15.11.2018

Mama na hiszpańskiej wyspie

Dominikę Brzeską możecie kojarzyć z mediów społecznościowych, gdzie pod nazwą Los Fruittis Mama (Instagram i Facebook) wprowadza nas w uroki macierzyństwa i życia na Gran Canarii. Jej zdjęcia kolorowych raw posiłków, spędzania slow life na hiszpańskiej plaży i filozofia minimalizmu wprawiały w rozmarzenie niejedną z nas. Życie na wyspie – gdzie lato trwa prawie cały rok, kiedy masz ochotę bierzesz deskę i idziesz surfować w oceanie, a dostęp do świeżych owoców i warzyw masz przez niemal 12 miesięcy w roku – brzmi jak bajka. I szczerze mówiąc dla Dominiki takie jest. Jak sama przyznaje wciąż jest w podróży swojego życia, i mimo, że ma już dwie córeczki, nadal uczy się siebie i dojrzewa. Kilka miesięcy temu mocno ograniczyła swoją aktywność na Instagramie, aby móc wsłuchać się w siebie i dać sobie czas na przemyślenia. Na bycie tu i teraz.

Dominiko wiele osób marzy o tym, aby rzucić wszystko, co znają do tej pory i zmienić swoje życie. Często brakuje im odwagi, a Ty to zrobiłaś.

To prawda. Myślę, że gdzieś w środku każdy z nas ma taką tęsknotę za rajem utraconym. Postanowiłam spróbować życia w „ciepłych krajach”, żeby kiedyś nie żałować, że tego nie zrobiłam. Właściwie bez żadnego konkretnego planu wyjechałam na wakacje, z których już nie wróciłam. To był czas, kiedy w Polsce pracowałam jako stylista – kostiumograf. Kochałam przebywać na planie, przyjmowałam znaczną część zleceń, co niestety często wiązało się z kilkunastogodzinnym dniem pracy. W konsekwencji jadłam w pośpiechu, często niestety „byle co”, zgubiłam rytm, doskwierał mi deficyt snu i sportu. Bardzo chciałam to zmienić. Chciałam żyć prosto, skupić się na niematerialnej stronie życia.

Czy miałaś taki moment, w którym żałowałaś tej decyzji?

Jasne! Wiesz, najtrudniej chyba było po urodzeniu Bianki, mojej starszej córki, która była totalnym high need baby, płakała przez pierwsze 1,5 roku prawie bez przerwy. Wtedy najbardziej brakowało mi mojej rodziny i przyjaciół. Wtedy też najmocniej czułam różnice kulturowe, brak zrozumienia. Zawsze jednak byłam świadoma tego, ile dobrego do mojego życia wnosi ciepły klimat, światło słoneczne, owoce dostępne cały rok i bliskość oceanu! To dawało mi siłę.

 Wybrałaś Gran Canarię przypadkowo?

I tak i nie. Pierwszy raz byłam tu w 2007 roku i bardzo chciałam wrócić, zafascynował mnie wyspiarski styl życia. Kiedy jednak realnie myślałam o wyprowadzce celowałam w Australię, Nową Zelandię lub Kostarykę. Zabawne, ale ta ostatnia odpadła ze względu na mój ówczesny brak znajomości hiszpańskiego.

Na Gran Canarii zakochałaś się i stworzyłaś ze swoim partnerem, Claudio, piękną rodzinę.

Dziękuję! Tak, moje córki są nieocenionym darem od Wszechświata.

Czy zauważasz różnicę w charakterze ludzi z Wyspy w codziennym życiu?

Oczywiście! Tutaj ludzie są znacznie bardziej bezpośredni, mają niższy poziom frustracji i mniej kompleksów. Żyje im się łatwiej niż na przykład Polakom, choćby z takiego błahego powodu jak brak zmartwień związanych z zimą. Mam wrażenie, że omija ich lęk, który my mamy pewnie już w genach – gromadzenie zapasów, szukanie ciepłego schronienia, to nasze „oby do wiosny”. Z drugiej strony da się wyczuć wpływ fizycznej bariery – oceanu – i izolacji od reszty świata czy Europy. Jakieś trudne do określenia ograniczenie w podejściu do życia, wyobraźni, mocne przywiązanie do tradycji i sprawdzonych rozwiązań. To taka dziwna mieszanka, wciąż nie mogę ich rozgryźć.

Czym jest dla Ciebie macierzyństwo?

Pracą nad sobą! Jest wielkim darem, miłością.

Co jest Twoim zdaniem w nim najtrudniejsze?

Tempo, to zawrotne tempo, które narzucają dzieci, ich bycie tu i teraz, brak cierpliwości i spontaniczność. Wszystko musi być „na już”. Ciężko momentami o refleksję, przemyślane strategie i opanowanie.

