18.11.2018

Wywiadówka: Omena Mensah

Umawiamy się w siedzibie jej Fundacji. Tam jeszcze wyraźniej widać, że Omena jest wyjątkowo silną babką. Niezależną i pewną siebie. Ona doskonale wie, czego chce. Na taką samą kobietę chce wychować swoją 16-letnią córkę, Vanessę. I doskonale wie, jak to zrobić. Ta twardzielka jednak też mięknie. Wtedy, kiedy opowiada o Vincencie, swoim rocznym synku. I kiedy, jako jedyna moja bohaterka – a „Wywiadówek” zrobiłam już 25 – szczerze mówi o tym, że bardzo chce być babcią.

 16 lat temu po raz pierwszy zostałaś mamą. Pamiętasz te trudne momenty, czy to się zapomina?

Ja pamiętam. Miałam niespełna 23 lata, byłam na 5. roku studiów, studiów wymagających: to był Uniwersytet Ekonomiczny w Poznaniu, pisałam pracę magisterką, kupiłam klub z dyskoteką, gdzie musiałam pilnować ludzi, żeby nie oszukiwali na barze, byłam w związku, który zmierzał ku końcowi i miałam malutkie dziecko…Rozstałam się z tatą Vanesski i wiedziałam, że muszę się tak zorganizować, żeby zdołać wychowywać córeczkę w pojedynkę, opiekować się nią, zagwarantować jej dobre wykształcenie. To był bardzo trudny czas, zwłaszcza pierwsze pół roku. Byłam ambitna, chciałam ukończyć studia, chciałam się rozwijać, być samodzielna, sama zarabiać pieniądze i wszystko to pogodzić z macierzyństwem. Wiedziałam, że muszę liczyć na siebie, bo na ekspartnera nie bardzo mogłam. Wszystko było na moich barkach. Trudno jest być młodą, samotną matką. Wiem też, jakie to cudownie, kiedy ma się pewne rzeczy poukładane, tak jak mam dzisiaj i jaką ogromną, niczym niezmąconą radość można czerpać z bycia mamą.

Co dawało Ci radość w tamtym okresie?

Najwspanialsze było to, że Vanessa była moim kompanem we wszystkim, taką wybrałam drogę. Podjęłam decyzję, że chcę, żeby była blisko mnie, żeby uczestniczyła w moich aktywnościach zawodowych, była w nie zaangażowana, nie chciałam jej zabierać swojego czasu, wolałam więc, żeby mi towarzyszyła. Dzięki temu byłyśmy razem częściej. Przez chwilę mieszkałyśmy u mojej mamy, potem przeprowadziłyśmy się do Warszawy, gdzie zaczęłam pracę w telewizji. Vanessa miała 3 latka jak pojechałyśmy razem na pierwszą relację pogodową. Ona była zachwycona. Potem wypytywała mnie, kiedy jedziemy znowu. Później prowadziłyśmy razem program kulinarny. Zawsze byłam tą jedyną niezmienną w jej życiu; nieważne, czy byłam bardziej czy mniej zajęta, zawsze byłam.

Wychowywałaś ją sama, nie wpadłaś w taką pułapkę, że chciałaś jej dać więcej, podwójnie, przez co dostawała za dużo?

Tak. I długo za to płaciłam. Jak się dziecku daje różne rzeczy, to ono nie wie, że czegoś nie ma, że na coś może zabraknąć, że życie bywa trudniejsze. Rok temu Vanessa błagała mnie, że chce pojechać na wolontariat do Afryki do ośrodka, któremu pomagamy, gdzie budujemy szkołę. Po pół roku jęczenia, pozwoliłam jej, tłumacząc, że to nie jest hotel 5-cio gwiazdkowy, tam się pracuje. Zabrała swoich przyjaciół ze szkoły i polecieli. Wróciła odmieniona, zupełnie inna, szczęśliwa. Zrozumiała, dlaczego ważna jest praca dla kobiety, samorealizacja. Ona dla tych dzieci była ważna, była ich nauczycielką, rozmawiała z nimi, pomagała, uczyła ich, bawiła się z nimi. Wróciła taka… potrzebna. Przez miesiąc nie było między nami żadnych kłótni i awantur (śmiech).

O co się kłócicie?

Obie jesteśmy silnymi znakami zodiaku: ja jestem Lwem, ona to zodiakalny byk, więc w domu są różne tarcia o wpływy. Jednak rządzić muszę ja, bo ja jestem mamą. Staram się to robić mądrze. Uważam, że dziewczynka musi mieć obowiązki i powinności w domu, a ja jako mama muszę wymagać i je egzekwować. Ona ma coś zrobić i odkłada to w czasie o godzinę, dwie, trzy… co mnie wtedy denerwuje. Na tym polu najczęściej są sprzeczki.

