14.05.2018

Mama na budowie

Budowa domu to wyzwanie. Zwłaszcza jeśli jesteś kobietą zawiadującą całym projektem w nie czarujmy się, dość szowinistycznym świecie fachowców i ekip budowlanych. A gdy do tego jesteś w końcu w upragnionej ciąży i jednocześnie prowadzisz popularnego bloga i kanał na YouTubie, zaczyna się robić naprawdę ciekawie. O tym, jak wybudować dom, urodzić dziecko i przetrwać kilka miesięcy pod jednym dachem z mamą, opowiada Paula z bloga Refreszing.

Jeśli uwielbiasz dizajn, oryginalne meble z lat 60. i projekty DIY, z pewnością znasz Paulę i Mariusza oraz ich blog – Refreszing. Powstał w 2014 roku, gdy Paula, przykuta do łóżka po operacji kręgosłupa, za namową przyjaciółki, zaczęła pisać o meblach. Pokonała tradycyjną dla blogerki drogę – od amatorskich zdjęć wykonanych telefonem, przez samodzielną naukę wszystkiego, do stworzenia marki, która w blogosferze i świecie wnętrzarskim jest coraz bardziej rozpoznawalna. Refreszing to nie tylko historia o meblach i poszukiwaniu perełek dizajnu. To również love story z happy endem: Paula i jej mąż – Mariusz, po latach starań i walki z niepłodnością doczekali się upragnionej, zdrowej ciąży. A że wydarzyło się to już po tym, jak fundamenty pod nowy dom na wsi zostały wylane? Cóż, klęska urodzaju.

Kobiety w ciąży, zwłaszcza w ostatnich tygodniach, doświadczają zjawiska zwanego “wiciem gniazda”. Chcą wówczas być w domu, urządzają dziecięcy pokój i nawet te najbardziej energetyczne, zamieniają się w domatorki. A ty zafundowałaś sobie wicie gniazda XXL. Czyli postanowiłaś wybudować dom.
Decyzja o budowie domu i przeprowadzce na wieś zapadła, zanim zaszłam w ciążę. Oboje z Mariuszem jesteśmy mieszczuchami. Ja przez 33 lata życia mieszkałam na wsi tylko pół roku, w klasie maturalnej i traktowałam to jak karę. Całe życie wcześniej i później mieszkałam w mieście. Mariusz – tylko w mieście. Najpierw chcieliśmy powiększyć mieszkanie w Łodzi, kupując lokal obok. Ale się nie udało. Nasi przyjaciele zaczęli przebąkiwać o przeprowadzce pod miasto. Bo w mieście jest strasznie głośno, towarzyszy nam mnóstwo zanieczyszczeń, a sąsiedzi cały czas przeszkadzają. Jako pośredniczka w sprzedaży nieruchomości słuchałam o ich inwestycji, przyglądałam się i zaczęłam w ten temat coraz bardziej wsiąkać. Zaczęliśmy się zastanawiać, czy żyjąc w mieście, w naszym niewielkim mieszkaniu, faktycznie z niego korzystamy. Okazało się, że pracujemy tak dużo, że w ogóle nie wykorzystujemy infrastruktury miejskiej, jaka jest dookoła nas. Płacimy za życie w centrum duże pieniądze, bo koszty w centrum są wyższe o 30 czy 40 proc. w stosunku do innych dzielnic. Uznaliśmy więc, że wybudowanie niewielkiego domu na miniosiedlu, niedaleko naszych przyjaciół to dobry pomysł. Ponadto wiemy, że przynajmniej z jednej strony będziemy mieli fajnych sąsiadów. Ja poczułam, że przy mojej pracy, którą wykonuję głównie z domu, bo to praca w internecie, zaczyna mi przeszkadzać ten miejski hałas. Uznałam, że w domu będę miała więcej swobody. A po pracy i tak nie mam czasu iść do teatru, który mam pod nosem, więc może będę wychodzić na taras. Zatem decyzja o wyprowadzce na wieś była dość spontaniczna. A gdy okazało się, że nasza rodzina się powiększa, tym bardziej miałam motywację do tego, żeby najważniejsze prace na budowie zakończyć, zanim na świat przyjdzie Helenka.


