02.07.2018

Małe lampki, wiele radości

Światło kojarzy się nam często z ciepłem i bezpieczeństwem. Odgrywa ono niezwykle ważną rolę w życiu naszych dzieci. Są takie, które lubią przy nim zasypiać i takie, którym umila ono czas. Każdy z nas lubi gdy we wnętrzu domu pali się światło. To właśnie zainspirowało Patrycję Dołęgowską – Stefaniak do stworzenia Little Lights. Lampek, które designem i urokiem podbiły serca klientów w Polsce i na świecie.

Zaczęło się od marzenia, a nawet dwóch. Najpierw było marzenie pani Patrycji, aby robić coś swojego, własnymi rękoma. Chciała, aby to było twórcze i dawało satysfakcję. Później okazało się, że są jeszcze marzenia dzieci, które zasypiając chciałyby mieć przy łóżku swój „talizman”. I tak zrodził się pomysł na Little Lights.

„Byłam po urlopie macierzyńskim i nie chciałam wracać do pracy na etat, chciałam mieć swoją firmę, w której sama sobie będę szefem. Bardzo zależało mi na wolności i gospodarowaniu czasem tak, aby mieć go jak najwięcej dla dzieci” zdradza nam Patrycja. „Chciałam na przykład móc pójść do przedszkola na przedstawienie dziecka, nie pytając kogoś o zgodę”. Początkowo jak sama przyznaje pomysł na własny biznes okazał się złudny. „Wyszło na to, że paradoksalnie poświęcam temu dużo więcej czasu. Tworzenie lampek od podstaw, nauka tego, była bardzo absorbująca.” Zanim firma rozrosła się na tyle, aby zatrudnić współpracowników trzeba było poświęcić jej dużo pracy i uwagi. Właścicielom w drodze do sukcesu bardzo pomogło nastawienie. Okazało się ono tutaj kluczowe. „Wiedzieliśmy, że aby firma zaczęła dobrze prosperować musimy wykonać tę pracę, jakkolwiek zaskakująca i wymagająca by nie była. Przebywanie w pracowni do późnych godzin nocnych, to tylko etap, z którym musimy się zmierzyć, aby później móc odetchnąć”. Mąż Krzysztof bardzo zaangażował się w pomysł Patrycji. Razem wykonywali lampki, opiekowali się córkami i dążyli do celu.

„Musiałam wyskoczyć po farby, trzeba było zrobić zakupy” – tłumaczy mi Patrycja, gdy po piątej próbie udaje nam się umówić na rozmowę. „To wciąż jest na mojej głowie, ale lubię to”. Mimo, że z małej manufaktury Little Lights rozrosło się w nieco większą firmę oraz wąskie grono współpracowników. Małżeństwo postanowiło zamienić swoją pracownię na większą. „Sam proces tworzenia lampek oddaliśmy już w ręce bardzo zaufanych ludzi. Wciąż jednak prowadzimy firmę z moim mężem sami” – tłumaczy Patrycja.

Nie ukrywają, że sukces Little Lights ich zaskoczył. Gdy wymyślili, że chcą poświęcić swój czas, aby ręcznie robić lampki, zaprojektowane i dopieszczone w każdym szczególe przez nich samych, nie kalkulowali zysków, ani strat. „Nie był to biznes na taką skalę, abyśmy musieli angażować w to duże środki finansowe. Nie robiliśmy tego na skale masową. Mieliśmy komfort pracy. Poszliśmy do zaprzyjaźnionego stolarza i po naradzie z nim, odkupiliśmy kilka sosnowych desek. Narzędzie do wycinania kształtów naszych lampek kupiliśmy w markecie budowlanym”. Brzmi dość prosto, prawda? Jednak od samego pomysłu do procesu była nieco dłuższa droga. „Nasi znajomi zastanawiali się jak chcemy za pomocą takiego urządzenia wycinać tak fantazyjne wzory jak zwierzątka. A my uparliśmy się, że małymi etapami, krok po kroku zrobimy tę lampkę”. I udało się.

Najpierw wymyślili wzór, pierwszy był śpiący lisek. Później wycieli go wyrzynarką, wyszlifowali drewno, pomalowali i włożyli do środka malutkie diody. „Zrobienie pierwszej lampki, jak na laików przystało, zajęło nam sporo czasu. Z każdą kolejną proces przebiegał już sprawniej” mówi Patrycja. Efekt zaskoczył ich samych. Klienci zakochali się w tym rękodziele. Pojedyncze sztuki trafiały do zamawiających. A oni wracali po kolejne dla swoich bliskich lub znajomych. Tak sukcesywnie przybywało zamówień. „Nie czekaliśmy na klientów z półkami wypełnionymi produktami. Realizowaliśmy poszczególne zamówienia”. Lampki podbijały serca najmłodszych i ich rodziców. Liczba zamówień rosła i zaczęła obfitować w coraz to nowsze kształty i pomysły. W myśl zasady, że zrobią to, co zamarzy sobie klient.

