17.11.2018

Sztuki walki: Ewa Puchowska

Ewa Puchowska – mama 2-miesięcznej Zosi, 2,5-letniego Tadzia i 8-letniego Stasia – wcześniaka, który urodził się na skutek wypadku samochodowego w 28. tygodniu ciąży z wagą 1240 g. i 40 cm. 

Ewa, razem tworzymy Baby by Ann, jesteś moją wspólniczką, znamy się od lat. Bardzo chciałam, żebyś wystąpiła w cyklu „Sztuki walki”, bo Twoja historia jest inspirująca. Jesteśmy rówieśniczkami, Ty jesteś mamą trójki. Dzieci to Twoje życie. Jak poznałam Stasia, zrobiłam sobie z nim zdjęcie – pamiętam, że to było na łódce na Mazurach – roześmiane dwie buzie: moja i jego. On był taki słodki i taki uroczy! Myślałam sobie wtedy: Chciałabym mieć synka! Gdyby ktoś powiedział mi, że to jest wcześniak urodzony w 28. tygodniu ciąży, nie uwierzyłabym. Staś jest zupełnie zdrowy, a Ty jesteś przykładem mamy, która wcześnie zaszła w ciążę, urodziła dziecko, walczyła o nie każdego dnia i tę walkę wygrała. Czym jest dla Ciebie macierzyństwo?

Dla mnie macierzyństwo to coś zupełnie naturalnego, bo większość mojego dorosłego życia jestem mamą. To też szkoła życia: lekcja pokory i szybkiego dojrzewania. Musiałam przewartościować życie podwójnie, bo po pierwsze miałam 21 lat, jak urodziłam Stasia, po drugie: znalazłam się w sytuacji, która była dla mnie abstrakcją, mówiłam, że żyję w matrixie: to, co się dzieje, nie dzieje się naprawdę. Dzisiaj, jak o tym myślę, to wciąż są emocje, ale jest już też spokój.

Zawsze byłaś moim pierwszym kontaktem, kiedy pytałam o rady. Pamiętam, jak zapytałam Cię o coś, będąc już w bardzo zaawansowanej ciąży, odpowiedziałaś: Wiesz co, Ania, ja nie mogę Ci pomóc, bo ja w tym czasie już nie byłam w ciąży. Z kolei jak byłaś w ciąży z Tadziem, mówiłaś: Jakie to jest dziwne dla mnie, ja pierwszy raz jestem w zaawansowanej ciąży.

Wielu aspektów ciąży ze Stasiem nie dane było mi doświadczyć. Często tak prozaicznych jak przepuszczanie mnie w kolejce, co dla każdej kobiety w takim stanie jest niewątpliwie miłym uczuciem.

Pamiętam, jak się poznałyśmy jako pierwsza w naszym bliskim gronie miałaś dziecko, w związku z tym Staś był zawsze z nami. On jest niezwykłym dzieckiem, wszyscy znaliśmy jego historię i Twoje przeżycia. Jak się poczułaś, jak zaszłaś w ciążę? Byłaś przerażona?

Nie czułam przerażenia, bo w mojej rodzinie zawsze było gwarno i to było piękne. Nasz dom był zawsze pełen dzieci. Chociaż każda ciąża rodzi strach i dużo niewiadomych, dla mnie to nie było zaskoczenie. W ciąży czytałam książkę, w każdym miesiącu chciałam przeczytać rozdział poświęcony temu miesiącowi. Nie dotarłam do informacji na temat wcześniaków. Los ten rozdział napisał sam w 28. tygodniu mojej ciąży z powodu wypadku.

Z perspektywy czasu masz siłę wracać do tych wydarzeń?

Nigdy nie będzie łatwo, jednak dzisiaj jestem na tyle dojrzała by stwierdzić, że wszystko jest po coś. Los tak chciał. Traumatyczne jest to, że w mglistym obrazie pamiętam, że próbowałam zatrzymać inne samochody, żeby nam pomogły. Bezskutecznie…

Podczas wypadku miałaś zapięte pasy? Ważne, żebyśmy powiedziały o bezpieczeństwie kobiety ciężarnej w podróży.

