20.10.2019

Wywiadówka pełną parą: Maciej Stuhr i Katarzyna Błażejewska-Stuhr

Ona: ciepła, otwarta, zorganizowana i uważna. Żona, mama, kobieta pracująca. On – żartujący – i owszem, ale częściej wyważony, poukładany i skupiony na tym, co ważne. Tata, mąż i partner, niekiedy – jak sam przyznaje – kapeć. Poczytajcie o ich nadzwyczajnie normalnym życiu rodzinnym.

Jak Was zmienił, co Wam dał Tadzik, kiedy 3 lata temu pojawił się na świecie?

 Katarzyna: Jak to dziecko: wprowadził zmiany w życiu, choć drugie dziecko to jest jednak mniejsza rewolucja. Na pewno bardzo nas zbliżył i spowodował, że częściej jesteśmy w domu, bo wcześniej byliśmy bardzo ruchomi i mobilni. Zwłaszcza, kiedy mój starszy, obecny tutaj Syn, Staś był u swojego taty, a córka Maćka była u swojej mamy. To były sytuacje, kiedy byliśmy we dwójkę; teraz osiedliśmy.

Nie ma bezkarnego randkowania?

Maciej: Bywa. Staramy się dbać też o to, żeby mieć dla siebie wciąż czas, ale rzeczywiście ta rodzina dzięki Tadzikowi bardzo się związała. W moim przypadku to była rewolucja chyba większa niż w przypadku Kasi. Rewolucja w sensie domowym. Bo ja całe życie byłem, jestem bardzo zapracowanym człowiekiem. To, co robię pochłania niebywałą ilość czasu. Przez pierwsze 20 lat mojej kariery to właśnie zawodowi poświęcałem najwięcej czasu. Trzeba było robić karierę, chciało się robić karierę, nie było odwagi, żeby odmawiać zbyt wielu ról, bo nie wiadomo było, czy to nie jest ta jedna jedyna największa szansa. Dziś jestem gdzie indziej. Dzięki Kasi i Tadziowi dotarło to do mnie tak w pełni, że naprawdę bardzo rzadko w życiu człowiek może sobie pozwolić na kontemplowanie tego, co wszyscy wiemy, że jest najważniejsze. I mimo wszystko rzadko jesteś w stanie z czegoś zrezygnować, żeby cieszyć się ciepłem domowym i patrzeć, jak dziecku przybywa milimetrów każdego dnia. Ja mogę powiedzieć śmiało, że moje życie dziś jest bardzo różne od tego, jakie było 4 lata temu.

To jest też kwestia tego, że to jest drugie Pana dziecko i uczy się Pan trochę na błędach?

M.: To jest kwestia kilku rzeczy: wieku – innym jest się rodzicem mając 40 lat, a innym – mając 20, rozwoju osobistego, bycia w innym miejscu, dojrzewania, spokoju, który przychodzi z czasem. Bardzo wielu czynników.

Kasiu, jak byś porównała swoje pierwsze i drugie macierzyństwo?

K.: Ja już przy Stasiu byłam dosyć wyluzowana, więc na pewno nie powiem, że przy drugim dziecku mniej się martwiłam czy przejmowałam. Tutaj jakichś wielkich zmian nie widzę. Mnie bardziej zależało na tym, żeby Stasiu – jako starszy brat – nie poczuł się odtrącony, że poświęca się mu mniej uwagi. Wiadomo, że małe dziecko wymaga więcej uważności czy zajęcia, więc nadrzędną sprawą dla mnie było pokazanie Stasiowi, że w jego życiu nie zmienia się wiele na niekorzyść.

Pojawiła się zazdrość o młodszego brata?

 K.: Nie. Wydaje mi się, że nie. Bardzo się starałam, żeby przez te pierwsze miesiące w dni, kiedy Stasiek był u nas, zawsze był ktoś jeszcze do pomocy przy Tadziku. Bo wiadomo, że ja go karmiłam, ale potem było mu chyba wszystko jedno, czy go przytuli i pobuja mama, tata czy babcia. Więc ja ten czas rzeczywiście bardzo intensywnie poświęcałam Stasiowi. Oczywiście spędzaliśmy go razem: był Stasiu, Tadzik i jeszcze ktoś, ale ja starałam się być w pełni dla Stasia. Do dziś dbam o to, żebyśmy mieli taki swój czas, swoje rytuały. W zeszłym roku po raz pierwszy sami, we dwójkę wyjechaliśmy pod namiot. Teraz wieczorami, kiedy Tadek śpi, a Maćka nie ma, robimy popcorn i oglądamy sobie „Allo allo”. To jest taki nasz czas, w związku z tym Stachu nie ma niedoborów mnie.

