28.03.2019

Fridge by yDe – świeże kosmetyki z ideą 

Kosmetyki Fridge są wyjątkowe pod wieloma względami. Mają niezwykle bogate receptury, krótki termin przydatności (zaledwie 2,5 miesiąca od daty produkcji) i podobnie jak jedzenie, trzeba je trzymać w lodówce. Założycielka marki Magdalena Beyer uważa, że jej produkty są unikatowe na skalę światową. Wszystko za sprawą 100 – procentowo naturalnych składów, opracowywanych przez biotechnologów w laboratoriach Fridge. Miałam ostatnio okazję przetestować trzy produkty tej polskiej marki. Czy pokochałam je tak samo jak wierne klientki Fridge?

Historia marki Fridge rozpoczęła się 11 lat temu, kiedy jej założycielka Magdalena Beyer doszła do wniosku, że ma poważny problem, by znaleźć na rynku kosmetyki, które odpowiednio pielęgnowałyby jej delikatną i wrażliwą cerę. Nie podobało jej się, że znani producenci proponują produkty nafaszerowane chemią, a kobiety zamiast kierować się w stronę natury, wolały zadbać o swoją urodę w gabinetach medycyny estetycznej. Beyer postanowiła wtedy stworzyć markę, która w nowatorski sposób podejdzie do piękna i pielęgnacji skóry. Zanim oficjalnie ruszyła z pierwszymi produktami przez dwa lata opracowywała z chemikami i biotechnologami unikalne receptury oparte na w 100-procentach naturalnych składnikach. W kosmetykach marki Fridge znajdziemy całą masę olejków i olejów pozyskiwanych z roślin uprawianych na specjalnej, XIII-wiecznej plantacji. Magdalena podkreśla także, że ogromną rolę w jej kosmetykach pełni róża. To według niej królowa składników, bogata w witaminy i całą masę antyoksydantów.

O jakości tych polskich kosmetyków mogłam się ostatnio przekonać na własnej skórze, ponieważ przetestowałam trzy wyjątkowe produkty Fridge. Jestem mamą 3,5-letniej córeczki i nie mam czasu na przesadną, czasochłonną pielęgnację. Nie używam serum, maseczki robię raz w tygodniu i rzadko porzucam swoje kosmetyczne „must have” na rzecz innych. Po prostu nie mam czasu na to, by wiecznie poszukiwać mojego idealnego zestawu pielęgnacyjnego. Jeśli znajdę coś, co na mnie działa i co sprawi, że moja mieszana, zarazem lekko przesuszona cera, będzie wyglądać dobrze, to trzymam się tego i jestem wierna niemal do grobowej deski. Od ponad dziesięciu lat używałam kosmetyków pewnej japońskiej marki, ponieważ azjatyckie podejście do piękna wydaje mi się wyjątkowo skuteczne. Muszę się jednak przyznać, że filozofia marki Fridge wyjątkowo do mnie przemówiła. W końcu czy może być coś bardziej zdrowego dla skóry niż produkty, które mają zaledwie 2,5 miesięczny okres ważności i niczym świeże jedzenie od wewnątrz, odżywiają naszą cerę od zewnątrz? Chyba nie. 

Na pierwszy ogień poszedł krem 1.1 face the cream, dedykowany dla cery suchej i dojrzałej. Ja jako posiadaczka cery mieszanej byłam początkowo sceptycznie nastawiona do dość gęstego, bardzo bogatego kremu. Zastanawiałam się, czy nie zatka mi porów, jak to się często zdarzało. Moje obawy okazały się jednak zupełnie niesłuszne. Kremu używałam pod koniec zimy, kiedy moja twarz wyraźnie potrzebowała intensywnej pielęgnacji i odżywienia. Najpierw postanowiłam wypróbować go podczas wieczornej pielęgnacji. Po dokładnym oczyszczeniu i tonizacji naniosłam cienką warstwę. I tu pojawiła się pierwsza niespodzianka. Krem, pomimo gęstej konsystencji idealnie się rozprowadzał i sprawił, że cera wyglądała zdrowo. Nie błyszczała się, była za to miękka i delikatna w dotyku. Nie było efektu maski. Osiem godzin później po przebudzeniu, uznałam, że face the cream zdecydowanie zdał egzamin, ponieważ po pierwsze nie zatkał mi porów, po drugie nie wysuszył skóry, co więcej miałam wrażenie, że wciąż była dobrze nawilżona. Po dwóch dniach testowania kremu na noc, zaryzykowałam i użyłam go także podczas pielęgnacji porannej. I tutaj ponownie niespodzianka. Skóra wyglądała na wypoczętą i odpowiednio nawodnioną. Po jakimś czasie zauważyłam, że moje drobne zmarszczki nieco się wygładziły. Dobroczynne działanie produktu zawdzięczamy unikalnej recepturze. W jego składzie znalazłam m.in. zimnotłoczony olej różany, masło shea i masło kakaowe.

