03.07.2018

Zagadki dwujęzyczności

Rodzice na całym świecie marzą, by ich dzieciaki doskonale mówiły po angielsku czy w innym języku obcym. Inwestują w to czas i pieniądze. Jednak w niektórych rodzinach, zamiast inwestycji, jest codzienność. Tam, gdzie mama i tata mówią w różnych językach lub cała rodzina mieszka za granicą, o dwujęzyczność nietrudno. – A płyną z tego same plusy – przekonuje Katarzyna Czyżycka, logopeda zajmująca się dwujęzycznością i terapią dzieci dwu i wielojęzycznych. Czy są jakieś minusy? – Tylko jeden – zdradza terapeutka. Jaki?

Umówienie się na spotkanie z Katarzyną Czyżycką “w realu” graniczy z cudem. Bo choć mieszka w Polsce, zdecydowaną większość czasu spędza za granicą. Dlatego terapia, jaką prowadzi ze swoimi małymi pacjentami, jest dość nietypowa – odbywa się przez Skype. Na pierwszą wizytę należy umówić się przez Centrum Głoska – to strona poradni, którą Kasia tworzy z trzema innymi terapeutami. Razem mają pod opieką 1000 dzieciaków z całego świata. A dlaczego zajęcia online? Dlatego, że większość dzieci, z jakimi pracuje, mieszka poza Polską. W takiej sytuacji, zajęcia na odległość są jedynym rozwiązaniem. Zwłaszcza w miejscach, w których logopedów – specjalistów od dwujęzyczności jest jak na lekarstwo. Niestety, Polska jest jednym z takich miejsc, choć dzieci dwujęzycznych, choćby tych, które w domu mówią po rosyjsku lub ukraińsku, jest u nas mnóstwo!

Wydawać by się mogło, że dwujęzyczność ma same plusy. Jednak wokół tematu narosło trochę mitów, które sprawiają, że część rodziców podchodzi do tematu sceptycznie. Choćby popularna opinia, że u dzieci dwujęzycznych rozwój mowy jest opóźniony.

To nie do końca tak. Opóźniony rozwój mowy ma wiele, wiele przyczyn. Zaczynając od tych najprostszych, jak choćby to, że do dziecka nikt nie mówi, aż po najcięższe np. uszkodzenie słuchu. I mamy takiego niemówiącego dwulatka. Wychowujemy go w dwujęzyczności, więc logiczne, że część słów zna po polsku, a część po np. angielsku. I idziemy z nim do angielskiego lekarza na coś a`la bilans dwulatka. I tenże lekarz zadaje dziecku pytania, czeka na odpowiedź. I albo odpowiedzi są, ale po polsku, albo nie ma ich wcale, bo dziecko nie rozumie angielskich pytań. Wtedy lekarz stwierdza, że rozwój mowy jest opóźniony. I stąd się biorą mity. Bo przecież rozwój mówienia nie jest opóźniony. Nierozwinięty dostatecznie jest rozwój języka jako systemu. Stąd diagnoza lekarza prawie dobra (ale pamiętajmy, że „prawie robi różnicę”), tylko mało precyzyjna. Dziecko dwujęzyczne mówi w tym samym czasie co jego rówieśnicy jednojęzyczni. Ma jednak prawo mieszać języki (nawet w obrębie jednego słowa!), używać tylko jednego z nich. I to nie oznacza, że rozwój mowy jest opóźniony. Każde intencjonalne użycie przez malucha dźwięków (ale sylab lub samogłosek, nie jęków, wrzasków i płaczu) to mówienie. I takie dźwięki pojawiają się w tym samym czasie u dzieci jedno- i wielojęzycznych.

Kiedyś panowało przekonanie, że dzieci dwujęzyczne są często zagubione i nie rozróżniają języków. Nie przełączają się między nimi intencjonalnie.

