21.08.2018

Dobrze urodzony Rysio, czyli historia domowego porodu

Jest stary, jak świat. Nie zwiększa ryzyka powikłań, jeśli ciąża przebiega prawidłowo. Gwarantuje mamie totalną prywatność i najwyższy poziom komfortu. A mimo to, poród domowy nadal jest traktowany, jak niebezpieczna fanaberia. Klaudia Dobosz, mama prawie 3-letniego Tadzia i 10-miesięcznego Rysia, młodszego syna urodziła w domu. „I nie wyobrażam sobie, żebym kiedykolwiek miała znowu rodzić w szpitalu. Ten spokój po narodzinach małego był cudowny A całe przeżycie – fantastyczne” opowiada.

Klaudia to jedyna kobieta, jaką znam, która urodziła w domu. Gdy dowiedziałam się, że jej młodszy syn przyszedł na świat w rodzinnej wannie, byłam bardzo ciekawa, jak wyglądał cały poród. Oczywiście wyobrażałam sobie, że rodzenie poza szpitalem jest niebezpieczne, że to wymysł mam-hipisek. W końcu po to wymyślono oddziały położnicze, znieczulenie zewnątrzoponowe i gaz rozweselający, żeby rodzić bez bólu, czyli lepiej i bezpieczniej. Klaudia, zanim zaszła w pierwszą ciążę, myślała podobnie.

Pierwszego syna rodziłaś w przyszpitalnym domu narodzin. Co sprawiło, że Rysiek przyszedł na świat w domu?

Mój upór (śmiech). Gdybym miała go nieco więcej, mój pierworodny też urodziłby się w domu. O tym, że nie chcę rodzić na leżąco, w szpitalnym łóżku, podłączona  pod KTG i ze znieczuleniem zdecydowałam będąc w pierwszej ciąży, po obejrzeniu filmu „Porodowy biznes”. To dokument, który pokazuje, jak traktowane są rodzące kobiety w amerykańskich szpitalach . Tak, jak w tytule – chodzi o biznes, zapełnianie szpitalnych łóżek i jak największe rachunki za opiekę medyczną.  Poprosiłam Lecha, mojego partnera, aby obejrzał film  razem ze mną. I od razu zaczęłam przekonywać go do domowego porodu. Lech nie chciał się jednak zgodzić, ponieważ twierdził, że przy pierwszym dziecku to za duże ryzyko, że nie wiemy, czego  tak naprawdę się spodziewać. Chyba sporo rodziców tak myśli, bo statystyki pokazują, że w domu częściej rodzą wieloródki. Drogą kompromisu zdecydowaliśmy się na dom narodzin, czyli miejsce w szpitalu, w którym rodzi się tylko  z położną, sala wygląda jak sypialnia z łazienką, a interwencje medyczne są ograniczone do niezbędnego minimum. KTG jest tylko w momencie przyjęcia, nie ma rutynowych nacięć krocza ani żadnych farmakologicznych metod łagodzenia bólu porodowego.  To rozwiązanie dla matek, których ciąża przebiega w pełni fizjologicznie Kwalifikacja do takiego porodu odbywa się w 36 tygodniu ciąży, a warunki, jakie trzeba spełnić są niemal identyczne, jak te przy porodzie domowym. Teraz żałuję, że pierwszy poród nie odbył się w domu, choć był on również piękny.  Przecież kobiety rodzą od milionów lat, a w szpitalach robią to dopiero od połowy XX wieku.

Jak wspominasz ten pierwszy poród?

Był bardzo dobry, ale teraz, po urodzeniu dwójki dzieci, wiem, że mogło się obyć bez niektórych rzeczy. Choćby bez KTG, do którego byłam podłączona w drugiej fazie porodu. Unieruchomiona przez pół godziny musiałam przeć nieefektywnie, a wszystko dlatego, że okazało się, że miałam zielone wody płodowe podczas skurczy partych. Dziś wiem, że na tym etapie porodu nie były one niczym niebezpiecznym. Gdybym była w domu, po prostu urodziłabym Tadka. W szpitalu wymagało to uruchomienia szeregu procedur: musiałam wyjść z wanny, w której chciałam rodzić, zostałam przeniesiona na łóżko oraz podłączona pod KTG. Od jego wyniku zależało,  czy ordynator wyda zgodę na dokończenie porodu w domu narodzin. Na szczęście KTG było prawidłowe. Wszystko to trwało strasznie długo. Jak już zaczęłam przeć efektywnie, Tadek pojawił się na świecie zaledwie w 25 minut. W domu oszczędzono by mi bólu i akcja porodowa postępowałaby zapewne szybciej. Gdy byłam w drugiej ciąży, byłam pewna, że drugi poród musi być porodem domowym.  Lech miał trochę obaw, głównie przez  zielone wody płodowe. Dlatego, gdy poszliśmy na pierwsze spotkanie z położną ze stowarzyszenia „Dobrze urodzeni”, powiedziałam mu, żeby zapytał   o wszystko, co budziło jego obawy. Maria, nasza położna, na wszystkie pytania odpowiadała rzeczowo i wyczerpująco.  To go uspokoiło. A ja dałam mu ultimatum. , Albo się zgadza i rodzimy razem w domu, albo ja rodzę sama, też w domu. Zgodził się 😉