Przy tym wszystkim Little Lights nie szukało promocji i nie przywiązywało wagi do rozreklamowania firmy. „Byliśmy, i chcę wierzyć, że nadal będziemy, małą manufakturą, która stawia na wysoką jakość i niepowtarzalny produkt ”. Co nie oznacza, że nie robili absolutnie nic. Patrycja ma doskonały zmysł estetyczny i smykałkę do fotografowania, więc robiła zdjęcia lampek i pokazywała je w mediach społecznościowych. „Szczęście nam dopisało”. Na Instagramie szybko podbiły one serca obserwatorów. Lampki zawsze pokazywane są w doskonałej scenerii, ale im nie trzeba wiele, bo nawet stojąc pojedynczo na półkach robią wrażenie. Niby mała rzecz, a cieszy oko i otula wnętrze światłem. W tym chyba tkwi tajemnica sukcesu Little Lights.

Teraz firma prosperuje tak dobrze, że fizycznie małżeństwo samo nie byłoby w stanie zrealizować wszystkich zamówień klientów. Poszczególne etapy produkcji i wykonania lampek oddali wyszkolonym przez siebie ludziom. Takim do których mają zaufanie. „Przyznam, że początkowo nie wyobrażałam sobie, aby oddać w czyjeś ręce proces wycinania kształtów. Charakteryzuje nas pewna linia, która nadaje lampkom kształt. Teraz przy tak dużej ilości zamówień musieliśmy nieco zautomatyzować proces wycinania drewna. W tym momencie robi to specjalna maszyna, która odczytując wzór w komputera robi to automatycznie. Zainwestowaliśmy w nią i to zdaje egzamin”. Pozostaje szlifowanie, malowanie i końcowe dopieszczanie wyglądu każdej lampki, która poprzez linie malowania od razu kojarzy się z nimi. Tego nie zrobi maszyna, więc znaleźli osoby, które mają podobny jak oni zmysł estetyczny. Wiedzą, co ująć, a co dodać, aby lampka końcowo zadowoliła właścicieli i klientów. Tutaj decydują detale. Jeszcze pół roku temu każda z lampek przechodziła przez ręce Patrycji, aby finalnie trafić do wysyłki. Teraz Little Lights ma pracowników, którzy dzielą idee wraz z właścicielką. To było trudne, ale udało się. „Dzięki temu od kilku miesięcy mamy zgrany zespół i możemy odetchnąć. Poświęcić więcej czasu naszym córkom oraz planom naszej firmy”.

Córki Patrycji i Krzysztofa pokochały Little Lights i bardzo identyfikują się z firmą. „Dziewczynki opowiadają wszystkim, że ich rodzice robią ekstra lampki”. Żartuję z Patrycją, że pion PR-u u nich w firmie jest chyba zbędny.

Sami przeszli wszystkie etapy pracy, więc teraz nadszedł odpowiedni czas, aby nieco odciążyć siebie samych. Dlatego Patrycja i Krzysztof zajmują się teraz logistyką, kontaktami z klientami i kontrahentami oraz planami ekspansji Little Lights na rynek amerykański. To teraz ich priorytet. Podbili już europejski, a nawet koreański. Zastanawiam się jak chcą pogodzić swoje korzenie, niewielkiej rodzinnej manufaktury z marzeniem o wypromowaniu polskiej firmy na tak chłonnym i dużym rynku jakim są USA? Na to Patrycja ma swój pomysł. „Dokładamy starań, aby powiększyć naszą produkcję, aby mieć rzeczy dostępne od ręki. Obecnie nie jest tak oczywiste i zawsze możliwe. Nasze lampki w Stanach na pewno będą pozycjonowały się ceną. Jest tam dużo produktów, z czego zdajemy sobie sprawę, ale nie wszystkie są wyjątkowe. Zależy nam, aby znaleźć się wśród tych wyselekcjonowanych rzeczy, nie na masówce. Mamy nadzieję, że nasze lampki znajdą swoich odbiorców, którzy będą w stanie zapłacić za produkt, który jest solidny, pięknie wykonany i nie jest plastikowy. Idziemy za prądem naturalnych i wyjątkowych produktów, których teraz szukają klienci”. I powiem szczerze, że ja w to wierzę. Little Lights, to obietnica, która ma swoje pokrycie w produkcie, który za nią stoi.

Produkty Little Lights dostępne są w naszym sklepie Baby by Ann. Polecamy!

Zdjęcia: Maja Cieślak