Co jest dla Ciebie najważniejsze w wychowaniu Vanessy?

Zawsze wychowywałam ją tak, żeby była samodzielna, niczego za nią nie robiłam, mobilizowałam ją. Sport też ją wychowuje – Vanessa trenuje piłkę ręczną – to uczy pracy zespołowej, a ją – upartego byka – uczy jeszcze więcej. Kiedyś np. zupełnie nie umiała przegrywać, dziś już potrafi, wie, że w życiu czasem trzeba kilka razy przegrać, żeby potem wygrać coś naprawdę cennego. Chciałabym, żeby Vanessa była niezależna, żeby potrafiła sama na siebie zarobić i czerpać z tego satysfakcję. To jest ważne dla kobiety. Chcę, żeby była szczęśliwa, żeby decydowała o tym, co sprawia jej przyjemność. I żeby w przyszłości chciała mieć dzieci, bo ja bardzo chciałabym być babcią, chcę mieć dużo wnuków.

Jaka jest Vanessa?

Jak była mniejsza, prowadziła taki zeszyt-zestawienie, jak często w danym dniu się przytulałyśmy. Jeżeli norma – 30 razy – nie została wyrobiona, to była bardzo niezadowolona. Dziś jest nastolatką i to są rzadkie chwile, kiedy chce się przytulać (śmiech). Ma 16 lat i wyfruwa z domu: znajomi, koncerty, zainteresowania…Chce iść na medycynę, ma też artystyczne pasje, pięknie fotografuje, interesuje się modą vintage. Jest ciekawa świata.

Co ma z Ciebie?

Myślę, że gdyby mnie i ją wyrzucić na bezludnej wyspie i kazać nam dostać się do cywilizacji, obie byśmy sobie poradziły, obie mamy instynkt przetrwania. Jak widzę, jak się uczy: planuje, rozpisuje wszystko na kartkach, to widzę siebie. Vanessa bardzo ceni sobie towarzystwo, znajomych, otwartość na świat i inność. Myśli nie zawsze sztampowo, jest tolerancyjna i nie boi się wyzwań. Uwielbia podróże, poznawanie nowych ludzi. No i jest moją kopią, tylko z zielonymi oczami.

Vanessa zawsze chciała mieć rodzeństwo, namawiała Cię do tego.

To prawda. My się nawet o to założyłyśmy! To było kilka lat temu, powiedziała mi: Mamo, obiecałaś mi, że będę miała rodzeństwo, ale coś nie dotrzymujesz słowa! I dała mi deadline, stawką był telefon czy komputer, już nie pamiętam. Jak poznałam mojego partnera Rafała, od razu wiedziałam, że chcę mieć z nim dziecko. Kiedy jej powiedziałam, że jestem w ciąży, bardzo się ucieszyła, po czym dodała: Ale wiesz, że przegrałaś zakład? Spóźniłam się jakieś pół roku (śmiech). Miałam 38 lat, jak urodziłam Vincenta, między Vanessą a nim jest 15 lat różnicy. Ale od początku mieli świetne relacje, Vincent jest w siostrze zakochany. Jak on na nią patrzy, jak ją podziwia! Uwielbia też wchodzić do jej pokoju, gdzie wchodzić nie może, ale tym bardziej to jest dla niego kuszące. Pokój Vanessy to dla niego raj (śmiech).

Vincent ma rok, tym razem zupełnie inaczej pokierowałaś swoim macierzyństwem: nie było i nie ma Was w mediach. Nikt nawet nie wiedział o tym, że jesteś w ciąży.

Z Vanessą byłyśmy na świeczniku, ale z Vincentem mając już tyle lat i przede wszystkim zupełnie inną sytuację, mogąc sobie na to pozwolić, zdecydowałam, że poprowadzę to inaczej. Chciałam zostawić to dla nas, dla naszej rodziny. Udało mi się zrobić wszystko dokładnie tak, jak sobie wymarzyłam, z niemal chirurgiczną precyzją. Nie musiałam na ciąży zarabiać, więc się nie afiszowałam. Zrezygnowałam z części mojego życia zawodowego na rzecz tego małego człowieka, ale ja nie zrobiłam tego tylko dla niego, zrobiłam to również dla siebie. Wcześniej nigdy nie mogłam sobie na to pozwolić. Byłam młodą mamą, musiałam ciężko pracować, zaczęłam pracę w telewizji, a na początku tej pracy to nie jest tak, że się zarabia nie wiadomo, ile. Żadna kobieta, która nie musiała przez jakąś część swojej drogi zawodowej iść sama z dzieckiem, nigdy tego nie zrozumie.

Im jesteśmy starsze, tym nasze każde kolejne macierzyństwo jest bardziej świadome. Jak zaszłaś w ciążę z Vincentem nie miałaś żadnych lęków?