Jak wygląda przygotowanie do domowego porodu?

Przede wszystkim trzeba być pewną, że taki poród chce się mieć. Potem należy znaleźć położną, z którą chciałoby się rodzić. Można również u niej prowadzić fizjologiczną ciążę. Nie każda położna pracująca w szpitalu przyjmuje porody domowe. W Warszawie takich ekspertek jest tylko osiem, zrzeszonych w Stowarzyszeniu „Dobrze urodzeni”. Są również położne niezrzeszone. Ja rodziłam z Marią Romanowską, do której zadzwoniłam w 19 tygodniu ciąży. Mało brakowało, a byłoby za późno. Porody domowe są coraz bardziej popularne, więc warto umawiać się z dużym wyprzedzeniem. Na tym pierwszym spotkaniu z Marią dużo rozmawialiśmy  o tym, jak wyglądają domowe narodziny, czego możemy się spodziewać, jak się przygotować. Warto zajrzeć na facebookową grupę „Poród domowy” – kobiety tam mają niesamowitą wiedzę, odpowiedzą na każde pytanie. W grupie znajdują się położne, studentki położnictwa, doule, doświadczone mamy. Polecam również obejrzenie filmów z porodów domowych na YouTube.

Kwalifikacja odbywa się w 38 tygodniu. Warunek podstawowy – ciąża musi być w pełni fizjologiczna. Mama i dziecko muszą być zdrowe. Lista przeciwwskazań jest  długa, do wglądu na stronie Stowarzyszenia „Dobrze urodzeni”. Chodzi o to, aby zapewnić rodzącej i jej dziecku bezpieczeństwo i uniknąć ewentualnej konieczności transferu  do szpitala w trakcie porodu. Mimo to, takie sytuacje się zdarzają. Na stronie Stowarzyszenia można znaleźć statystyki lat 2010-2015. Najczęstszą przyczyną jest brak postępu w pierwszej fazie porodu. Nie doszło do żadnego zgonu.

Jeśli wszystkie wyniki są prawidłowe, położna i mama podpisują umowę. Położna sprawuje opiekę okołoporodową na 2 tygodnie przed i 3 tygodnie po terminie porodu. Jest wtedy dostępna pod telefonem o każdej porze dnia i nocy, oczywiście jest obecna podczas porodu i przychodzi na dwie wizyty patronażowe już po porodzie. Koszt  w Warszawie to 3500 zł. Domyślam się,  że dla niektórych kobiet to cena może być wysoka, zwłaszcza, że w domu narodzin w szpitalu można rodzić za darmo, ale należy pamiętać, że położne przy porodzie są dwie (druga dojeżdża asystować przy drugiej fazie). Położna prowadzi działalność gospodarczą i musi opłacić ZUS, jest dostępna przez 5 tygodni non stop, a przede wszystkim bierze ogromną odpowiedzialność za rodzącą i jej dziecko. Marzy mi się, żeby NFZ refundował opiekę podczas porodu w domu. Jeśli to nie nastąpi, do czasu kolejnej mojej ciąży, to bez wahania również zapłacę. Dlaczego? Bo poród domowy to przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Wcale nie trzeba domu specjalnie do niego przygotowywać. Większość rzeczy potrzebnych, już tam się znajduje. Każdy poród jest inny, więc w jednym można potrzebować wanny, a w drugim wystarczy kawałek podłogi. Krwi przy porodzie, wbrew wyobrażeniom wielu osób, jest niewiele. Szybkie sprzątnięcie kilku podkładów, lub wypuszczenie wody z wanny i koniec 🙂

A czy taki poród jest szybszy, niż szpitalny?

