiedzialności .

Jaki jest Mikołaj, a jaki Jeremi?

Oboje są wrażliwi, ale zupełnie inaczej. Mikołaj jest taki „do ludzi”, jest prowodyrem, lubi przemawiać i dawać, nie tylko prezenty. Nie tęskni, kiedy go z nami nie ma, bo ja mu zawsze mówiłam: Kochanie, tęsknota nie ma sensu, nic nie zmienia, czerp z chwili pełnymi garściami, ciesz się, również z tego, kiedy nie jesteśmy razem. Nie narzekaj. On sobie z tym świetnie radzi. Bywa, że kiedy nie jest z nami, potrafi do mnie zadzwonić z pytaniem: Mamo, jak się czujesz? Rozczula mnie to do łez. A Jeremi? Nie potrafi ukrywać emocji – to taka nasza przytulaneczka. Jest  bardzo otwarty i empatyczny, ale w dobrze mu znanym gronie. Oboje  jesteśmy strzelcami, od początku czułam, że to moja bratnia dusza.

Jakie chłopaki mają relacje?

Mikołaj jest bardzo opiekuńczym bratem. Świetnie się dogadują. Nie było nigdy między nimi zazdrości. Oczywiście biją się, czubią, ale bardzo lubią i szanują. Bardzo się z tego cieszę.

Co macierzyństwo w Tobie zmieniło?         

Choć to nie była świadoma decyzja, to nie ja zadecydowałam, macierzyństwo bardzo mi pomogło. Teraz jestem mistrzynią organizacji, bo dzieci mobilizują. Mobilizują, żeby pełniej żyć, pracować. Dzieci mnie nauczyły, że nawet jak masz nieprzespaną noc, jesteś zmęczona, to zmobilizuj się: uczesz i idź, działaj! Ja dziś w ogóle nie narzekam, we wszystkim widzę dobre rzeczy i o dobrych rzeczach mówię, nie krytykuję nikogo, automatycznie jest lepsza energia dookoła.

Twoje małżeństwo zmieniło się pod wpływem dzieci?

Rzeczywiście jest zupełnie inaczej: lepiej, pełniej, dzieci nas jeszcze bardziej scaliły. Między nami nie ma błahych, niepotrzebnych kłótni. Staramy się nie pouczać siebie również w kwestiach rodzicielstwa. I najważniejsze: wciąż siebie podziwiamy.

Są momenty, kiedy dzieci Cię wkurzają?

Im dalej, tym mniej się wkurzam. Staram się mieć w sobie spokój i harmonię. Oczywiście zdarza się, że mnie ponosi i krzyczę, daję kary. Chłopaki jak mocno nabroją, stoją w kącie. Chodzi o to, żeby się uspokoili i przemyśleli, co zrobili.

Kiedy Cię wzruszają?

Kiedy przychodzę do domu, a oni śpią w łóżeczkach. Tacy niewinni, takie aniołki, cali pachnący. Wtedy całuję ich i to jest takie codzienne wzruszenie, nagroda dla mnie. Wzrusza mnie też, kiedy przynoszą mi własnoręcznie nazbierane kwiaty.

Planujesz więcej dzieci?

W związku z tym, ze chłopaków nie planowałam, to kolejne dziecko chciałabym jednak zaplanować. Ale na razie nie. Chcę teraz trochę pożyć, popodróżować, popracować i skupić się na sobie jako kobiecie i aktorce.

Najważniejsza lekcja płynąca z macierzyństwa?

Cały czas uczymy się siebie nawzajem, razem uczymy się świata i ludzi. Jak mam się przyznać sama przed sobą, to dzieci okazały się taką moją deską ratunku przed głupimi myślami. Są sensem życia, ziemią i solą , żebym nie bujała w obłokach. To też taka moja ucieczka od tego, że nie jestem taka perfekcyjna, bo dzieci i tak w sercu kochają matkę bezwarunkowo.

 

Zdjęcia: Aneta Zamielska