20.01.2019

Wywiadówka: Olivier Janiak

Olivier podczas naszej rozmowy jest spokojny, nawet jak porusza tematy, które ze spokojem nie mają nic wspólnego. Jest spokojny i opanowany, bo doświadczony i to potrójnie – jest ojcem trzech synów. Mam wrażenie, że nic w rodzicielstwie nie jest go w stanie zaskoczyć, z drugiej strony widzę, że ojcostwo traktuje jak przygodę, nie mogąc doczekać się niespodzianek. Oto dojrzały ojciec.

Jak zareagowałeś, kiedy dowiedziałeś się po raz pierwszy, że zostaniesz tatą?

Nikt nie jest gotowy na rodzicielstwo. Bez względu na to, co wiesz o sobie samym, o życiu, dziecko rewolucjonizuje wszystko. Możesz to sobie zaplanować, poukładać, przygotować odpowiednio wcześniej wyprawkę czy pokoik, ale na tę bombę emocjonalną nie sposób być gotowym. Pamiętam, jak Malina powiedziała mi, że jest w ciąży: zbiegła po schodach w naszym mieszkaniu, pokazała mi test i się rozpłakała. Szczęśliwie zostaliśmy rodzicami wtedy, kiedy zaczęliśmy o tym myśleć na poważnie. To było po 6 latach naszego związku i to był dobry moment, bo nacieszyliśmy się sobą i chcieliśmy poczuć coś …inaczej. Ja miałem wtedy 36 lat, byłem dojrzałym facetem, który zwyczajnie już się wyszalał. Mój znajomy mówi, że na dzieci nigdy nie ma dobrego momentu, ale też nigdy nie jest za wcześnie. Zgadzam się. Dziecko pokazuje, że cała reszta jest bez znaczenia. 

Pamiętasz poród Fryderyka?

Fryderyk był ciążą zagrożoną. Malina przez miesiąc przed porodem leżała w szpitalu. To był trudny czas. Byłem posłańcem, gońcem, pielęgniarką, a czasem chłopcem do bicia (śmiech). Fryderyk był wcześniakiem, przyszedł na świat przez cesarskie cięcie. Naczytałem się w rodzicielskiej prasie, że – kiedy dostajesz dziecko po raz pierwszy na ręce – to jest ten moment, kiedy po prostu rozpływasz się, od razu kochasz, chcesz dziecku wszystko ofiarować. A ja? Byłem bezradny, nie wiedziałem, co robić, jak się zachować. Moja żona leżała z rozprutym brzuchem na haju po jakimś leku, a ja nie wiedziałem, czy mam syna trzymać na rękach, przytulać czy pozwolić mu spać… Czułem odpowiedzialność, że muszę wspierać swoją kobietę, a dziecku zapewnić to, co jest mu potrzebne. Potrzebowałem czasu, żeby nauczyć się relacji dziecko-rodzic. A uczyłem się długo później: każdą przebraną pieluchą, każdą umorusaną buźką, ubrudzoną ścianą, podłogą, uwalonym wszystkim, każdą nieprzespaną nocą. A potem: pierwszym uśmiechem, pierwszym krokiem i słowem. Jeżeli facet chce mieć dom, który działa jak należy, musi kobiecie pomagać, uzupełniać ją, wyręczać. Pamiętam, jak spędzałem z Fryderykiem pierwsze wieczory: kiedy zasypiał, trzymałem go za rękę, jak tylko ją puściłem, zaczynał ryczeć. Leżałem na podłodze obok jego łóżeczka, ściskając jego rękę. Czasem trwało to naprawdę długo. Często zasypialiśmy obaj. Ja na tej podłodze z jego rączką w mojej dłoni. Czasem trzeba mu było śpiewać, piosenkę „Ach śpij kochanie” śpiewałem chyba milion razy. Zasypiał. Czyli początki łatwe nie były?

Nie. Ale nie można być przerażonym. Najważniejsze to zaufać intuicji, być otwartym. Teraz mogę się mądrować, bo jestem ojcem razy 3 (śmiech). Ale powiem Ci, że faktycznie już nie pamiętam paniki, nieprzespanych nocy, tego nasłuchiwania, czy dziecko oddycha… O tym całym hardcorze się zapomina. Po czasie nie wspominasz tego jako traumy, ale jako lekcję. Prawda jest taka, że te pierwsze parę miesięcy to był koszmar, chodziliśmy na rzęsach! Malina w kiepskim stanie i ten dźwięk laktatora, który opanował dom…To nie jest trudne tylko dla kobiety, dla drugiej strony również. To w ogóle jest rozwalenie pewnej relacji, bliskości, erotyki. Masz taki czas rozemłania wszystkiego, bałaganu w domu. No nie może być inaczej. Ważne jest, żeby na tym etapie być razem, wspierać się. 

Jak pierwszy syn zmienił Ciebie?

Stałem się bardziej zdyscyplinowany, chciałem jak najszybciej wracać do domu, przestałem chodzić na imprezy dla przyjemności, chodziłem na nie tylko do pracy. Dzieci zmieniają wszystko: nie ma nic piękniejszego, ale też nic trudniejszego, nie ma nic bardziej wzruszającego ani bardziej wkurzającego. Są momenty, że mimo, iż mam ponad 40 lat i jakieś doświadczenie życiowe, to i tak jestem bez szans, synowie nie chcą ze mną negocjować. 5 latek pyta mnie: Dlaczego Ty mówisz mi, co mam robić? Ja wiem, czego chcę. A kiedy jest to 9-latek, to brakuje Ci argumentów… Ja – jak mój tata, którego uważałem za zrzędę – mówię synowi: Uważaj! kiedy zbiega ze schodów, ciągnąc za sobą jakąś płachtę. Nie chcę być jak mój ojciec, a jestem. Często też jestem bezradny, nie wiem, co robić i drę ryja na potęgę.

