10.07.2018

Ile zabawek potrzebuje twoje dziecko?

Wieczorem, gdy dzieci już śpią, zaczynasz tradycyjny spacer po domu. Z każdego kąta wyciągasz zabawki. Są w salonie, pokoju dziecięcym, na balkonie, w korytarzu czy łazience. Nie ważne, jak duży jest twój dom. W każdym pomieszczeniu znajdą się jakieś “skarby” twoich skarbów. Ale iloma zabawkami faktycznie bawią się nasze dzieci? I czy kupując im kolejne klocki, lalki czy samochody faktycznie wspieramy ich rozwój?

Gdy byłam w ciąży, obiecywałam sobie, że moje dziecko będzie miało wyłącznie pięknie zaprojektowane, najlepiej drewniane zabawki i własnoręcznie robione przytulanki. Chyba jak każda mama. I jak każda mama, nie byłam w stanie zrealizować swoich postanowień. Przez pierwsze miesiące stan zabawkowego posiadania mojego syna był niewielki. Kilka książeczek kontrastowych, grzechotek, obowiązkowa żyrafka Sophie, szumiący miś. Bawił się, a raczej – oglądał, niektóre z nich. Ale bez większego zainteresowania. Potem okazało się, że ma problemy z rozwojem motorycznym, a ja wpadłam w panikę i paranoję jednocześnie. Wmówiłam sobie, że to na pewno dlatego, że miał zbyt mało zabawek. “Nie był odpowiednio dostymulowany,” myślałam, szukając na aukcjach kolejnych, multisensorycznych, kolorowych, plastikowych produktów prosto z Chińskiej Republiki Ludowej. Po kilku miesiącach mój syn oczywiście wyrównał swoje rozwojowe “braki” (cudzysłów celowy, bo każde dziecko rozwija się w swoim tempie, mój syn potrzebował więcej czasu, a nie, jak się okazało, większej ilości zabawek), a ja zostałam z koszmarną ilością gadżetów. Oprócz tych, które kupiłam sama, były jeszcze te, które syn dostał w prezencie czy spadku od dzieci znajomych i rodziny. Każdego wieczora, gdy młody już spał, robiłam rundę po salonie. Zbieranie zabawek zajmowało dobry kwadrans. Upychałam je kolanem w kolejnych pudłach i marzyłam, aby zostać zabawkową minimalistką. Ale czy to na pewno dobre dla dziecka?

CZTERY ZABAWKI NA CZTERY LATKA

Mam to szczęście, że mój zawód wymaga częstych rozmów z psychologami, pedagogami i innymi ekspertami zajmującymi się rozwojem młodych ludzi. Zawsze podczas spotkania podpytywałam, ile zabawek powinno mieć roczne czy dwuletnie dziecko. W tych rozmowach często padała liczba pięć. Jak to? Tylko pięć? Wierzyć mi się nie chciało. Ale szybko okazało się, że moi rozmówcy nie przesadzali. Z badań przeprowadzonych na University of Toledo w Ohio wynika, że maluchy między 18 a 30 miesiącem życia najbardziej kreatywnie i najlepiej bawią się, gdy do wyboru mają cztery zabawki. Skąd taki wniosek? Dr Carly Dauch, psycholog prowadząca badania, przyglądała się bawiącym się dwu i trzylatkom. Jedna grupa dzieci przez pół godziny miała do dyspozycji cztery zabawki, druga – 16. Zauważyła, że mniejszy wybór oznaczał, iż każdą zabawką dziecko bawiło się dłużej, oraz, co ważne — w bardziej kreatywny sposób i w dużo większym skupieniu. Małe dzieci nie potrafią zbyt długo zajmować się jednym przedmiotem. Gdy na dodatek mają ich w swoim zasięgu nadmiar, zamiast pracować nad poziomem i czasem koncentracji, “przeskakują” z jednej zabawki na drugą. W efekcie błyskawicznie się nudzą i choć otoczone są mnóstwem zabawek, nie bawią się żadną. Co więcej, nowoczesne, multisensoryczne zabawki, przyzwyczajają dzieci do bycia zabawianymi, zamiast do bawienia się. Maluchy nie wykorzystują kreatywnie posiadanych przedmiotów, ograniczając się do naciskania guzików, w celu wywołania konkretnego efektu. A przecież kreatywność najszybciej i najlepiej rozwija się w pierwszych latach życia!