M.: Ale też trzeba powiedzieć – i mówię to nie dlatego, że on tu jest – absolutnie piękne jest obserwowanie tej braterskiej miłości, jaką Staś obdarza Tadzika. Jest w tym opiekuńczość, mądrość, spokój… Oczywiście czasem walą się po łbach, pękają szczęki, kończyny, krew się leje na prawo i lewo, ale…

Staś: Ale to jest tylko zabawa.

M.: Póki co.. Staś ma ogromną dojrzałość, mądrość i czułość. Niesamowity jest!

 Było takie niebezpieczeństwo, że Pana nie będzie przy porodzie?

M.: Staraliśmy się to tak zaaranżować, żeby w tamtym okresie było luźniej. Nagrywałem wtedy jakiegoś audiobooka…

K.: Prosiłam Maćka, żeby w ostatnim miesiącu mojej ciąży pracował mniej, a on na to: No przecież masz termin na 9 września, a ja gram 2, 3 i 4, więc nie ma problemu. Ja mówię: Ale Tadzik może nie urodzić się dokładnie 9 września, może urodzić się np. 2…I tak też się urodził.

M.: Miałem wpisane w kalendarz: 9, dlaczego miało stać się inaczej?

K.: Ja zaczęłam rodzić o 11.00, a Maciej miał wyłączony telefon, bo nagrywał do 15.00. Weszłam więc do wanny i czekałam aż on odbierze. Pisałam smsy: Halo Maciek, halo Maciek! Dodatkowo to był moment, kiedy remontowano nam ulicę, wymieniali rury, była wielka dziura, sama nie byłam w stanie wydostać się z domu, nie przeszłabym nawet tych kilu metrów do taksówki.

M.: Tak. Mamy piękne zdjęcia, jak Kasia z walizką przedostaje się przez wykopy – mały powstaniec.

K.: Ja siedziałam w wannie, a Maciek wcale nie odebrał telefonu o 15.00, ale jakoś przed 16.00, kiedy ja już miałam skurcze co 3 minuty…

M.: O Boże! Ze zwykłym porodem nie można poczekać?

K.: Ja do Niego:

Stary, gdzie Ty jesteś?!

No jeszcze chcę coś załatwić na pl. Wilsona…

Maciek błagam Cię, chodź do domu.

No dobrze, już idę.

Później okazało się, że to, co Maciek miał załatwić, to wielki bukiet kwiatów z okazji tego, że rodzę. Kwiaty oczywiście zostały w domu, a ja pojechałam do szpitala. Dla mnie każda minuta miała wtedy znaczenie, a Maciek po prostu bardzo chciał mi kupić kwiaty. No ale udało się: dojechaliśmy do szpitala i Tadek urodził się o 21.00.

M.: Dobrze, że teraz nie rodzisz, bo zlikwidowali kwiaciarnię na pl. Wilsona. Musiałbym jechać dalej, do Hali Mirowskiej.

Kasiu, jaką jesteś mamą? 

K.: Na pewno nie jestem mamą siedzącą w domu i nie wyobrażam sobie czerpania radości tylko i wyłącznie z opieki nad dziećmi. Jestem też mamą opisującą swoje doświadczenia macierzyńskie i kulinarne na blogu kachblazejewska.pl czyli Mama w wielkim mieście. Ostatnio nawet mówię do Maćka: Ale się ze mnie kura domowa zrobiła: wstaję z chłopakami, piekę im bułeczki, potem robię obiady, odbieram Stasia z koktajlem… Jeszcze upiekę szarlotkę i mam poczucie, że jestem taką kwoką. A Maciek na to: Przecież Ty pracujesz teraz więcej niż ja! A mi się to jakoś nie wyklucza.

M.: Trzeba też powiedzieć, że mimo, że nasze zawody – Kasia jest dietetykiem – wydają się różne, to jesteśmy zdziwieni, jak bardzo moja żona powiela moją drogę. Ona hula po całej Polsce: jednego dnia potrafi prowadzić warsztaty na obozie dla kobiet na Mazurach, a następnego – robić wykład dietetyczny przez 15 minut na rynku w Krakowie i wracać do Warszawy. To są peregrynacje i przygody żywcem wyjęte z mojego życiorysu, zwłaszcza sprzed paru lat. A więc cudowne fakty pt. pieczenie bułeczek i szarlotki w międzyczasie po wpadnięciu na parę godzin do domu mimo wszystko wywołują u mnie uśmiech w zbitce z frazą „kura domowa”, która kojarzy mi się raczej z grzędą i wiecznym wysiadywaniem.