Do czwartego roku życia mają prawo nie odróżniać. Choć zagubione z pewnością nie są, bo to dla nich codzienność i normalka. Prof. Langdon z San Jose Univeristy zrobiła badania, z których wynika, że po 4 roku życia dziecko powinno wiedzieć, do kogo zwracać się w jakim języku, i jak, mniej więcej, wygląda gramatyka tego języka. Ale oczywiście zdarzają się kwiatki, jak te które tworzy syn mojej koleżanki, 7-letni Max. Kiedyś powiedział mi, że w kochaniu najlepsze jest lizanie (śmiech). Już tłumaczę: Max mówi po polsku i po niemiecku. “Kochen”, po niemiecku znaczy gotować. Maksowi chodziło o oblizywanie łyżki podczas gotowania. On świetnie odróżniał systemy językowe, gramatyka była ok. Po prostu zapomniał słowa. Miał do tego prawo. Nam dorosłym, jednojęzycznym zdarza się zapomnieć. Zwłaszcza że mówił do osoby, która zna i polski, i niemiecki. Do człowieka jednojęzycznego już by tak nie powiedział. Ponadto, po 4 roku życia słowa mogą być wtrącane tak jak z tym kochaniem i gotowaniem. Ale kiedy dziecko mówi do osoby jednojęzycznej nie powinno wtrącać całych konstrukcji językowych. Więc jeśli dziecko do angielskiego tematu dodaje polską końcówkę, to znaczy, że dobrze zna system językowy, tylko zbrakło mu słówka. Wtedy trzeba dbać o leksykę. Oczywiście zdarza się, że do polskiej babci wychowywany we Francji wnuczek mówi po francusku. Najczęściej oznacza to, że tego jednego języka, tu – polskiego, jest za mało, brakuje bodźców językowych albo dziecko może być dyslektyczne. 66 proc dzieciaków, które mają problemy z rozróżnianiem języków, ma skrzyżowaną lateralizację i początki dysleksji.

Kolejny mit: dwujęzyczność można wypracować tylko do pewnego wieku. Dorosły nigdy nie zostanie native speakerem (ang. rodzimy użytkownik języka) w obcym języku.

A kto to jest native? Wolę określenie „jednojęzyczny rodzimy użytkownik języka”, bo to pewnie o niego chodzi. Moim zdaniem mówienie płynnie w języku obcym, a bycie rodzimym użytkownikiem języka, to dwie różne kwestie. Tym drugim jesteś wtedy, gdy dany język i kulturę przejmujesz od innego rodzimego…. Nie da się być takowym bez kultury. Więc dziecko Polaków wychowane w Anglii może być rodzimym w obu językach. Zaś dwujęzyczność można wypracować w każdym wieku. Oczywiście w dzieciństwie jest łatwiej. Ale jeśli piętnastolatek jedzie z rodzicami do obcego kraju, np. do Niemiec, to też ma szansę opanować język do perfekcji.

To do kiedy najłatwiej nauczyć dziecko języka?

7 lat to ta kluczowa granica. Mózg jest najbardziej plastyczny do 3 roku życia, a do 7 to okres krytyczny na mowę. Jeśli dziecko ma wyrastać w dwóch językach, to dobrze je wprowadzić do 7 roku życia. Ale nie przesadzajmy z ilością! Francois Gorsjean, francuski badacz, udowodnił, że żeby dziecko nauczyło się danego języka, musi “w nim” spędzać 33 proc. czasu. Więc kłania się matematyka. Więcej niż trzech języków naraz nie da się nauczyć. Jak zacznie w jednym mówić, to można wprowadzić czwarty. Można też oczywiście zrobić poliglotę z piętnastolatka, jeśli będzie chciał i miał motywację. U maluchów jest łatwiej, bo chcą być takie jak mama, która do tego siódmego roku życia jest wyrocznią. Potem znowu staje się nią po trzydziestce (śmiech).

Na początku mówiłaś o różnicy między mówieniem a językiem. Jak zatem wygląda kwestia zasobu słownictwa u dwujęzycznych dzieci?