Gdyby nie pasy bezpieczeństwa, los napisałby najgorszy scenariusz. Nie dane byłoby mi cieszyć się Stasiem, a dzisiaj jeszcze Tadziem i Zosią.

Jak byłam w ciąży, zawsze zwracałaś mi na to uwagę, od Ciebie dostałam pierwszy pas dla kobiet w ciąży. Sama przestrzegam o tym, że trzeba się zapinać, dzięki Tobie. Wracając do wypadku: przyjechała karetka, co się dalej wydarzyło?

Wylądowałam w szpitalu, gdzie na ławce czekałam na badania, żeby ktoś sprawdził, czy moje dziecko żyje. Przed wypadkiem Staś był bardzo aktywny, czułam jego ruchy. Po wypadku nie czułam ich wcale, to mnie bardzo zaniepokoiło, wiadomo było, że to źle wróży.

Płakałaś wtedy?

Nie, wtedy nie. Kiedy wszyscy wokół płakali, włączyłam tryb działania, wiedziałam, że muszę walczyć. Dowiedziałam się, że są ruchy, że jest ok, ale to nie dało mi spokoju, dobę spędziłam w szpitalu, potem wróciłam do domu. W piątej dobie po wypadku obudziłam się z krwotokiem.

Bałaś się, że to koniec? Czy byłaś spokojna?

Trafiłam do szpitala, wszystko działo się szybko, lekarze próbowali powstrzymać krwotok, chcieli zweryfikować, co się stało. Byłam wyczerpana, faszerowano mnie lekami, sterydami, które miały pomóc Stasiowi rozwinąć płuca, potem chciano dać mu jeszcze jedną dawkę, ale się nie udało, nie zdążyli. Powiedziałam do taty Stasia: Ja nie chcę umierać. I wtedy wszystko nabrało innego tempa. Jak usłyszeli moje słowa, stwierdzili, że trzeba natychmiast działać, trzeba zrobić cesarskie cięcie. Tak naprawdę chyba nikt mnie nie pytał o zdanie. Nie przeczuwałam najgorszego, bo dzień wcześniej byłam na badaniach i wszystko było dobrze. Było zagrożenie życia, lekarze musieli działać. Na świecie pojawił się Staś. 1240 g. Czekał na niego inkubator i zespół neonatologów.

Bałaś się? Myślałaś o tym, co się może stać?

Jak dowiedziałam się, że będzie cesarskie cięcie, to poczułam ulgę. Byłam już tak zmęczona, że nie wiedziałam, co się dzieje, tyle godzin to trwało, że byłam na granicy świadomości. Nie myślałam o tym, że Staś mógłby nie przeżyć, nie przeszło mi to przez myśl. Zaczęło to do mnie docierać dopiero w pierwszej dobie po cięciu. Wtedy zabrali Stasia, pojechał karetką do Instytutu Matki i Dziecka. Szpital św. Zofii, w którym się znajdowaliśmy, nie miał wtedy takiej referencyjności do ratowania małych dzieci. Myślę, że to szczęście, bo Staś trafił do prof. Helwich, która jest najlepszym specjalistą w Polsce. Będę za to wdzięczna do końca życia. Stasia nie widziałam 5 dni.

Ktoś dawał Ci znać, że Staś żyje, że jest dobrze?

Tak. Robili to najbliżsi, którzy byli ze Stasiem w szpitalu. Cały czas spałam z telefonem przy uchu, żeby nie przegapić żadnego telefonu. Te 5 dni, kiedy go nie widziałam, były horrorem. Byłam w słabej formie fizycznej, kiepsko się czułam po dużym ubytku krwi, cięciu cesarskim. Byłam po ciężkim wypadku: wszędzie miałam krwiaki, byłam cała obolała, czułam się fatalnie. Kiedy rano na obchodzie dostałam informację, że będę miała wypis, natychmiast poszłam do pielęgniarek poprosić o niego. Usłyszałam, że wypisy są po godz.15.00. Nie wytrzymałam, emocje mi puściły: Wie Pani, że jak ja pojadę po 15.00, to mogę nie zdążyć zobaczyć mojego syna żywego? Proszę wyciągnąć mi ten wenflon, a po wypis przyjadę innym razem.