Czy szybszy znaczy lepszy? Mój drugi był szybki, trwał tylko 3 godziny, a ja czuję niedosyt (śmiech) Dzień porodowy rozpoczął się o 5 rano. Poszłam do łazienki i poczułam, że poleciało ze mnie coś mokrego. Poprzedni poród nie zaczął się odejściem wód, więc do końca nie wiedziałam, co się dzieje. Zadzwoniłam do położnej. Kazała założyć wkładkę i sprawdzać, czy dalej coś się sączy. Więc na spokojnie zabrałam się za ogarnianie mieszkania, wkładka była sucha, więc ustaliłam z Marią, że przyjadę  o ósmej do szpitala, w którym pracuje, żeby mnie zbadała. Wszystko było w porządku. Rysio nadal był wysoko, wody nie odeszły. Powiedziała mi, żebym pamiętała, że nie mogę rodzić ani dziś ani jutro, bo ona ma dyżur i nie ma nikogo na zastępstwo.

Pojechałam z Tadkiem na jego zajęcia, koło dwunastej wróciłam do domu, bolał mnie brzuch. Kiedy Lech zadzwonił ze spotkania, powiedziałam mu, że te skurcze przepowiadające z dnia na dzień coraz mocniejsze się robią, ale nie musi wracać. Zabrałam się za gotowanie obiadu, ale skurcze zaczęły się nasilać. Wzięłam no-spę, która nie była w stanie ich wyciszyć. Wiedziałam, że to „już”, że jednak rodziłam, choć nie chciałam tego do siebie dopuścić, bo przecież Maria nie może przyjechać! Po jakimś czasie Lech wrócił do domu. Kazał mi zadzwonić do położnej. Była 13.40. Maria powiedziała, że muszę jej dać czas, bo ona musi poszukać jakiegoś zastępstwa i poinformowała, że istnieje ryzyko, że będę musiała rodzić w szpitalu. Oczywiście powiedziałam, że nigdzie nie jadę i najwyżej urodzę bez asysty. Poszłam do wanny, żeby trochę złagodzić skurcze. W końcu położnej udało się  znaleźć zastępstwo, popłakałam się ze szczęścia!

Zadzwoniłam do fotografki, żeby przyjechała. W pierwszej ciąży nie zdecydowałam się na sesję porodową  i bardzo tego żałuję. Chciałam mieć jeszcze ostatnie zdjęcia z Tadziem, jako jedynakiem, ale fotografka niestety nie dojechała na czas. Skończyło się na selfie z synem i Lechem, zanim zabrała go babcia. Była 15:30. Zadzwoniłam do Marii, że skurcze zrobiły się częstsze i intensywniejsze. Miała wziąć prysznic i do mnie jechać. Ja chodziłam po domu, kręciłam biodrami, oddychałam głęboko. Byłam bardzo skupiona na sobie, na swoim ciele i na skurczach.  Puściłam ulubione piosenki, które pomogły mi, gdy rodziłam Tadka. Śpiewałam sobie i chodziłam po mieszkaniu, przystając co skurcz. Fotografka przyszła przed 16. Od razu powiedziałam, że ja już dłużej na lądzie nie wytrzymam, rozebrałam się i poszłam pod prysznic. Miałam znów skurcze z krzyża, więc woda z deszczownicy przynosiła ulgę. Niewiele później czułam już, że mi niedobrze, że przechodzę w kolejną fazę, musiałam znaleźć się w wannie na czworakach. W myślach przywoływałam Marię. Wiedziałam, że Rysio już jest bardzo blisko.

A co robił wtedy Lech?

Odgrzewał obiad sobie i fotografce (śmiech), pompował basen porodowy w salonie, który do niczego się w końcu nie przydał. Do niego zupełnie nie docierało, że to już. Myślał, że to początek, bo poprzedni poród trwał znacznie dłużej. Ja pomiędzy skurczami normalnie rozmawiałam, śmiałam się. W zasadzie cały poród byłam sama, bo tak chciałam. Lech przyszedł i zapytał, próbując rozładować atmosferę, czy myślę, że jednak rodzimy, a ja wycedziłam przez zęby: „Weź się do mnie nie odzywaj,” pomasował mi trochę plecy i poszedł z powrotem do salonu.  Potem musiałam go zawołać, żeby w ogóle zdążył zobaczyć, jak Rysio się rodzi, bo szukał pieluch i ręczników, choć były w walizce szpitalnej stojącej przy drzwiach łazienki.

