28.01.2019

Sztuki walki: Kelly Cartwright

Kelly Cartwright – australijska lekkoatletka, złota i srebrna medalistka paraolimpijska, wykładowca motywacyjny i mama 3-letniego Maxa.

 Zanim przejdę do pytań związanych z macierzyństwem, bo to od tego zawsze zaczynam rozmowy z moimi bohaterkami, chcę Cię zapytać, czy pamiętasz, jak spotkałyśmy się na meczu w Dortmundzie w 2013 r.? Dużo się zmieniło! Obie nadal jesteśmy sportsmenkami, ale również mamami!

Oczywiście, że pamiętam! Byłam kilka razy wcześniej w Niemczech, ale to był mój pierwszy raz na meczu. Uwielbiam poznawać nowych ludzi, którzy wydają się podążać tą samą drogą co ja. Tyle się zmieniło! Ale nie nasza miłość do fitnessu. 

Racja! Jak się u Ciebie zaczęła ta miłość, kiedy zakochałaś się w sporcie? 

Sport kocham odkąd pamiętam. Bieganie, gry zespołowe to zawsze była moja codzienność. Profesjonalnym sportowcem stałam się, kiedy ukończyłam 17 lat. Jestem nim od 10 lat, z małą przerwą.

Kiedy miałaś 15 lat dowiedziałaś się o swojej chorobie: nowotwór kolana… Co wtedy czułaś? Jak sobie z tym prowadziłaś? Była w Tobie złość?

 Pamiętam, jak mi powiedziano, że mam rzadko spotykany nowotwór w kolanie i że nie mam wielkich szans na przeżycie…Jedyną opcją była amputacja nogi. Czułam wtedy złość, bo chciałam pozbyć się raka, ale też mieć nogę! To było niemożliwe… Potem – będąc częścią oddziału onkologicznego szpitala dziecięcego – szybko uświadomiłam sobie, że jestem szczęściarą. Zapewniałam moją rodzinę, że wszystko będzie dobrze. Miałam szczęście spotkać ludzi, którzy również stracili nogi i pokazali mi, że bez nich nadal wszystko jest możliwe. Od tego czasu nie było już we mnie złych emocji. Stwierdziłam, że życie jest na nie za krótkie.

Decyzję o amputacji podjęłaś sama? 

Tak. Dostałam dwie opcje: radykalne leczenie albo amputacja. Wybrałam to drugie, jednocześnie powtarzając, że wolałabym umrzeć…Ale gdy tylko zdałam sobie sprawę, że umrę, jeżeli się jej nie poddam, przestałam tak myśleć i mówić.

Na nowo uczyłaś się chodzić, żyć…Były ciężkie momenty? 

Tak. Było o wiele trudniej niż sobie wyobrażałam. Potrzebowałam miesięcy, żeby wzmocnić się na tyle, by można mi było dopasować protezę. Apotem: jeszcze więcej czasu, żeby nauczyć się z nią chodzić. Na początku to było bardzo bolesne, choć i teraz bywa, że jest.

Miałaś momenty zwątpienia, kiedy chciałaś się poddać? Czy mówiłaś sobie: Nie! Dam radę, mimo wszystko!

Decyzja o amputacji to była bardzo trudna podróż i to nie tylko moja, również moich rodziców i rodzeństwa. Kiedy już ją podjęłam, ani razu nie pomyślałam o tym, żeby się poddać. Bardzo chciałam być silna dla rodziny, pokazać im, że mogę, że potrafię, że się uda. Nie chciałam też, żeby to, co się stało, w jakiś sposób mnie redefiniowało, zrujnowało moje życie. Bo przecież życie mamy tylko jedno.

Jesteś zdobywczynią wielu medali. Który jest dla Ciebie najważniejszy? 

Najważniejszy i najcenniejszy jest dla mnie złoty medal zdobyty w Londynie w 2012 roku. Gdy tylko zaczęłam biegać, moim głównym celem był Londyn. Trenowałam bardzo ciężko i to się opłaciło. Stojąc na podium i słuchając hymnu, byłam z siebie bardzo dumna i … szczęśliwa. Wiem, że moja rodzina też była bardzo dumna i wzruszona.

W 2009 roku zdobyłaś Kilimandżaro! Jak to osiągnęłaś? 

Przygotowywałam się do tego dzień po dniu, krok po kroku, powoli. Faktycznie to była najtrudniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłam, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Ale udało się: udowodniłam sobie i innym, że można, że jak się bardzo chce, to się da.

Kto jest Twoim największym wsparciem i siłą napędową?