Nie przerażało cię, że będziesz musiała radzić sobie z brzuchem i budowlańcami?
Jedyne co mnie przerażało, to że nie starczy mi zdrowia na doglądanie prac. A jednocześnie wiedziałam, że nie mogę w tej kwestii odpuścić, bo jestem wymagającą perfekcjonistką i nie wybaczyłabym sobie, gdyby puszczeni samopas fachowcy nie trzymali się projektów moich i pani architekt.
Pomyślałam sobie optymistyczne, że może jednak będzie ok? Po 12. tygodniu okazało się, że czuję się już dobrze, lekarze nie zakazali mi aktywności, a na budowie zaczął się ten etap, w którym mój nadzór był potrzebny. Momentami tych obowiązków było mnóstwo. Budowa domu bywa zaskakująca, sporo rzeczy jest nowych, wiele pożarów trzeba ugaszać. Gdy tych obowiązków było zbyt dużo, starałam się część z nich scedować na męża. Gdy potrzebowałam odpocząć, decydowałam, że odkładam wszystko na kilka dni. Czasem bywało też tak, że musiałam zacisnąć zęby i powiedzieć sobie: “OK, odpocznę dopiero w niedzielę”.

Jak wyglądały twoje relacje z fachowcami? Bo kobieta na budowie to tabu, a kobieta w ciąży to dla nich zawał murowany.
Oj, było ciekawie (śmiech). Kobieta przy realizacjach remontowych jest traktowana jak persona non grata. Mężczyźni z góry zakładają, że ona na niczym się nie zna i można ją ignorować, albo wciskać jej kit, albo mówić jej, że to, czego chce, jest niewykonalne. Ale trafiła kosa na kamień. Ja mam silny charakter, jestem bardzo wymagająca wobec siebie i wykonawców, którym płacę. Dlatego podczas naszej budowlanej przygody było kilka momentów grozy.
Wykończenie łazienki wisiało na włosku, bo trzech fachowców uciekło od współpracy z nami! Pierwszy dosłownie zniknął w trakcie spotkania – przerwał mi w pół zdania, powiedział, że się mnie boi, wsiadł w samochód i odjechał. Drugi powiedział, że się zgadza, po czym przestał odbierać telefony, a następnie wysłał mojemu mężowi smsa, że nie podejmie współpracy. Musieliśmy szukać kolejnej ekipy. A dodajmy, że to prosta, mała łazienka, kwadratowa, bez udziwnień. Nie pokój kąpielowy w stylu Wersalu. Trzeci pan dał nam tak zaporową cenę, że zrozumiałam, że nie chce ze mną współpracować.


Jedyną osobą, która zaakceptowała mnie w roli osoby zarządzającej całym przedsięwzięciem, jest nasz kierownik budowy. Wręcz z radością przyjął fakt, że ze mną będzie ustalał większość czynności związanych z budową, bo mój małżonek jest zakręcony niczym słoik. Często o czymś zapomina i nie posiada zbyt dużego doświadczenia w tzw. wykończeniówce. I chyba dzięki ciąży traktował mnie trochę ulgowo, zaciskał zęby i po raz czwarty poprawiał kontakt czy kran. No, ale jeśli wydajesz pieniądze, to masz prawo wymagać jakości oferowanych usług.

Teraz, gdy Helenka jest już na świecie, myślisz, że byłoby łatwiej zabrać się za budowę już po porodzie?