Zasób się dzieli. Słownictwo mamy od kogoś, nie ze słownika. Więc w zależności od tego, z kim i o czym dziecko rozmawia, w takim języku będzie poznawało daną terminologię. Mowa tutaj o polach semantycznych. W zależności od tego od kogo to pole semantyczne dziecko pozyskuje (np. mama rozmawia z malcem o zwierzakach i sztuce po polsku, a tata o motoryzacji i kosmosie po angielsku), to w tym języku będzie dane rzeczy opisywać. To wszystko jest bardzo logiczne!

A ile tych słów powinien znać dwulatek?

Całkiem sporo. Była taka akcja, “Dwa słowa na dwa lata to za mało”, w której uczestniczyłam. I tam była mowa o tym, że dziecko dwuletnie powinno mówić 272 słowa. Oczywiście u dwujęzycznych dzieci sumuje się ilość słów z obu języków. I pamiętajmy, że te 272 to jednak symbol. Słów może u dwulatka być i 100, ale jeśli ich z każdym dniem przybywa to .. trzeba się cieszyć, zwracać uwagę, ale prawdopodobnie wszystko jest ok.

W praktyce chyba największym problemem jest ustalenie, w jakim języku mówić do dziecka. W domu jednym, poza domem w innym? Z mamą w jej języku, z tatą w jego?

To zależy od rodziny. Ja jestem za tym, żeby być konsekwentnym. Ułatwioną sytuację mają rodzice mówiący tym samym językiem. Zatem Polacy w Anglii mówią do dziecka po polsku, bo tego angielskiego dookoła jest tak dużo, że o ten język martwić się nie trzeba. Rodzice dwujęzyczni, na początku powinni mówić w swoich językach. Potem język mniejszościowy, trzeba bardziej wspierać. Przykład: Hiszpanka i Polak mieszkają w Warszawie. Na początku oboje mówią do dziecka w swoich językach. Z czasem okazuje się, że dziecko gorzej radzi sobie z hiszpańskim. Jeśli tata mówi do dobrze w tym języku, to może przełączyć się na komunikację z dzieckiem po hiszpańsku, żeby rozwój obu języków był mniej więcej symetryczny, bo język polski dziecko złapie z otoczenia. Jeśli natomiast tata mówi po hiszpańsku słabo lub bardzo ten język kaleczy, niech trzyma się polskiego, aby dziecko nie osłuchiwało się z błędnymi wzorcami. Są badania, które mówią, że jeśli mama i tata mówią w różnych językach, a do tego mieszkają w kraju, w którym mówi się w trzecim języku, to dziecko tej pary najsłabiej będzie znało język taty. Bo ojcowie mówią najmniej, choćby dlatego, że panowie są mniej gadatliwi. Dlatego ja polecam, żeby tata zawsze mówił w swoim języku.

A jak wygląda kwestia nauki czytania?

Tutaj musimy zacząć od teorii. Każdy z nas ma cztery rodzaje słuchu. Słuch fizjologiczny, muzyczny (mają wszyscy, niektórzy na bardzo niewielkim poziomie), fonetyczny i słuch fonemowy, który pozwala odróżnić od siebie głoski, które różnią się tylko jedną cechą np. s od c, b od p – ten słuch pozwala nam odróżnić słowa bułka i półka. U dzieciaków jednojęzycznych, wg profesora Racławskiego z Uniwersytetu Gdańskiego, ten słuch rozwija się do 7 roku życia. U dwujęzycznych, do dziesiątego. Wiec takie dziecko, kiedy uczy się czytania, widzi literkę “b”, ale ono ma prawo nie słyszeć, czy to jest “b” czy “p” bo ten słuch jeszcze nie jest rozwinięty. Więc co robimy? Uczymy czytać sylabowo. Bo “ba” jest łatwiej odróżnić od “pa”. Przykład: dwujęzyczne dziecko z zaburzonym słuchem fonemowym czyta słowo lampa. Literuje: ly-a-my-p-a. Wychodzi mu “lyampa”, “lijampa”, czy coś takiego. Lampa za boga nie wyjdzie. Ale jeśli będziemy czytać sylabami wyjdzie “lam-pa”! Dlatego dzieci dwujęzyczne powinny być uczone czytania, w językach fleksyjnych, metodą sylabową. Po angielsku niech się uczy globalnie. Bo “cat” zawsze będzie “cat”. A po polsku mamy: kot, kota, kotu, kotem, kocie. Bo rzeczowniki odmieniamy przez przypadki. Jeśli dziecko będzie łączyło razem literki, to zamiast kotem wyjdzie “ky-o-ty-em”. Metoda sylabowa pozwala słuchowi dojrzeć, a jednocześnie – możemy uczyć dziecko czytać. Bo przecież nie będziemy czekać do 10 roku życia. W ten sposób możemy zacząć już u czterolatków, jeśli dziecko wykazuje zainteresowanie czytaniem, lub są ku temu przesłanki. A przesłanki są wtedy, gdy dziecko nie mówi, bo uczymy je mówić przez czytanie, albo kiedy ma dysleksję. Bo dzięki temu dajemy dziecku lepszy start. Ma 7 lat, idzie do szkoły i już startuje z poziomu dziecka czytającego, więc nie pozwalamy na wejście frustracji. Bo jeśli ono ma lat 7 i nie umie czytać i zostaje daleko w tyle za rówieśnikami, to następuje całkowita demotywacja.