Od momentu zdiagnozowania raka, to zawsze byli moi rodzice. Wspierali mnie na każdej płaszczyźnie życia, również pomagając przy synku. Ale mój partner, Ryan i syn – Max to również moje nieocenione wsparcie. Kibicują mi we wszystkim, co robię.

Kiedy w 2016 r. na świecie pojawił się Twój syn, jakie emocje w Tobie wywołał?

Czułam się bardzo podekscytowana i jednocześnie przytłoczona… Nie mogłam uwierzyć, że to ja go stworzyłam, no dobra: że my go stworzyliśmy (śmiech). Czułam się też trochę winna: na starcie nie byłam pewna, jaką mamą powinnam być; musiałam dostosować się do nowego życia i to było trochę przerażające. Tym, co mi wtedy bardzo pomogło, była miłość, miłość do niego, po prostu. Nie sądziłam, że tak bardzo można kogoś kochać.

Jaką jesteś mamą, jak się czujesz jako mama? Czym jest dla Ciebie macierzyństwo?

Czuję, że macierzyństwo jest najtrudniejszym, ale też najbardziej satysfakcjonującym doświadczeniem mojego życia. Nie byłam na nie przygotowana – mój syn nie był planowany – ale to najlepsza niespodzianka, jaka mnie kiedykolwiek spotkała w życiu! Macierzyństwo zmieniło mnie całkowicie i to na lepsze. Każdego dnia uczę się nowych rzeczy o sobie i moim synu. Sport był zawsze na pierwszym miejscu, teraz to miejsce zajął mój syn. Nauczyłam się też lepiej zarządzać moim czasem. Jestem zajętą mamą, ale kochającą! I prawdopodobnie za miękką (śmiech). Upewniam się też, że mam czas i dla niego, i dla siebie. Uważam, że to bardzo ważne.

Ciąża to był dla Ciebie wymagający czas, pytam tutaj o fizyczne aspekty? 

Nie. Choć faktycznie – będąc po amputacji – martwiłam się, że w związku z przybieraniem na wadze, będę zmuszona zmieniać co chwilę protezę. Ale jadłam i żyłam zdrowo i to nie było konieczne. Trenowałam aż do samego końca ciąży. Od 14 do 25 tygodnia brałam też udział w australijskim „Tańcu z gwiazdami”. To wszystko bardzo pomogło.

Jak wspominasz poród?

To było o wiele trudniejsze niż sobie wyobrażałam. Doszło u mnie do drobnych komplikacji, które utrudniły sprawę, ale – kiedy zobaczyłam moje dziecko – o wszystkim zapomniałam.

Jakie wartości przekazujesz Maxowi? 

Aby akceptował wszystkich takimi, jakimi są. Chcę, żeby dorastał z otwartym umysłem i sercem i zawsze był życzliwy.

Chciałabyś, żeby był sportowcem? 

Mam nadzieję, że pokocha sport! Mój partner uwielbia wspinaczkę skałkową i jujitsu, więc myślę, że zaraz po ukończeniu 3 lat i syn zacznie zajęcia. Ale jeśli nie będzie chciał być sportowcem – też w porządku. Zawsze będziemy słuchali tego, co ma do powiedzenia i czego chce.

Obie wiemy, że sport daje siłę, sport pomaga wygrywać! Co dał Tobie? Czy teraz, kiedy jesteś mamą, czujesz, że możesz góry przenosić? Ja wiem po sobie i wielu innych mamach, że zdanie Niemożliwe nie istnieje – istnieje!

Sport uczynił mnie osobą, którą jestem, przywrócił mi pewność siebie po stracie nogi. Kocham sport i lubię wygrywać! Poprzez sport spotkałam też wielu wspaniałych ludzi. Jestem za to wdzięczna. Macierzyństwo z kolei sprawiło, że stałam się silniejsza niż kiedykolwiek! Jeszcze silniejsza niż byłam, choć sądziłam, że to niemożliwe.

O czym marzysz? 

Moim marzeniem jest rywalizacja na kolejnych Igrzyskach Paraolimpijskich w Tokio 2020 lub w kolejnych po Tokio. Chcę też inspirować ludzi, aby akceptowali niepełnosprawność. I skończyć pisanie mojej książki.

To tego wszystkiego życzę! A co chciałabyś powiedzieć kobietom, które zmagają się z przeciwnościami losu, walczą o każdy kolejny dzień, pokonując poważne trudności?

Aby były wierne sobie, słuchały głosu serca i nie skupiały się na rzeczach, na które nie mają wpływu. Niezwykle ważne jest też to, żeby każdy dzień traktować jak wyjątkowy prezent i skupiać się na pozytywnych jego stronach, nawet jeśli w niektóre dni jest nieco trudniej.