 Warto zaznaczyć, że face the cream to nie tylko przyjemność dla skóry, ale także przyjemność w obcowaniu z samym produktem. Elegancka, szklana butelka, a do tego niewielki kryształ, zwisający na tasiemce cieszy oczy. I aż szkoda chować go w lodówce, ponieważ byłby fantastyczną ozdobą na łazienkowej półce.  

Moim prawdziwym numerem jeden okazał się jednak podkład ff.1 Na codzień nie lubię się malować, więc przykrywanie twarzy grubą warstwą fluidu kompletnie do mnie nie przemawia. Zaakceptowałam fakt, że moja skóra nigdy nie będzie idealna, a drobne ślady po trądziku młodzieńczym prawdopodobnie nie znikną. Lubię delikatne podkłady, które raczej wydobędą to, co najpiękniejsze, a nie wszystko mocno zatuszują. I tutaj fabulous face okazał się absolutnym strzałem w dziesiątkę. To produkt, który może być traktowany jako fluid, ale także jako krem BB. Można używać go wprost na oczyszczoną skórę, albo na krem. Dla mnie lepsza okazała się ta druga wersja. Odrobina kremu nawilżającego Fridge, a później kilka kropli podkładu sprawiło, że cera naprawdę błyszczała. I to w dobrym tego słowa znaczeniu. Sekret tego produktu polega na wysokiej zawartości naturalnych glinek, bogatych w liczne minerały. W składzie fluidu znajdziemy również zimnotłoczony olej śliwkowy, obfitujący m.in. w witaminę E, witaminy z grupy B i beta-karoten. To prawdziwa bomba witaminowa dla skóry. Zauważyłam również, że podczas stosowania kremu FF nie musiałam używać pudru. Fluid wręcz wtapiał się w moją twarz i dopasowywał do naturalnego kolorytu. Wystarczyło dodać tylko trochę różu i gotowe. Warto podkreślić, że Fridge ma w swojej ofercie dwa odcienie podkładu dla dziewczyn o jaśniejszej i ciemniejszej karnacji. Jako właścicielka porcelanowej cery zastanawiałam się początkowo, czy jasna wersja FF faktycznie jest taka jasna. Po nałożeniu kropli na dłoń, miałam wrażenie, że produkt jest ciut za ciemny. To jednak tylko pozory. Po naniesieniu na twarz, praktycznie zniknął. Efekt był wręcz niesamowity. 

Ostatni produkt Fridge na mojej kosmetycznej liście to krem pod oczy 4.1 coffee eye. W pierwszej kolejności moją uwagę zwrócił piękny i ożywiający zapach kawy. Jako młoda mama, która z nostalgią wspomina w pełni przespane noce, nie tylko lubię stawiać się na nogi kawą, ale także delektować się jej aromatem. Krem z ekstraktem z kawy arabica to moim zdaniem absolutny hit. Ale oczywiście zapach to tylko miły dodatek i jeden z elementów na liście pozytywów. Jednym z największych atutów tego produktu jest jego temperatura. Nie ma chyba nic przyjemniejszego w pielęgnacji skóry wokół oczu niż położyć sobie zimny, pobudzający krążenie krem. Kiedy po kiepskiej nocy próbowałam doprowadzić się do porządku, nic tak nie orzeźwiało mnie jak coffee eye.  Wystarczyło kilka malutkich kropki, by skóra była idealnie nawilżona. Ten krem, jak i pozostałe dwa produkty, też jest dość gęsty i bogaty. Nie trzeba się jednak obawiać, że na przykład będzie źle wyglądać pod makijażem i zacznie się rolować. Wszystkie kosmetyki Fridge, które miałam okazję przetestować perfekcyjnie wchłaniały się. Co więcej, krem kawowy świetnie poradził sobie z opuchnięciami. Gdy wyszłam z domu po porannej pielęgnacji, zobaczyłam, że małe „worki”, będące efektem niewyspania po prostu zniknęły.

Produkty marki Fridge zdecydowanie podbiły moje serce. Bardzo podoba mi się unikalna filozofia marki, ich szklane opakowania, a także sposób przechowywania. Na stronie Fridge można przeczytać, że ich kosmetyki w porównaniu do innych są jak świeżo wyciśnięte soki, konkurujące z takimi w kartonach z 2-letnim okresem ważności. Trudno chyba o bardziej celne porównanie. Muszę się przyznać, że moje japońskie specyfiki poszły w odstawkę i teraz codziennie rano, a także wieczorem otwieram lodówkę w poszukiwaniu małych słoiczków, w których przechowywane są wyjątkowe receptury Fridge. I jestem pewna, że moja przygoda z tą oryginalną i jedyną w swoim rodzaju polską marką nie skończy się tylko na tych trzech produktach. Już ostrzę sobie pazurki na ich produkty do pielęgnacji ciała…

Zdjęcia: Aneta Zamielska