No to Panie Maćku: jaką mamą jest Kasia?

M.: Mądrą – takie słowo przychodzi mi do głowy. Jej pomysły na wychowywanie dzieci są mądre. Kiedy ona mówi i wprowadza coś w życie, wydaje mi się to oczywiste. I to jest jedna z jej największych zalet: że mówi rzeczy oczywiste i wdraża je w życie. I jeszcze jedno określenie mojej małżonki, które najczęściej pojawia się w kontaktach z innymi ludźmi, z czego się często podśmiewamy – wszyscy mówią, że mam „taką normalną” żonę. Tylko, że ona jest taka normalna w sensie naszych wyobrażeń tego, co się powinno. Ale statystycznie jest nienormalna, ponieważ zaskakująco wielkiej ilości ludzi się nie udaje być normalnym. Większość ludzi jest raczej nienormalna. Cały czas popełniamy błędy: wychowawcze, osobiste, żywieniowe i często nas to dręczy: że nie potrafimy być tacy zwykli i tacy normalni. A Kasia jest taką iskierką, takim skarbem, jej to tak naturalnie wszystko przychodzi…Ale wiąże się to też z tym, że słabo jej wychodzi pójście na kompromisy. To, co powinno być według niej zrobione, jest tak oczywiste i normalne, że nie powinno się z tym specjalnie dyskutować. No bo jak to? To trzeba zrobić i nie ma od tego dowołania.

To Ty Kasia rządzisz w domu?

M.: To jest oczywista oczywistość.

K.: Coraz bardziej, bo jeszcze kilka lat temu słyszałam, że jestem 10 lat młodsza, więc nie mogę mówić, jak ma być. Ale step by step i Maciek się przekonał.

M.: Kapeć, kapeć, zwykły kapeć.

Jakim kapeć jest tatą?

K.: Mnie zachwyca, że Maciek tak bardzo lubi się bawić z dzieciakami i wchodzić w ten ich dziecięcy świat.

M.: Nie lubię się bawić, nienawidzę dzieci! Tu Maciej zaczyna gilgotać Stasia.

K.: Pamiętam, jak kiedyś wyjechaliśmy gdzieś do hotelu na moje imieniny. Stasiek miał 2,5 roku chyba. Wyszłam na masaż, wracam do pokoju, a tam wszystko wywrócone do góry nogami! Oni przewrócili dziecięce łóżeczko, położyli na nie materac z dużego łóżka, na głowach mieli czepki pod prysznic, suszarka do włosów była ich lutownicą czy jakąś bronią i tak tworzyli konstrukcję ze wszystkich elementów pokoju, nawet z deski do prasowania. Ja nie mam takich umiejętności. Z przyjemnością bawię się ze Stasiem w fryzjera, ale to jest naśladowanie normalnego życia, a nie bezwarunkowe wejście w ten dziecięcy świat podobne do Maćka.

Stasiek wkłada sobie palec Maćka do nosa.

M.: To, że wchodzę w Twój świat dziecięcy nie znaczy, że mam wchodzić w Twój nos!

K.: Maciek jest też nad wyraz cierpliwy. Chłopcy uwielbiają po nim skakać i naprawdę trwa to czasem bardzo długo. I widzę, że ma już dość, że mu skaczą po brzuchu i machają jego kończynami, ale znosi to z pokorą i godnością.

Panie Maćku, jakim Pan jest ojcem według siebie?

M.: Ja lubię dzieci i całe życie jakoś tak się zdarzało, że jak jestem w jakimś miejscu, gdzie są dzieci lub zwierzęta, to niezależnie od ilości osób w okolicy, zawsze ktoś kręci się wokół mnie i wsadza sobie mój palec do swojego nosa i tym podobne przygody. Nie wiem, z czego to się bierze. Z jednej strony jest to cudowne, ale ma jedną taką – nie wiem, czy wadę – może efekt uboczny? Że mino, że mam poczucie bycia lubianym przez dzieciaki z wzajemnością, trochę na tym cierpi moja autorytarność. Jak ja sobie wspominam moje dzieciństwo i mojego ojca, to mimo wielu różnych cudownych, ciepłych, mądrych, fajnych wspomnień, jest też wspomnienie co najmniej szacunku, żeby nie powiedzieć strachu. Jednak ojciec wchodził i czasami był blady strach: jak powiedzieć o kolejnej pale albo o jakiejś niesubordynacji, którą on na pewno zaraz dostrzeże. Niestety nie dostrzegam nie tylko bladego strachu wśród moich dzieci, ale nawet cienia – że tak powiem – jakichkolwiek obaw.