Macie dwie córeczki, które wychowujesz w duchu minimalizmu i zgody z naturą. Skąd pomysł na taką ścieżkę wychowywania dzieci?

Rozwijam taką filozofię od kilku lat, to mój styl życia. Wychowanie dzieci w tym duchu jest dla mnie czymś oczywistym. Wciąż nie mogę się nadziwić jak bardzo odeszliśmy od natury, przecież daje nam ona wszystko czego potrzebujemy by żyć zdrowo i szczęśliwie. To nasze środowisko, nasz dom. Jest idealny dla istnienia ludzkiego gatunku. Moim zdaniem wiele naszych smutków i chorób bierze się właśnie stąd – żyjemy daleko od naszej biologii. Samo to, że jedzenie nie odżywia, a powietrze nie dotlenia. Bardzo niewiele trzeba by zaspokoić podstawowe potrzeby i rozwijać się. Przerażające jest, że to „niewiele” zaczyna być trudno dostępnym dobrem luksusowym. Paradoksalnie wciąż niedocenianym. Chciałabym by moje córki czuły te wartości, a nie smutek, że nie mają najnowszego modelu jakiejś zabawki.

Czy one są także wege, jak Ty?

Jedzą dużo owoców i warzyw. Przygotowuje im sporo wegańskich posiłków, jedzą czasami ryby czy owoce morza, które złowi ich tata Claudio lub jego znajomi. Mam wrażenie, że dzięki metodzie BLW, którą stosowałam przy wprowadzaniu stałych pokarmów, są bardzo ciekawe nowych smaków i chętnie próbują nowych potraw. Wciąż mnie zaskakują! Bianka kocha sałatki z zieleniną i awokado, za to Lila, którą długo karmiłam piersią, intuicyjnie sięga po zdrowsze opcje, kiedy jemy w restauracji czy u znajomych.

Na swoim Instagramie propagujesz zdrowy, kolorowy, mocno surowy jadłospis. Dużo mówisz o tym, jak bardzo jedzenie wpływa na Twoje siły witalne i zewnętrzne piękno.

Zielone jedzenie wywróciło moje życie do góry nogami! To nie chodzi już nawet o to, co mam na widelcu czy jak się czuję, ale o to, że zupełnie zmienił się mój światopogląd. Taka dieta wprowadziła do mojego życia sens. Czuje, że jestem częścią czegoś większego, czegoś dobrego. Zmieniam świat robiąc codzienne zakupy, zmieniam świat każdym kęsem.

Czy Bianka i Lila są już świadome tego, że wychowują się w dwukulturowej rodzinie? Jak godzicie z partnerem swoje tradycje w ich wychowywaniu?

Tak. Wiedzą, że mają polską cześć rodziny i polskich przyjaciół. Były w Polsce na wakacjach i często odwiedza nas ktoś znajomy. W naszej rodzinie to ja mam większy wpływ na wychowanie naszych dzieci.

W jakim języku porozumiewają się dziewczynki, czy są dwujęzyczne?

Mówią po hiszpańsku. Młodsza córka, miała dwa i pół roku kiedy zaczęła mówić pełnymi zdaniami. Rozumieją język polski, znają niektóre słowa. Ostatnio znacznie częściej rozmawiam z nimi po polsku.

Tęsknisz za Polską?

Tęsknie za rodziną, przyjaciółmi, kulturą i przyrodą. Za pomysłowością i pracowitością Polaków.

Postanowiłaś rozwinąć swój pomysł na mały biznes, zgodny z Twoimi upodobaniami. Opowiedz o tym.

Pracuję przy różnych projektach przygotowując zdrowe jedzenie. Współorganizuję imprezy, retreaty, warsztaty, fit wakacje. Można wynająć w Las Palmas pokój lub cały dom z opcją uczestnictwa w warsztatach ze zdrowej kuchni. Do tego można także spróbować prywatnych zajęć z jogi, surfingu, z masażami, wycieczkami pieszymi i rowerowymi. A co najważniejsze ze świeżym, lokalnym i tropikalnym jedzeniem w duchu wege. To nowa jakość na Gran Canarii.

Twoje przepisy na dania raw cieszyły się dużą popularnością wśród obserwujących Cię na Instagramie osób. Czy planujesz wydać książkę, w której zawarłabyś całą filozofię tych posiłków?

Kiedyś planowałam e-booka, ale teraz jest tyle wspaniałych książek i publikacji. Myślę, że poprzestanę na Instagramie oraz publikacjach na blogu.

Mieszkacie w Las Palmas, jak tam jest?