A położna? Dojechała?

Maria była w drodze. Piątek po południu oznaczał koszmarne korki. Droga ze szpitala, która normalnie zabiera 15 minut, zajęła 45 i była 16:20 Dojechała dosłownie na ostatnie 8 minut porodu. Otworzyła drzwi, ja właśnie miałam skurcz i jęczałam. „Klaudia, masz skurcze parte,” powiedziała. Zbadała tętno małego i rozwarcie – okazało się, że mam już 10 cm. Po pierwszym porodzie bardzo żałowałam, że nie dotknęłam główki Tadzia, jak się rodził. Wiedziałam, że przy drugim muszę to zrobić. Miałam rękę w kroku. O 16:30 poczułam, jak odchodzą mi wody. Maria poradziła, żebym nie krzyczała, tylko próbowała wyśpiewać Rysia na skurczach. I przy kolejnych razem śpiewałyśmy. Jednym lub dwoma skurczami partymi Rysio cały wypłynął mi na ręce o 16:33. Od razu położyłam go sobie na klatce. Zalała mnie totalna fala miłości. Zerknęłam na niego. Był jak mini-Tadzio. Coś fantastycznego. Maria pomogła mi się z nim ułożyć w wannie. Przyszła Ania, druga położna. Nie zdążyła na drugą fazę. Czekaliśmy, aż pępowina przestanie tętnić a potem Lech ją przeciął. Nadal mamy w domu nożyczki, których do tego użył. Głaskał małego po głowie, całował mnie. Wiesz, to był taki spokój, jakiego nigdy nie doświadczyłam. Lech wziął Rysia do kangurowania, ja urodziłam łożysko, położne pomogły mi się umyć i przejść na łóżko do sypialni. Rysio przystawił się do piersi i tak sobie leżeliśmy we trójkę, a położne wypełniały stosy dokumentów w kuchni.

Jak myślisz, dlaczego tak mało kobiet rodzi w domu?

W 2015 roku położne ze stowarzyszenia przyjęły  134 porody domowe. To nie tak mało. Ale na pewno byłoby ich więcej, gdyby kobiety więcej wiedziały o takich porodach, o samych porodach fizjologicznych. I również gdyby zaczęły  bardziej wierzyć w siebie. Myślę, że dużo kobiet  boi się bólu.  I sądzą , że znieczulenie to remedium na wszystko. Niestety, nadal mało się mówi o  jego potencjalnych  negatywnych skutkach, które mogą prowadzić do szeregu innych niepotrzebnych interwencji medycznych. Wiele kobiet wierzy, że lekarze wiedzą lepiej,  jak rodzić. Lekarze są od przyjmowania porodów patologicznych, to położne powinny przyjmować porody fizjologiczne! Poza tym położna tylko asystuje i pomaga rodzącej, rodzi przecież matka. Naprawdę nasze ciała doskonale wiedzą, co i jak mają robić. My czujemy czy potrzebujemy na przykład rodzić na stojąco, czy na klęczki, czy chcemy być masowane czy absolutnie nikt ma nas nie dotykać. Poród boli, oczywiście, ale jest to dobry ból, on ma swój cel.  Ma pomóc nam urodzić dziecko. Nie lubię być w ciąży, ale rodzić mogłabym co roku 🙂

W trakcie porodu nie bałaś się?

Nie. Byłam przekonana że to najlepszy wybór dla mnie i dla mojego dziecka. Byłam zupełnie spokojna. Gdy Rysio był już z nami, leżeliśmy w trójkę łóżku. Było cicho, ciemno i spokojnie. Żadnej pikającej aparatury, świecących w oczy jarzeniówek, obcych kobiet i ich płaczących dzieci, odwiedzających osób. Zasnęliśmy we własnym łóżku. Rysio był spokojniutki, spał w najlepsze po trudzie porodu i , dał mi odpocząć. Teraz namawiam  każdą kobietę, która ma fizjologiczną  ciążę, żeby rodziła w domu. Bo jest to przeżycie trudne do opisania Jest fantastyczne, wręcz mistycznie. Naprawdę nie ma nic piękniejszego niż możliwość przyjęcia własnego dziecka, we własne ręce i we własnym domu.

 

 

Zdjęcia: Kasia Rękawek