Nie ma złego policjanta w waszym małżeństwie?

M.: Jest pies. Próbujemy go wychować na agresywnego, ale na razie – kompletne fiasko.

K.: Ale Maciek potrafi być zdecydowany i konkretny. Jak ja rano wstaję ze Staśkiem i wyprawiam go do szkoły, to siedzimy sobie przy śniadanku, rozmawiamy, rozmawiamy i nagle się okazuje, że jest późno i trzeba się spieszyć, i poganiać Staszka mocno. A w dni, kiedy Maciek wstaje z chłopcami, to 5 minut po wstaniu oni są ubrani i siedzą przy stole na baczność. I nie wynika to z bycia złym policjantem czy straszenia. Maciek mówi, że to zależy od sposobu powiedzenia czegoś. I rzeczywiście: jak on powie coś tak naprawdę konkretnie, nie to że krzyknie, ale powie konkretnie, to to się dzieje.

Patchwork jest trudny?

M.: Warunkiem sukcesu rodziny patchworkowej jest odwaga, chęć i mądrość wyjścia poza myślenie plemienne. Co mam tutaj na myśli? Takie pierwotne skłonności człowieka do definiowania i mocnego trzymania się: ja, moje, moi, nasi. Oczywiście jesteśmy na to zaprogramowani, bo to nam zapewnia bezpieczeństwo, że ja bronię moich, moi bronią mnie. To jest poczucie tożsamości, grupy i podobieństw. A wszystko co inne? Mamy naturalnie w genach zapisaną nieufność, bo tamci oni tworzą też pewną grupę onych, którzy mówią sobie my i będą bronić swojego, a być może będą chcieli nam coś zabrać, może nam w czymś zagrażają? Natomiast w moim odczuciu zwycięstwem ludzkości jest pokonywanie tego instynktu i wychodzenie poza ja i moje na każdym poziomie: narodowości, religii, rasy, ale również swojej rodziny. I to chyba nawet jest najtrudniejsze. Ja mam bardzo dużo hejterów internetowych. I czasami, jak pojawi się jakieś zdjęcie naszej rodzinki: ja ze Stasiem gdzieś tam, zaraz znajdzie się jakiś chojrak jeden z drugim, który chce mi w wyrafinowany sposób dopiec. Wtedy pojawia się takie niewinne pytanko: A nie przeszkadza Ci, że to nie Twoje dziecko? Na początku w ogóle go nie zrozumiałem, bo coś takiego nie przychodzi mi do głowy. Dopiero jak przeczytałem ten komentarz, drugi, trzeci, czwarty raz – bo on powracał przy pewnych okazjach – to zrozumiałem, że to nie jest takie niewinne pytanie, pomyślałem sobie, że tutaj gdzieś tkwi tajemnica. W świecie zwierząt czy w czasach troszeczkę wcześniejszych nawet jak mężczyzna brał sobie kobietę, która miała inne dzieci, to je zabijał. Jak się wrzuci małe lwiątko do klatki innych lwów, to nie będzie to przyjemny widok, co tam się wydarzy. Kobiety też nie pozostają dłużne, też nie przepadają za tym, co nie wykluło się w ich gnieździe, to są instynkty. Więc to jest wielkie zadanie dla człowieka, który chce tworzyć życie w większej strukturze, żeby się od tego uwolnić.

Co jest dla Was najważniejsze w wychowaniu? Na jakich ludzi chcecie wychować swoje dzieci?