(śmiech) Właśnie się przeprowadziłam! W Las Palmas jest dość hałaśliwie i tłoczno, dlatego przeprowadziłam się na północ wyspy, do niewielkiej wioski, która słynie z pięknych fal. Morze jest tu inne, dzikie, czystsze i żywe. Kiedy wyglądam przez okno sypialni po jednej stronie widzę zbocze pięknej góry i krążące nad nią ptaki, po drugiej turkusowe fale – znajomi mogą mnie pytać o warunki do surfowania!

To Twoja wielka pasja, surfing. Czy dziewczynki przejawiają takie zainteresowanie wodą jak Ty?

Nie nazwałabym tego pasją, ale raczej zabawką. Wciąż nie mam tyle czasu by być w wodzie prawie codziennie i tym samym wejść na kolejny level. Ale uwielbiam to i chcę, aby moje córki surfowały. To niesamowity sport, a bycie wśród słonych fal pod gołym niebem leczy. Dziewczynki od maleńkości kąpią się w oceanie, widzą swojego tatę, naszych znajomych i mnie na deskach. Bianka, która nie ma jeszcze 5 lat potrafi już wstać na desce kiedy niesie ją fala. Ogromnie się cieszę gdy obserwuję je w wodzie.

Praca, córeczki, dom, to obowiązki, którymi się dzielicie. Jak wygląda teraz Wasz dzień?

Cóż dużo teraz zmian w moim życiu i wszystko na nowo się ustala. Mamy spokojny rytm, wszystko załatwiamy na piechotę. Im prościej tym lepiej!

Twoim zdaniem skąd bierze się życiowa równowaga?

Ze świadomości i jasnych celów. Z czystego serca. Nie można iść ze sobą na kompromis.

Z czego jesteś najbardziej dumna?

Z życia. Z siebie i z moich córek. To wszystko jest niesamowite!

Ostatnio mocno ograniczyłaś swoją obecność w mediach społecznościowych. Czy to celowy krok?

Trochę tak. Czułam, że straciłam wenę, mam też słabszy moment w życiu, chyba też minął czas „domowego macierzyństwa”. Teraz częściej wychodzę z domu, rozmawiam z ludźmi twarzą w twarz. Trochę przestałam rozumieć sens wrzucania tych wszystkich zdjęć, obserwowania nieznanych osób, a właściwie nawet nie osób, tylko tworzonych przez nich z różnych wycinków życia, obrazów i przemyśleń – profili. Wolę zadzwonić do przyjaciółki czy ugotować obiad ze znajomymi. Patrzę na niektóre moje zdjęcia i wstyd mi, że na przykład świecę brzuchem, przecież życie to znacznie więcej. I ten nasz selfie-smile. Tak chciałabym się widzieć, tak chcę żebyście mnie widzieli. Chciałam coś wnieść do sieci, pisałam osobiste refleksje, ale to oznaczało z kolei więcej komentarzy, na które czułam, że powinnam od razu odpisać, by ktoś po drugiej stronie nie czuł się zlekceważony. Nie jestem też guru od zdrowej diety, ani nie mam przepisu na wieczne szczęście. Zaczęłam czuć presję, że wszystko to, co piszę powinno być takie, jakby to powiedzieć.. profesjonalne. Wiesz, może powinnam kupić lampę fotograficzną? Albo zrobić doktorat z żywienia? Uznałam, że czas na reset.

Co dla Ciebie oznacza ta przerwa?

Spokój. Wakacje. Czas dla mnie i więcej mojej uwagi dla dzieci. Ubieram się dla siebie, jem dla siebie. Przeżywam każdą chwilę. Mogę być smutna nawet tydzień i nie muszę się tym dzielić. Mogę pójść surfować i szczęśliwa wrócić bez ani jednego zdjęcia.

Przyznam szczerze, że szukam teraz jakiejś nowej formuły, miejsca na Instagram w moim życiu. Lubię tę aplikację za to, że inspiruje, zbliża ludzi o podobnych zainteresowaniach, dlatego wciąż jeszcze chcę tam być.

Kiedy zatem wrócisz na Instagram i do swoich czytelniczek z bloga?

Nie mam pojęcia! Nie ma mnie od maja. Ale bardzo dziękuję za rozmowę, cieszę się, że mam tym samym okazję zbiorczo odpowiedzieć na wszystkie wiadomości prywatne z pytaniami: co się ze mną dzieje!? To niezwykłe, że tyle nieznajomych ludzi się o mnie troszczy, jestem wdzięczna! To mnie też przekonuje, że warto to kontynuować .

Zdjęcia: FotoDuesseldorf Photography by Ann & Kuba oraz archiwum prywatne.