Wprost przeciwnie! Żałuję, że ciążą nie trwała troszkę dłużej by wykończyć dom przed przyjściem Helenki na świat. Z maluszkiem jest o wiele trudniej niż z brzuszkiem. Dzisiaj jednak cieszymy się naszą “klęską urodzaju” i doceniamy fakt, że mamy w ramionach dzidzię, a w dłoni trzymamy klucze do nowego domku. Zabieramy ją na budowę w weekendy, podczas nieobecności fachowców. Wtedy jest tam spokojnie i w powietrzu nie unoszą się opary kleju, czy innych chemikaliów budowlanych. W sobotę czy niedzielę robimy rodzinną wycieczkę z Helenką i Mariuszem żeby zobaczyć postępy prac, nagrać nowe odcinki na nasz kanał na YouToube no i opowiedzieć małej o jej nowym domku.

Myślę sobie, że przynajmniej jedna rzecz musiała być superprzyjemna: projektowanie i planowanie pokoju dziecięcego. Zwłaszcza że wiedziałaś, że ten maluszek zamieszka w nim już niedługo.
I tu cię zaskoczę. Dziecięcy pokój nie miał jakiś wyjątkowych forów, nie było większego ładunku emocjonalnego. Wszystko, co związane z budową domu było wielką przyjemnością, bo urządzanie i dekorowanie wnętrz to moja pasja. Właśnie dlatego w każdym pokoju i pomieszczeniu będą meble odświeżone przeze mnie, czy chociaż przeze mnie wyszperane. W pokoju Helenki będzie to szafa. Stara, chłopska, którą chcę odmalować na bardzo intensywny kolor, taki z efektem WOW. Położymy ręcznie przygotowaną, zaprojektowaną specjalnie dla nas dekorację na ścianę. Odnowimy drewniane łóżeczko, bo chcemy, żeby drewno w pokoju Helenki się pojawiło. No i będzie też unikalna komoda. Czyli większość mebli będzie nasza. W jej pokoju nie przewidujemy mebli z sieciówek czy z płyty MDF.

A w innych pokojach?
Idziemy w kierunku retro. Będą perełki dizajnu, które gromadziłam przez ostatnie dwa lata, zanim jeszcze podjęliśmy decyzję o budowie domu. Nowe meble będą w kuchni, bo tam pojawi się robiona na zamówienie zabudowa. Pozostałe pomieszczenia: salon, sypialnie, pokój gościnny, pokój dziecka to będzie mieszanka mebli vintage, odnowionych i tych w stanie oryginalnym. Nawet w łazience będzie komoda retro.

Gdzie te meble wynajdujesz?
Choć przede wszystkim dziś moja praca to głównie praca w internecie, pracuję także w drugim zawodzie. Jako pośredniczka na rynku nieruchomości. To dzięki tej pracy miałam i mam dostęp do dużej ilości starych mebli. Ludzie, którzy chcą sprzedać swój dom lub mieszkanie, chętnie pozbywają się wyposażenia. Wyobraź sobie ile mebli jest w starym domu o powierzchni 150 czy 200 m2? Kolejnym miejscem są grupy na popularnym serwisie społecznościowym, aukcje. Tam szukam konkretnych modeli. Sporadycznie, ale nadal, pamięta o mnie rodzina i przyjaciele. Kiedy czyszczą swoje garaże lub strych, odzywają się do mnie, zanim coś wyrzucą.

Jak udało ci się to wszystko pogodzić? Blog, YouTube, refreszing mebli, budowa domu, ciąża. Potrafisz rozciągać dobę?
Trochę tak (śmiech). Ja bardzo dużo pracuję i bardzo lubię pracować. I to jest kluczowe. Bo jak ktoś kiedyś powiedział, jeśli robisz to, co kochasz, to nie pracujesz ani przez chwilę. A ja kocham wnętrza, nieruchomości, internet, więc daje mi to ogromną satysfakcję. Zatem praca nad kolejnymi tekstami, kampaniami, projektami nie jest aż tak obciążająca. Jak trzeba zarwać noc, robię to z radością. Zwłaszcza że wszystko wypracowałam sama bardzo ciężką pracą. Gdy Helenka śpi, zabieram się za kolejne wpisy, filmy, przygotowanie kampanii czy oferty. Dla mnie efektywne wykorzystanie czasu jest najprzyjemniejsze i najbardziej odprężające. W ciąży nie musiałam spać całymi dniami, organizm się tego nie domagał. Więc odpoczynkiem było robienie sesji zdjęciowej, czy pisanie. Moja głowa, organizm czerpie z tego przyjemność i bardzo mi z tym dobrze. Jeśli przyjdzie taki moment, że będę musiała odpocząć bez komputera, refreszingu, pisania bloga, to dokładnie to zrobię!