K.: Na dobrych i otwartych. Ale żeby też mieli poczucie odpowiedzialności nie tylko za siebie, ale za świat w ogóle. Ja chłopcom tłumaczę, że wszystko w życiu da się załatwić miłością i uśmiechem, mi się to sprawdza. Bardzo mnie rozczula, że Stasiek sam zaczął zauważać, że – kiedy on jest dla ludzi miły – to działa. Mieliśmy taką sytuację, że on lepił z gliny, figurka upadła mu na trawę i się zniszczyła, bardzo się zdenerwował. Mówię: Stasiek, spokojnie, załatwimy to. On płakał: Ale jak to, ale jak to? Poszliśmy do Pana, z którym ją lepił i ten Pan w dwie minuty zrobił mu taki sam wazonik, jaki wcześniej robił bardzo długo. Odchodzimy i Stachu mówi: Mamo, faktycznie: miłością i uśmiechem i dało się to załatwić. Więc myślę, że to jest dla mnie najważniejsze.

M.: Ja bym z kolei chciał wychować chłopców na ludzi samodzielnych i doceniających wartość rzeczy. To dość trudne i wymagające zadanie w rodzinach, których status materialny jest powyżej średniej, a dzieci mogą mieć wszystko; chcieć to znaczy mieć. Jak wychować dziecko, jak uświadomić mu – bo to są czyste abstrakcje dla niego: pieniądze, wartość, praca – że na coś trzeba zarobić, że o coś trzeba swoim staraniem się zatroszczyć, coś zdobyć? Dzisiejsi millenialsi miewają z tym kłopoty, bo mają tyle przykładów różnych karier, choćby internetowych, youtube’owych, które biorą się znikąd. Patrzą sobie na nie i myślą, że to właściwie jest tylko kwestia szczęścia. To są ogromne zagrożenia całego pokolenia.

Panie Maćku: jest różnica w wychowywaniu córki i syna?

M.: Jest ogromna. Podstawowa to wszystko to, co wiążę się z płcią. Dla dziewczynki ustanawia się jakiś wzorzec męskich zachowań, ale abstrakcyjny, w związku z czym często tej dziewczynce pokazujemy się tak, jak pokazujemy się kobietom, jak chcielibyśmy być postrzegani. Nie będziemy się za dużo bawić z córeczką w „Need for speed”, bo gdzieś podejrzewamy, że po pierwsze jej to za bardzo nie zainteresuje, a po drugie: trochę nam głupio pokazać jej, jakie to jest dla nas rajcujące w sumie. A z synkiem? Proszę bardzo. Synkowi też wdrukowujemy model męskości, ale model do naśladowania. I to jest ta bardzo duża różnica. Więc chyba trochę większe zrozumienie jest – przynajmniej u mnie – u tej samej płci, ale z drugiej strony podejrzewam, że w takich kontaktach z płcią przeciwną może być trochę więcej tajemnicy, fascynacji, takiego poziomu meta.

Czy to prawda, że Pan śpiewa dzieciom do snu kołysanki?

M.: Śpiewanie to jest taka ostatnia deska ratunku. Jak zdarzy się jakiś płacz w środku nocy albo pora jest już bardzo późna, a czytanie nie daje rezultatów, wtedy wchodzę na wokalne popisy. Jak standardowe kołysanki zawodzą, przechodzę na piosenki harcerskie. Ponieważ byłem harcerzem, śpiewam, że: ogniska już dogasa blask. A na końcu jest „Idzie noc” – capstrzykowa pieśń, którą się zawsze na koniec ogniska śpiewało. Ona ma 3 bardzo długie, dość nudnawe zwrotki, które celowo śpiewam jeszcze wolniej i tego jeszcze ani razu nie udało się moim dzieciom przetrwać.

Kasiu, mówisz o sobie, że karmisz swoją rodzinę i tak też wyrażasz troskę i miłość.  A jak tego uczysz?

K.: Pokazywaniem i tłumaczeniem. Z chłopcami od czasu do czasu robimy laurki i pocztówki i bez okazji wysyłamy do babci. Albo wspólnie przygotowujemy coś dla kogoś do jedzenia, albo też robimy jakieś małe prezenciki. Zwracam uwagę dzieciom, że to nie chodzi o to, żeby coś kupić, że to nie musi mieć wymiaru materialnego, po prostu trzeba pamiętać o innych: zadzwonić, spotkać się, to jest ważne. Stasiek swego czasu powiedział, że zamawia prenumeratę świeżych bułeczek na śniadanie, więc je ma, robię mu je niemal codziennie.

Jak łączysz życie rodzinne z zawodowym? Masz jakąś pomoc?

