16.05.2018

Zwierzęta i małe dzieci? Tak, to dobre połączenie

Rodzice małych dzieci dzielą się zazwyczaj na dwie grupy: na tych, którzy nie wyobrażają sobie życia bez zwierząt domowych i na tych, którzy ich unikają jak ognia. Bo bakterie, bo brzydki zapach sierści, bo bezpieczeństwo malucha, bo kuweta pełna zarazków. Powodów jest wiele, niestety zazwyczaj nie do końca trafionych. Psycholodzy zgodnie przyznają, że wychowywanie dzieci ze zwierzętami w domu niesie ze sobą masę pozytywnych konsekwencji. Z doświadczenia mojego i moich bliskich wiem, że jest to fakt, którego nie można podważyć.

Pamiętam, że kiedy miałam kilka lat rodzice kupili dobermana. Był wielki, czarny, wszyscy na osiedlu się go bali, a gdy wsiadaliśmy z nim do windy, ludzie zazwyczaj z niej wysiadali. Zamiast komfortowej przejażdżki na szóste piętro, woleli spocić się wbiegając z zakupami po schodach. Sąsiedzi uważali, że nasz pies był groźną, krwiożerczą bestią, która nie robi nic innego, tylko skacze ludziom do gardeł. Otóż nie, tak nie było. Nie mieli pojęcia, że za zamkniętymi drzwiami, Rufus zachowywał się jak baranek i spał z moimi rodzicami w łóżku. Na poduszce! Wszyscy mogliśmy wkładać mu ręce do pyska, grzebać w misce, gdy jadł swoje ulubione gotowane mięso z kluskami i tarmosić, bawiąc się  z nim na podłodze. Tak, to był nasz kochany doberman. Za każdym jednak razem, gdy opowiadam komuś tę historię, widzę przerażone miny, a później słyszę setki pytań w stylu: „Ojej, ale rodzice nie bali się, aby groźny pies mieszkał z dzieckiem?”, „Doberman? Przecież to pies morderca”, „Leżał w czystej pościeli?”. No tak, lubił właśnie czystą pościel.

Wiele osób, a w szczególności młodych rodziców nie chce, by ich dzieci dorastały ze zwierzętami, ponieważ w ich mniemaniu jest to mało bezpieczne i mało higieniczne. Niestety zdarza się, że ludzie pozbywają się zwierząt w momencie, gdy ich rodzina się powiększa. I nie chodzi tu wcale o alergię, która faktycznie może być ważnym argumentem w sporze o to, czy oddać czy zostawić zwierzę w domu. Nadopiekuńczy rodzice wpadają w różnego rodzaju paranoje. Zupełnie niesłusznie.

Już w latach 60. XX wieku amerykański psychiatra dziecięcy Boris Levinson zauważył, że wychowywanie się ze zwierzętami może wyrobić w dzieciach większą wrażliwość, nauczyć tolerancji, a także odpowiedzialności. Dzisiaj praktycznie wszyscy psycholodzy twierdzą, że zwierzęta w korzystny sposób stymulują fizyczną, emocjonalną, społeczną i nawet intelektualną sferę rozwoju dziecka. Działają także antystresowo, pomagają się rozluźnić.

O zbawiennym wpływie czworonogów na rozwój dzieci jest przekonana dogoterapeutka, Marta Oleszkiewicz z przedszkola Bałabajka, która prowadzi zajęcia z maluchami. „Dzieci, które mieszkają pod jednym dachem ze zwierzętami, oswajają się z nimi i uczą się odpowiedzialności, poprzez wychodzenie na spacery, karmienie, czy dawanie wody. Budują również więź przyjacielską w trakcie wspólnych zabaw. Nie ma w nich również tak dużego lęku, jak u dzieci niemających na co dzień kontaktu ze zwierzętami. Choć należy jednak pamiętać, że strach przed czworonogami i mam tu na myśli akurat psy, jest czymś naturalnym. Taki lęk pojawia się zazwyczaj między 2 a 4 rokiem życia. Później mija”. 

Badania wykazały również, że kiedy dziecko dorasta w domu ze zwierzętami, staje się śmielsze. „Zauważyłam, że dzieci otwierają się w obecności psa. Prowadzę zajęcia w przedszkolach i widzę, jak zachowują się, gdy na sali pojawia się zwierzę. Często wydają przy nim dźwięki, mówią do niego, budują zdania. W trybie codziennym bywają wycofane i nieśmiałe” – podkreśla Oleszkiewicz. 

 

Co z tą higieną?

Koronnym argumentem wielu młodych rodziców, którzy nie chcą zgodzić się na psa, kota, czy nawet chomika w domu, są kwestie związane z higieną. Boją, że zwierzęta przenoszą groźne zarazki. Owszem, jeśli trzymalibyśmy w domu brudnych, zaniedbanych i niezaszczepionych pupili to faktycznie nie byłoby to może rozsądne, aby nasz maluch wtulał się w sierść ukochanego labradora, czy wpuszczał go do łóżka. Jeśli jednak zwierzę jest czyste, odrobaczone, a my jesteśmy w stałym kontakcie z weterynarzem, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby dziecko przebywało, czy bawiło się z naszym czworonogiem. Niestety nie wszyscy tak uważają. „Niektóre dzieci nie mogą brać udziału w moich zajęciach, ponieważ rodzice boją się, że złapią od psa robaki. Jest to lęk nieuzasadniony, gdyż częściej się zdarza, że to raczej pies może coś złapać od człowieka niż na odwrót. Czysty, wykąpany czworonóg nie stanowi zagrożenia pod kątem zdrowotnym” – podkreśla dogoterapeutka.