Co poczułaś, jak go zobaczyłaś?       

Wtedy było ciężko. Był dużo mniejszy niż go pamiętałam, bo jak każde dziecko po porodzie spadł z wagi: po urodzeniu ważył 1240 g., jak go zobaczyłam – miał poniżej kilograma. Ilość wenflonów, wkłuć była taka duża…To mną tąpnęło. Czułam ogromny strach, żeby go dotknąć, żeby się zbliżyć, bałam się, że mu coś zrobię.

Był strach o jego życie?

Choć przebywał na intensywnej terapii wśród 5 najtrudniejszych przypadków, ja ani przez chwilę nie myślałam, że może się nie udać. Oczywiście bywało różnie: były momenty, kiedy siedziałam i płakałam i nie wiedziałam, co dalej. Były spadki mocy, spowodowane zmęczeniem i gorszymi stanami Stasia. Ale jak byłam w szpitalu, to tam było tylko „tu i teraz”, nic więcej się nie liczyło. Trudniej było, jak wracałam do domu, nie mogłam ze Stasiem zostać na noc…  To, co mnie najbardziej dobijało, to wózek. Budziłam się, patrzyłam na niego i marzyłam, żeby zniknął z mieszkania. Nie wiedziałam, czy on kiedykolwiek będzie używany.

Pamiętam, jak mi opowiadałaś, że każdego ranka budziłaś się i wiedziałaś, że możesz nie zastać swojego syna żywego. Po ilu miesiącach wróciliście do domu? Czy wracając dostaliście zapewnienie, że teraz już wszystko będzie dobrze?

Po dwóch miesiącach. Nikt nam tego nie mówił, nikt nie chciał brać na swoje barki odpowiedzialności. Ten pierwszy rok to była jedna wielka niewiadoma. Konfrontacje na placach zabaw i w piaskownicach były dla mnie ciosem, bo mamy borykały się z problemami kolek czy ząbkowania, a ja nie wiedziałam, czy Staś będzie ząbkował, czy będzie siadał, raczkował, chodził itd. Dopiero po roku, można było określić, jaka jest jego sytuacja, czy on będzie zdrowy czy nie. Mieliśmy mnóstwo szczęścia, bo okazało się, że jest zdrowym i cudownym dzieckiem. Mieliśmy problemy typowe dla wcześniaków: wzrok, płuca itd. Pierwsze dwa lata to ciągłe wizyty w szpitalu. Przeżyciem była pierwsza kąpiel, kiedy wiedzieliśmy, że już można. Wszystko było trudne, zupełnie inny początek: nie błogi, słodki i piękny.

Będąc w kolejnych ciążach, bałaś się?

Po Stasiu nie wiadomo było, czy jestem w stanie donosić ciążę, nie wiadomo było, jak wpłynął na mnie wypadek, więc ciąża z Tadziem była bardzo trudna. Mierzyłam się ze swoimi doświadczeniami. Z Zosią byłam już spokojna. Ciąża i pierwsze miesiące po raz drugi i trzeci były inne, łatwiejsze. Miałam do czynienia ze zdrowymi, dużymi bobasami, więc mogłam cieszyć się z bycia mamą od pierwszych chwil.

Bardzo często dochodzi do przedwczesnych porodów, Ty zwracasz na ten temat szczególną uwagę i to nie tylko dziś, w dniu wcześniaka. Zauważasz to, że świat poszedł do przodu i dostrzega problemy, z jakimi mierzą się rodzice takich dzieci, jak specjalne ubranka, pieluszki czy prozaiczne informacje w Internecie.