Jestem optymistką, nie myślałam o złych rzeczach. Wiedziałam, że tego chcę, przygotowałam się, ale też starałam się nie być za bardzo na tym skupiona, bo wiedziałam, że jak się za bardzo chce, to nie wychodzi. I jakoś szybko się udało. Zrobiłam od razu badania z krwi i po miesiącu wszystko wiedziałam, łącznie z tym, jaka będzie płeć. Byłam najszczęśliwszą kobietą na świecie, jak dowiedziałam się, że to będzie chłopiec.

Jak wyglądały Wasze pierwsze wspólne momenty?

Krzyczałam do Rafała: Pilnuj go, żeby nam go nie podmienili (śmiech). A potem pomyślałam sobie, że oto moje życie znowu się zmieniło.

Ty też jesteś inna?                                                   

Tak, mam w sobie więcej spokoju i radości. Na co dzień, w pracy jestem pragmatyczna, merytoryczna, ważny jest dla mnie cel, a przy Vincencie patrzę na proste, małe, zwykłe rzeczy, które mnie cieszą: jego codzienny, poranny uśmiech, wspólne wygłupy, ściganie się na czworaka albo to, jak przychodzę po niego do żłobka i on jest taki szczęśliwy, że jestem! Z każdego miesiąca z nim będę coś pamiętać. Jestem starsza i miałam czas, żeby to wszystko zauważyć. Dałam sobie rok bycia z nim i tutaj wielkie dziękuję dla mojego ukochanego, gdyby nie on, nie mogłabym sobie na to pozwolić: przez rok się cieszyć, rok to czuć. Każda chwila była ważna. To był jeden z najszczęśliwszych roków w moim życiu, super czas, pełen szczęścia, równowagi, totalnego spełnienia, radości, ogromnej dozy miłości. Jak patrzę z perspektywy, jak ciężko mi było jak Vanessa była mała…Tego porównać się nie da, to jest zupełnie inna jakość. Ale gdybym wtedy miała tak, jak mam dziś, na pewno nie byłabym w miejscu, w którym jestem.

Inaczej kocha się syna i córkę? To jest inna miłość?

Coś w tym jest. Vanessa jest córeczką mamusi, Vincent, coś mi mówi, że będzie synkiem tatusia, Rafał zwariował na jego punkcie. Vincent to jego miniaturka, jego kopia. Ma nawet taki grymas brwią jak on. Lekarz nam powiedział, że dawno takiego podobieństwa nie widział. Jest biały jak ściana, raczej już nie ściemnieje (śmiech), ma blond włosy, jasne oczy. Nie wygląda jak moje dziecko. Śmieję się, że pewnie mnie biorą za jego nianię. Zobacz, to jest on.

Omena wyciąga telefon ze zdjęciami synka.

I on cały czas jest taki uśmiechnięty, to jest taki mały mężczyzna.

Faktycznie, on nie jest bobasem, to jest facecik. Boski!

Macie wspólny front wychowania dzieci z Twoim partnerem?

Na tyle jesteśmy świadomi i tak cieszymy się ze wspólnego życia, że mamy nawet spisany ten front. Fundamentalne kwestie określiliśmy. A więc: każdy w naszej rodzinie jest suwerenną jednostką, szanujemy swoje uczucia w sensie religijnym, poglądowym, niczego sobie nie narzucamy, ważna jest też dla nas prawda. Mamy założenia dotyczące wykształcenia dzieci, uczymy je, że edukacja jest ważna, że trzeba pomagać innym, sami też udzielamy się charytatywnie. Po to są rodzice, żeby wychowywali, wskazywali, zwracali uwagę, żeby jako starsi i mądrzejsi zarządzali swoimi dziećmi. Wydaje mi się, że rozsądnie je wychowujemy: są ustalone zasady i obowiązki. Żeby zadowolić dziecko w Europie, wystarczy coś mu kupić, żeby je uszczęśliwić, to trzeba góry przenosić. Dziecku w Afryce wystarczy drobiazg, mały gest. To jest ta różnica. Będąc bogatą w te doświadczenia, mam nadzieję, że będę sprawiedliwą i mądrą mamą dla Vincenta.

Twój największy sukces macierzyński?        

Z Vincentem ostatnim sukcesem jest to, że zrobiliśmy 4 kroczki i to, że jest pogodnym człowiekiem, który budzi się niemal każdego dnia z uśmiechem, zazwyczaj ma świetny humor. Ja jestem szczęśliwa i to się chyba też przekłada na dziecko. A jeżeli chodzi o Vanessę: to jej otwartość, przebojowość i ciekawość świata, to moja duma, bardzo to cenię.

Chciałabyś mieć więcej dzieci?

Na dziś tak, jak jest, jest dobrze, ale nigdy nie mówię nigdy.

Zdjęcia: Aneta Zamielska