Na czas budowy domu, gdy byłaś już w ciąży, postanowiliście przeprowadzić się do twojej mamy, na wieś.
Z ekonomicznego punktu widzenia zamieszkanie z mamą najbardziej się nam kalkulowało. Wynajęłam swoje mieszkanie w Łodzi i przenieśliśmy się na wieś. Życie z rodziną ma swoje plusy i minusy, wiele par się tego obawia. W naszym wypadku nie ma mowy o trudach wspólnego życia, bo moja mama pracuje tak dużo, jak ja — lub odwrotnie. Mimo że żyjemy w jednym domu, to widzimy się po kilkanaście minut dziennie. Dodatkowo moja mama to liberalny typ. Nie wtrąca się w to, jak wychowujemy Helenkę, jak ją ubieramy, czy układamy. Dom mamy jest duży, każdy ma swoją przestrzeń. Ja uważam, że jest jej tutaj aż nadto (dużo do sprzątania). Liczę, że w lipcu przeprowadzimy się do własnego domu, powiesimy firanki, rozpakujemy kartony i będziemy się cieszyć kolejną nieruchomością przez kilkanaście następnych lat.

A potem kolejna budowa?
Potem powrót do miasta. W okolicach pięćdziesiątki chcemy z Mariuszem wrócić do Łodzi, zamieszkać w odrestaurowanej kamienicy. Liczymy, że do tego czasu Łódź się na tyle rozwinie, że mieszkanie w kamienicy nie będzie kojarzyło się źle, będą fajni, relatywnie młodzi sąsiedzi i szansa, żeby w starszej architekturze poszukać gniazdka dla prawie – seniorów. Wtedy będzie pora na kolejne remonty i kolejne refreszingi.

À propos refreszingu – czy planujesz własną linię mebli dziecięcych albo skręt w kierunku dziecięcego dizajnu?
Te dziecięce kwestie zaczynają się na blogu przewijać, bo chyba biologicznie jesteśmy tak skonstruowane, że gdy zostajemy mamami, te tematy zaczynają nas wciągać. Ja myślę o linii swoich mebli, ale to jest temat na kolejne lata. Szukanie podwykonawców, dystrybutorów, całego zaplecza, które decyduje o sukcesie. Mam to z tyłu głowy i w odpowiednim czasie pójdę w tym kierunku, ale to nie jest dla mnie główny kierunek, przy obecnej pracy nad blogiem i vlogiem i najważniejszym zadaniu, czyli macierzyństwie.

Bez problemu pokazujesz Helenkę w sieci. Nie jest tajemniczym dzieckiem bez twarzy.
To wspólna decyzja moja i męża, przemyślana. W sieci są dwie grupy rodziców. Ci, którzy pokazują dzieci i ci, którzy ich nie pokazują. I szacunek należy się jednym i drugim, bo to sprawa totalnie indywidualna i nigdy nie wchodziłam w dyskusję z rodzicami, którzy to robią bądź nie. My bardzo długo czekaliśmy na dziecko, jest to dla nas ogromna radość i chcemy się nią dzielić ze światem.