OPCJA ZERO

Zaczęłam zastanawiać się, czy pójście o krok dalej i zrezygnowanie z zabawek w ogóle, a zastąpienie ich przedmiotami codziennego użytku, trochę w duchu pedagogiki Montessori, przyniosłoby jeszcze więcej korzyści. Na szczęście nie musiałam traktować mojego syna jak królika doświadczalnego. Eksperymenty przeprowadzone zostały blisko dwadzieścia lat temu w Niemczech. Ich inicjatorami byli pracownicy niemieckiej służby zdrowia, Rainer Strick i Elke Schubert, którzy pomagali dorosłym wyjść z uzależnień, a przyczyn ich chorób dopatrywali się w dzieciństwie. Wymyślili projekt “Przedszkole bez zabawek”, który zakładał, że na trzy miesiące z placówek edukacyjnych znikały absolutnie wszystkie zabawki: klocki, gry, lalki, misie, kredki, farby. Zostawały krzesła, stoły, koce i poduszki. Mało tego, dzieci miały pełną kontrolę nad tym, co robiły, dopóty, dopóki było to bezpieczne. Chodziło o to, aby dać maluchom tyle wolności, ile to możliwe. Nie podpowiadać, co mają robić, nie wyznaczać limitów czasowych czy celów. W przedsięwzięcie zaangażowało się jedno z przedszkoli w Monachium. Każdego roku dzieci na trzy miesiące żegnały się z zabawkami. Eksperyment trwał dwa lata.
Pracownicy przedszkola byli zaskoczeni, jak szybko dzieciaki adaptowały się do nowej sytuacji. Przez pierwszy dzień czy dwa były nieco speszone, ale szybko zaczynały współpracować, wymyślając coraz to nowe zabawy. Z krzeseł i koców tworzyły namioty, scenę to teatrzyku, wyimaginowany pociąg czy dżunglę. Bawiły się wspólnie, wymyślały nowe gry i scenariusze zabaw. Oczywiście, dla nauczycieli najtrudniejszym elementem był brak ingerencji. Na początku musieli niemal zmuszać się do tego, aby nie kierować podopiecznymi, nie podpowiadać, co mogą zrobić. Pod koniec eksperymentu okazało się, że dzieci udoskonaliły umiejętność pracy w grupie. Były bardziej otwarte na innych, a jednocześnie – pewne siebie. Ich kreatywność była zaskakująca, a gdy do przedszkola wróciły zabawki, maluchy potrafiły bawić się nimi uważnie, długo i na setki nowych sposobów. Co więcej, utrzymanie porządku w sali zabaw czy w domu stało się dużo łatwiejsze. Niektórzy rodzice tak bardzo cenili sobie zmiany, jakie zaszły w ich pociechach, że stanowczo ograniczyli ilość zabawek posiadanych w domu.

SZKOŁA PORZĄDKU

Niemieckie rozwiązanie wydaje mi się dość ekstremalne, choć wiem, że za minimalizmem przemawia wiele argumentów. Choćby ten o sprzątaniu. Na tym etapie za porządkowanie zabawek mojego syna odpowiadam ja i jego tata. O ile fajniej byłoby mieć do uprzątnięcia pięć czy nawet 10 gadżetów zamiast pięćdziesięciu! (Choć nie narzekam, ankiety przeprowadzone w Wielkiej Brytanii pokazują, że przeciętne dziecko na wyspach ma 237 zabawek, a korzysta zaledwie z dwunastu!) Wiem też, że mając mniej przedmiotów, bardziej dbamy o to, co jest w naszym posiadaniu. Jako dziewczynka miałam dwie lalki Barbie. Służyły mi dobre dziesięć lat, a potem, w idealnym stanie zostały przekazane młodszym kuzynkom. Gdy patrzę na tony lalek z powyrywanymi włosami, bez rąk czy nóg, z pogubionymi bądź zniszczonymi ubrankami, jakie walają się w pokojach dzisiejszych pierwszoklasistek, własnym oczom nie wierzę. “Za moich czasów…” ciśnie mi się na usta jak prawdziwej starej ciotce.

Kolejne badania pokazują, że maluchy, których pokoje nie przypominają Smyka, chętniej i częściej sięgają po książki, lepiej malują i rysują, są bardziej zaradne i mniej się kłócą. Oczywiście zakładając że zamiast zabawek rodzice nie podtykają im pod nos telefonu, tableta czy choćby pilota od telewizora. Jednak gdy obserwuję mojego rocznego syna, widzę, jak łatwo zająć go czymś kreatywnym. Od świnki Peppy woli wyciągnięte z kuchni miski i pokrywki, a zamiast wpatrywać się w telewizor, gdy starsze dzieci grają na konsoli, woli przekładać swoje sztućce z jednego kubeczka do drugiego. Wyobrażam sobie, że w przyszłości takie dzieci wychowane w minimalizmie nie dość, że chętniej się dzielą, to jeszcze potrafią znaleźć przyjemność w czynnościach innych, niż wyprawa do sklepu z zabawkami.

Dopiero czekasz na narodziny swojego dziecka? Zamiast kupować kolejne, plastikowe gadżety wielkich marek, poszukaj zabawek wielofunkcyjnych. W Polsce jest mnóstwo firm, które produkują przepiękne, wielofunkcyjne zabawki. Z łatwością znajdziesz genialne drewniane konie na biegunach czy klocki, z których można zbudować dowolną ilość zabawek. Bujaczki, które mogą zmienić się w zjeżdżalnię, drabinki, stolik do rysowania do genialny pomysł dla dzieci, które już chodzą i palą się do zdobywania kolejnych umiejętności. A na początek wystarczy ci stojak edukacyjny, kilka zawieszek do niego (takich, które potem staną się niezależnymi zabawkami), jedna czy dwie grzechotki i już!
Jeśli nie masz serca wyrzucać czy oddawać przedmiotów, na które wydałaś ciężkie pieniądze, schowaj ich znaczną część. Raz na jakiś czas rób rotację, sama lub z dzieckiem. Wybierzcie nowe zabawki, które wchodzą do użytku, “stare” odłóżcie gdzieś poza zasięg malca. Dzięki temu zamiast kupować kolejne przedmioty możesz zrobić zakupy we własnej garderobie czy piwnicy. Myślę, że zrobienie czystki w pudłach z zabawkami naszych dzieci jest jedną z najlepszych inwestycji, jakie możemy poczynić w ich dalszy rozwój. To jak, zabierasz się razem z nami za wielkie minimalizowanie?

Zdjęcia: materiały Little Leaf