A jeśli nie ma dysleksji, ale jest dwujęzyczne?

Ja jestem zawsze za tym, żeby nauka czytania w języku mniejszościowym obywała się jako pierwsza, jeszcze przed szkołą. A potem w szkole niech idzie razem z dziećmi większościowym. Jeśli mamy siedmiolatka, który nauczy się w szkole czytać po polsku, bez dysleksji, etc. to jako ośmiolatek wychodzi z pierwszej klasy i płynnie czyta teksty w stylu: Tu jest Staś. Staś lubi jeździć na rowerze. Ala i Staś chodzą do szkoły. I nagle wprowadzamy mu czytanie po angielsku, gdzie ono musi czytać, że Ala ma Asa, no to czuje się … niefajnie. Jeśli wprowadzimy angielski wcześniej, to po roku płynnie czyta po angielsku, a idąc do szkoły, uczy się polskiego razem z rówieśnikami, tak jak uczą się wszyscy. Nie ma tej frustracji, która u dzieci dwujęzycznych jest ogromnym czynnikiem demotywującym.

Jak poprawiać dzieci, żeby nie było frustracji?

Nie poprawiać, nie zmuszać do mówienia “poprawnie”. Gdy dzieciak woła: “Mamo, zobacz jaki koteł!” odpowiadamy: “Tak kochanie, śliczny kotek”. To się nazywa parafraza i jest najskuteczniejsza. Nie robimy: – Powiedz “kot”, powiedz “kot”. Już trzy latki budują sobie reguły językowe. Dlatego mają prawo powiedzieć, że nie ma piesa. Bo przecież nie ma buta, nie ma krzesła, etc. Dodają prawidłową końcówkę to rdzenia, który wydaje im się prawidłowy. To jest normalne i świadczy o prawidłowym rozwoju dziecka.

Przechlapane mają te polskojęzyczne dzieci. To strasznie trudny język.

No trudny, ale jak się nauczą polskiego, to łatwiej jest zrozumieć reguły językowe, które rządzą np. niemieckim. Jak uczyłam w polskim gimnazjum w Niemczech i dzieciaki czytały Tolkiena, to mówiły, że wolą czytać po polsku. Bo gdy jest wartka akcja opisana tymi niemieckimi zlepkami z kilku sylab, które mają kilkanaście liter, to nie przystaje do tego, co się czyta. Dla dzieci dwujęzyczność to ogromna wartość. Wybierają, w jakim języku chcą czytać, oglądać filmy, etc. Są badania, które mówią, że dzieci dwujęzyczne mają większe szanse, by być kreatywne, mają lepszy słuch muzyczny, mają inne możliwości poznawcze — wzrokowe. Odsuwają sobie Alzheimera o pięć lat. Tych plusów jest mnóstwo. Minus – tylko jeden. Jeśli dziecko nie zaczyna mówić w takim wieku, jak powinno, to często zrzuca się to na bark dwujęzyczności.

Zdjęcia: Getty Images