Pediatrzy także nie widzą problemu, by trzymać zwierzęta w domu, co więcej, odradzają rodzicom utrzymywanie w mieszkaniu atmosfery sterylności. Dzieci powinny mieć kontakt z niegroźnymi drobnoustrojami, ponieważ to pobudza ich układ odpornościowy. Trudno mi się z tą teorią nie zgodzić, ponieważ sama mam w domu kota i małe dziecko. Moja córka wielokrotnie próbowała ukraść jedzenie z kociej miski i niestety czasami udawało jej się coś włożyć do buzi. Ona świetnie się bawiła, ja wręcz przeciwnie. Z perspektywy czasu jednak widzę, że nic złego jej się nie stało. Wyrosła na zdrową trzylatkę. Podobnie zresztą jak synek moich przyjaciół, który jako roczny zawadiaka, regularnie wymieniał się zabawkami z psem. Kundelek George gryzł jego pluszaki, a on jego gumowe piłki. Oczywiście nie jest to zabawa godna polecenia, jednakże muszę wspomnieć, że maluchowi nic złego się nie stało, za to kontakt z psimi bakteriami zadziałał jak prawdziwa szczepionka dla małego organizmu.

A jak jest z kotami? Wiele osób uważa, że sytuacja wygląda nieco inaczej ze względu na toksoplazmozę, którą można się od nich zarazić. To pasożytnicza choroba przenoszona często przez koty. Jeśli jednak zwierzę jest przebadane i mamy pewność, że nic mu nie dolega, to nie ma powodu, abyśmy rezygnowali z trzymania kota pod jednym dachem z naszym dzieckiem.

Najpiękniejsza lekcja empatii

To, co moim zdaniem jest jednak najważniejsze w posiadaniu zwierząt w domu to możliwość zbudowania prawdziwej więzi emocjonalnej z psem, kotem, świnką morską, czy nawet z rybką w akwarium. Dzieci stają się empatyczne, uczą się rozpoznawać emocje, a także uczą się je okazywać. Tym bardziej jest to ważne, kiedy pod naszym dachem znajdą się zwierzęta adoptowane, wymagające większej troski. Na ten temat ma wiele do powiedzenia Marta Urbańska  – młoda mama 2 – letniego Tadeusza i właścicielka pięciu psów. Jej historia porusza do łez. Razem z siostrą Olgą, która organizuje obozy kitesurfingowe na Rodos uratowała kilkanaście psów, które były tam przetrzymywane w nieludzkich warunkach. Bez jedzenia, bez wody w 40 stopniowym upale, leżały przykute łańcuchami lub zamknięte w klatkach. „Moja siostra z mężem od kilku lat organizują obozy na Rodos, gdzie spędzają kilka miesięcy w roku. Pewnego dnia usłyszała w nocy przeraźliwe wycie psów. Okazało się, że na obrzeżach miasteczka pewien Grek trzymał w skandalicznych warunkach kilkanaście wyżłów. Pomimo rozmów z nim i próśb nie chciał zmienić ich warunków życia. Postanowiłyśmy z siostrą je wykraść” – opowiedziała Marta Urbańska. Nie było to jednak proste. Najpierw udało im się zabrać 4-tygodniową suczkę, którą bez problemu można było przewieźć samolotem. Dopiero rok później Olga i Marta miały możliwość, by wrócić po resztę psów. Właściciel podejrzewał jednak, co się szykuje, więc wywiózł wyżły i nie chciał ich oddać. Zrozpaczone dziewczyny postanowiły zadziałać. „Wysłałam zdjęcia zwierząt do amerykańskiej jednostki PETA, licząc na ich pomoc. Nie spodziewałam się jednak, że ona tak szybko nadejdzie. Pracownicy organizacji zadzwonili do mnie w ciągu dwóch godzin, a później za pomocą satelity namierzyli psy. Sprawa trafiła do różnych greckich organizacji i do sądu. Właściciel psów musiał je oddać, ponieważ inaczej zapłaciłby karę w wysokości 30 tys. euro. Kilka godzin później moja siostra została sama z 11 zarobaczonymi, wychudzonymi i chorymi suczkami. Trzy z nich były w ciąży. Niestety nie udało się uratować nienarodzonych szczeniaków” – dodała Marta. Na szczęście dzięki zbiórce pieniędzy i życzliwości wielu osób dziewczyny przetransportowały psy do Polski. Nie było to proste, ponieważ ze względu na ich stan zdrowia żadne linie lotnicze nie chciały zabrać ich na pokład. Rozwiązanie było więc jedno: prom i samochód.

Dzisiaj cała 11 jest szczęśliwa.  Kilka z nich zostało z Martą, reszta znalazła nowe, wspaniałe domy. Wszystko to rozegrało się, gdy Marta była w trzecim miesiącu ciąży. „Oczywiście, że miałam wiele obaw, czy małe dziecko i psy po przejściach są dobrym połączeniem. Jednak do porodu zostało trochę czasu i udało nam się stworzyć idealne warunki zarówno dla psów, jak i mojego synka. Psy otrzymały od nas mnóstwo miłości, ale poznały też wiele zasad” – przyznała. Dzisiaj 2-letni Tadeusz uczy się jak zajmować się zwierzętami, wyprowadza psy na spacer. One z kolei nigdy nie okazały mu odrobiny agresji. Czują za to ogromną wdzięczność za to, co je spotkało. Dla małego dziecka to chyba najpiękniejsza lekcja miłości, empatii i dobroci, jaką można sobie wyobrazić. 

Zdjęcia: Jakub Urbański