Z bloga wiem, że wasza droga do bycia rodzicami była wyboista. Ilekroć czytam ten wpis, w którym ogłaszacie, że będziecie rodzicami – płaczę. A skoro ja, człowiek zupełnie niezwiązany z wami tak reaguje, to dla ciebie musiały to być niewyobrażalne emocje.
Po latach starań, niepowodzeń i frustracji, przez pierwsze 12 tygodni ciąży nie było łatwo. Był lęk, obawy, a potem przyszedł moment niesamowitej ulgi. To tak jakbyś w końcu przestała się topić, bo ktoś wciągnął cię na ponton czy łódkę: możesz usiąść i zacząć spokojnie oddychać. Kluczowy okazał się moment, gdy lekarz prowadzący powiedział nam: “Możecie państwo zacząć się cieszyć tą ciążą”. I tak się stało. Wyszliśmy z tej wizyty i potraktowaliśmy te słowa jak zalecenie.
Jesteśmy parą po przejściach, po stratach. Dla takich par, jak my, ciąża jest cudem, cudem medycyny. Pozytywne emocje przy udanej ciąży były obezwładniające. I chciałabym, by inne pary borykające się z problemem niepłodności lub bezpłodnością, mogły ich doświadczyć. Wbrew powszechnej opinii o dużym przyroście naturalnym, mamy w Polsce do czynienia z niepłodnością na potężną skalę. Tylko w jednej klinice, w której się leczyliśmy, byliśmy parą z numerem 34.000 ileś. W jednej z kilku klinik w Łodzi — relatywnie niedużym mieście. Przemnóżmy to przez wszystkie placówki w kraju, to ogromna liczba cierpiących par, małżeństw, które chcą zrealizować się w najpiękniejszej roli życia — byciu rodzicem.
Gdy opublikowaliśmy wpis na blogu i powiedzieliśmy, że stawiliśmy czoła problemom, że przez lata się staraliśmy, straciliśmy dwie ciąże, zostałam zalana wiadomościami od kobiet, par, które mają takie problemy. Prosili o wsparcie, chcieli się wygadać, podzielić się żalem, że w Polsce o tym problemie się nie mówi, że jest traktowany jak tabu. To smutne, bo te pary powinny dostawać wszelaką możliwą pomoc – psychologiczną, finansową, medyczną. Przecież ci ludzie chcą czegoś, co jest najpiękniejsze na świecie — chcą zostać rodzicami!
My się staraliśmy na każdą z tych wiadomości odpowiedzieć, tam, gdzie mogliśmy- merytorycznie, tam, gdzie potrzebne były słowa otuchy – słowami otuchy, tam, gdzie mogliśmy tylko pocieszyć – pocieszaliśmy. Bo wiemy, jaki jest to trudny temat. Nie porusza się go nawet na forum rodzinnym, wśród najbliższych. Bywa nawet, o zgrozo, że partnerzy o tym ze sobą nie rozmawiają. A trzeba, bo bez wsparcia ciężko jest przejść to kilkuletnie leczenie. Zwłaszcza gdy dochodzi do poronień. To wsparcie pozwala zachować siłę kobiecie i umożliwia przetrwanie związku. My od początku, od pierwszego niepowodzenia, podzieliliśmy się tym faktem z rodziną i przyjaciółmi. Nie dlatego, że chcieliśmy, by ktoś się nad nami litował, ale po to, by wiedzieli jak nas traktować. By nam nie mówić, ilekroć nas spotkają: no to kiedy dziecko? Żeby nas wspierali, bo tego wsparcia potrzebowaliśmy, w kolejnych próbach kończących się niepowodzeniem. Gdy ma się ludzi, na których można liczyć, z większym sukcesem przechodzi się to trudne, bolesne, kosztowne leczenie.

Które czasem kończy się pięknym happy-endem!
Często się tak kończy! A ponieważ nasza droga była wyboista, teraz nie narzekamy na żadne trudy, nieprzespane nocy, kolki i ulewania, budowę z niemowlęciem pod pachą. Inne osoby pukały się w głowę i pytały, czy nam się rozum nie skończył. Są tacy ludzie, którzy lubią narzekać. I są tacy, którzy noszą różowe okulary, nawet jeśli oczy zamykają się ze zmęczenia. I my tacy jesteśmy. Wyśpimy się kiedy indziej, bo teraz przytrafiają się fantastyczne rzeczy. I choć często bywamy wykończeni, dajemy radę. Razem.

Zdjęcia: Anna Domańska