K.: Mamy nianię i raz, dwa razy w tygodniu panią, która przychodzi ogarnąć nasz dom. Ale mam też dużą pomoc i wsparcie męża. Fajne jest to, że oboje zawodowo funkcjonujemy podobnie, w związku z tym jest pełne zrozumienie. Nie ma czegoś takiego, że: Ja muszę siedzieć w domu, a Ty ciągle wyjeżdżasz. Tylko oboje tak sobie organizujemy życie i nie mamy o to do siebie pretensji. Maciek coraz częściej jest gotów zrezygnować ze swoich obowiązków zawodowych, żeby przejąć dom. Bo to też nie chodzi o to, żeby dzieci były z nianią, dwiema nianiami, szoferem i gosposią, ale żeby były z kochającym rodzicem, który się nimi zajmie.

Jaki jest Tadzik? Jakie swoje cechy w nim zauważacie?

K.: Na pewno jest bardzo pogodny i bardzo posłuszny. Wszyscy opowiadają, że Maciej był taki w dzieciństwie. Tadzik nawet nie przeszedł buntu dwulatka. Jest naprawdę bardzo ugodowy.

M.: Póki co.

 Jakie talenty wykazuje? Co lubi?

M.: Zaskoczył nas w te wakacje, ucząc się pływać krytą żabką, co w wieku 3 lat jest talentem. Byliśmy nim zachwyceni. Ale – ku rozpaczy jego matki – wykazuje niestety pewne skłonności do popisywania się i występów publicznych. Przejawia to głównie w miejskim parku, gdzie znajduje sobie odpowiednie podwyższenie i na całe gardło śpiewa „Hakuna matata”.

K.: Wszystko, co jest lekkim podwyższeniem, z czego ktoś może go zobaczyć, dla Tadzika jest sceną. Na pniach ściętych drzew też występuje i mówi: Teraz na mnie patrzcie, teraz bijcie mi brawo. Jedną z pierwszych sztuczek, które umiał, było kłanianie się.

Ale dlaczego ku rozpaczy mamy? Mama by nie chciała, żeby poszedł tą drogą?

M.: Kiedy Stachu idzie na Uniwersytet Dzieci i uczy się budowy mostów albo robiąc zielnik, wkleja suszone rośliny i zgłębia mikrobiologiczne sekrety funkcjonowania przyrody, to wtedy widzę czysty zachwyt i dumę w oczach matki. Natomiast popisy artystyczne kojarzą jej się raczej z jakimś podejrzanym zajęciem, którym mąż się niestety para: niepoważnym, hochsztaplerskim, szamańskim, nie mającym nic wspólnego z prawdziwymi, światowymi wartościami.

K.: Nie, nie, nie, aż tak to nie jest. Natomiast zdaję sobie sprawę z tego, że gdyby Tadek wybrał drogę, którą kroczyli dziadek i tata, to będzie miał na pewno bardzo trudno. Trudniej niż ktokolwiek z innym nazwiskiem, więc raczej to o to chodzi.

Czym jest dla Was rodzicielstwo? 

M.: To się okaże, jak będziemy starzy i zobaczymy nasze dorosłe dzieci, zobaczymy, cośmy wychowali. Teraz to są tylko jakieś przeczucia, nadzieje, strachy, lęki, starania, orka, czasami krwawa, przepychanki, znoje życia, wzruszenia, duma, ale przede wszystkim olbrzymia i jednocześnie kruchutka nadzieja, że tak trzeba, jak teraz robimy. Ale czy tak trzeba? Ja już widzę: mam dorosłą córkę i już widzę, co źle zrobiłem, a wydawało mi się, że dobrze robiłem.

Co np.?

M.: Mogę powiedzieć jedną historię. To jest błąd większości młodych rodziców, rodziców po raz pierwszy: im bardziej otoczymy dziecko opieką, tym lepiej – tak nam się wydaje. A dziś widzę tego efekty, które są i dobre, ale też takie, że ucierpiała na tym samodzielność dziecka. Tu się rodzic dwoi i troi, żeby było jak najlepiej, a nagle dziecko bez rodziców nie bardzo wie, co dalej.

K.:  Dla mnie macierzyństwo to jest najważniejsza rzecz na świecie – ważniejsza niż to, że zawodowo przekonałam kogoś do jedzenia warzyw czy picia koktajli – mieć dzieci, zadbać o nie i żeby wyrosły na dobrych ludzi, i żeby były szczęśliwe.

Tego sobie życzmy wszyscy.

  1. i M.: Tak jest. Dziękujemy.

I ja dziękuję.

Zdjęcia: Aneta Zamielska