Blisko 9 lat temu osiągnęłam sukces, że moje dziecko przeżyło, dostaliśmy wypis ze szpitala i zostałam ze wszystkim sama. Wróciłam ze Stasiem do domu i byłam przerażona. Położyłam go na kanapie i się rozpłakałam. Powiedziałam sobie: O nie! Teraz już nie ma personelu medycznego, teraz – jeżeli cokolwiek się wydarzy – to ja jestem lekarzem…Nie było żadnej grupy wsparcia. Dostałam teczkę z zaleceniami badań, które trzeba dziecku zrobić, ale nie wiedziałam, gdzie mam pójść, do kogo… Wtedy w Internecie nie było tylu informacji. Brakowało mi poznania podobnej historii do naszej – zobaczenia na własne oczy dziecka, które przeżyło to, co mój syn i jest całe i zdrowe. Może nasza dzisiejsza rozmowa komuś pomoże?

Jaką dałabyś radę i otuchę innym rodzicom wcześniaków? Czy w okresie dorastania korzystałaś z czyjejś pomocy? W jaki sposób pomagałaś Stasiowi, żeby prawidłowo się rozwijał?

Na pewno trzeba uzbroić się w cierpliwość i spokój. Dużo pomógł nam Paweł Zawitkowski, pokazał nam tak naprawdę jak obsługiwać takie dziecko jak Staś, szczególnie we wczesnej fazie, jak stymulować rozwój. Warto korzystać z pomocy fizjoterapeuty dziecięcego. To była nieoceniona pomoc. Ale to, co chciałabym jeszcze powiedzieć to to, że strasznie nie lubię porównywania dzieci. Patrząc na moją trójkę, patrząc na inne dzieci, widzę i wiem, że każde dziecko jest inne, każde ma inną historię. Pamiętam, jak po kilku miesiącach w domu, bardzo chciałam gdzieś wyjść ze Stasiem. Poszłam coś zjeść. Nie zapomnę, jak kobieta zajrzała mi do wózka z wyrzutem: Ale takie maleństwo? To chyba nie jest odpowiednie dla niego miejsce: restauracja? Chyba bardziej dom? Pomyślałam sobie: Ugryź się w język! Nie wiesz, co przeżyliśmy. Miałam wielką potrzebę wyjścia do ludzi, a poza tym Staś miał już wtedy pół roku. Te pół roku, które razem przeżyliśmy, to był nasz cały świat. Więc takie rzeczy mnie bolały. Nasze społeczeństwo ma to do siebie, że bardzo lubi podpowiadać, wtrącać się, porównywać, mamy są brutalne dla innych mam, zamiast dawać sobie wsparcie. To, o czym tak często mówimy na Baby by Ann i co jest dla nas niezwykle ważne to wsparcie: mamy dla mam!

Staś ma młodsze rodzeństwo. Jak w roli starszego brata odnajduje się mały wcześniak, na którym wcześniej skupiona była cała uwaga? Jak wychowujesz swoje dzieci? Dzielisz swoją miłość na trzy?

Jeśli chodzi o dzielenie miłości, to każde dziecko dostaje jej po równo, to jest proste i naturalne. Choć życie z trójką dzieci i jeszcze w patchworku łatwe nie jest. Staś ma dwa domy, Tadzio szalenie za nim tęskni, jak brat wraca, wariuje z miłości, chodzi za nim krok w krok, chciałby go cały czas całować i najchętniej zjeść w całości. To jest na tym etapie rozwojowym trudna miłość. Staś jest już dużym chłopcem, więc ma swoje emocje i miłość pokazuje na swoich zasadach. Dla mnie najważniejsze jest to, że w naszym domu jest miłość.

Najbardziej wzruszający rodzinny obrazek?

Jak czasem widzę ich wszystkich na kanapie, to uwierzyć nie mogę, że to są moje dzieci, przysięgam! Jeszcze Wam coś pokażę: to jest jego pierwsze ubranko, rozmiar 00. Mógł je założyć dopiero wtedy, kiedy jego stan był stabilny. Więc miał to body i skarpetkę na głowie, zamiast czapeczki. Taki smerf. To body daje mi siłę do pokonywania codziennych, błahych problemów. Bo jaki to byłby mój świat bez moich dzieci? Staś, Tadek, Zosia. Dziękuję Wam, że jesteście.

 

Zdjęcia: Aneta Zamielska

Za pomoc w realizacji sesji dziękujemy restauracji Syta 93