Kiedy?

Każdego ranka. Mówię młodemu człowiekowi – pomagając mu we wszystkim: budząc go, robiąc mu kanapkę – że musi wstać, że to jest jego obowiązek, a on na to, że nie, że on chce spać. Mówię mu 8 razy, żeby zabrał śniadanie, żeby wziął ze sobą wodę i wracamy się 3 razy, bo okazuje się, że czegoś zapomniał i wtedy mam ochotę go udusić i jedyne, co mogę zrobić, to krzyknąć. Ja nie boję się o tym mówić. Wiele osób koloryzuje rodzicielstwo: jak to pięknie być ojcem czy matką! Nie. To jest masakryczne, gigantyczne wyzwanie i jeśli rodzice będą otwarcie o tym mówić, to może będą w stanie sobie pomóc? Ja nigdy nie powiem, że to nie jest piękne, ale zawsze pamiętam o tej drugiej stronie: że bywa też upiornie trudno. Każdy rodzic, który mówi inaczej, nie mówi prawdy, albo koloryzuje.

Jak Wasze relacje z Karoliną zmieniły się po pierwszym dziecku?

Nic nie łączy bardziej niż dziecko. Pamiętam taki moment, jak jechaliśmy już z trójką dzieci i próbowaliśmy je uspokoić, na wszystkie możliwe sposoby, włączając w to śpiewanie piosenek. Po godzinie poprosiliśmy o chwilę ciszy, bo byliśmy wykończeni, ciszy jak na lekarstwo. Przeżyliśmy etap bezradności, rozgoryczenia i wreszcie nastąpiło katharsis, ale najgorsze było za nami, bo chłopcy zasnęli. Pamiętam, jak Malina chwyciła mnie za rękę i powiedziała: Wiesz, co jest najpiękniejsze? Że nie jestem w tym sama, że jesteś obok, że jesteśmy w tym razem. Bo my razem cieszymy się z tych fajnych momentów, których jest całe mnóstwo i razem jesteśmy w tych trudnych, bez względu na wszystko. Dzieci, wspólne starania, wspólna troska związały nas w niezwykły sposób: na zawsze.

Dwa lata po Fryderyku pojawił się Christian…

Niecałe dwa lata: 18 miesięcy, czyli jak Fryderyk miał 9 miesięcy, Karolina już była w drugiej ciąży.

Nie było przerażenia?

Pamiętam, że byłem na Festiwalu Filmowym w Gdyni, jak Karolina do mnie zadzwoniła. Najpierw się śmiałem, bo myślałem, że to żart: przecież jeszcze nie wyszliśmy z pieluch Fryderykowych. Wiedzieliśmy już, że dziecko nie tak łatwo uszkodzić, nauczyliśmy się jego obsługi, przestaliśmy panikować, byliśmy bez lęku, spokojni, ale informacja, że pojawi się kolejne brzmiała jak prawdziwe wyzwanie. Zacząłem się zastanawiać, co z tym wszystkim będzie. To było przerażenie. Potem poszedłem się upić. Z radości. Z drugim dzieckiem było łatwiej. Zawsze mówię, że drugie dziecko to już jest jakieś plus 50 % zadań więcej. Nowość, obawa, lęki – tego nie ma, jest automatyzm. Z perspektywy czasu stwierdzam, że najtrudniejsze jest trzecie dziecko.

Dlaczego?

To jest już plus 150% obowiązków. Między drugim synem, Christianem a trzecim, Julkiem jest 22 miesiące różnicy. Jak Julek się urodził, Fryderyk miał 4 lata, a Christian – 2, mieliśmy więc do czynienia z totalnym sajgonem. Bez pomocy innych, ukochanych babć, Kasi i Irenki – prababci nie dalibyśmy rady, brakowało nam po prostu rąk. Ja trzymam Julka, Malina zajmuje się Christianem, a wtedy Fryderyk biegnie na koniec świata. To było ciężkie. Chociaż wiesz, mnie dziś bardziej jako ojca, ale też jako dziennikarza, interesuje ta dalsza perspektywa, co będzie za lat kilka? Mówi się: małe dzieci mały problem, duże dzieci – duży. Jak Ci 5-latek wraca z informacją w notatniku, że dziś kopnął panią woźną, opluł swoją Panią, a średni wbił kredkę komuś w rękę w szkole, to wyzwania zaczynają mieć inny kaliber. Potem 9-letni syn pyta Cię, co to jest stosunek płciowy albo jak ma rozumieć słowo seks i zabawa w rodzicielstwo zaczyna się naprawdę. Rozmawiamy szczerze, staramy się być naturalni, nikt się na szybko nie ubiera pod prysznicem, nie zakrywa ręcznikiem, kiedy dziecko wchodzi niespodziewanie do łazienki. W bardzo naturalny sposób to wszystko przebiega. Najtrudniejsze jednak są rozmowy o śmierci, kiedy np. odchodzi ukochana babcia. Albo te dotyczące poglądów na świat. Jak to zrobić, jak rozmawiać, żeby tych dzieci nie skrzywdzić, nie uszkodzić, nie ograniczyć i sprawić, żeby wyrośli na fajnych ludzi?

Właśnie: co jest u was podstawą wychowania?

Przestałem się łudzić, że ja mam jakikolwiek na to wpływ. Mogę proponować im jakieś ramy, ale to tyle. Najważniejsze jest, jakimi facetami oni zechcą być.  Nie jesteś w stanie ulepić swoich dzieci. Nie chcę, nie mam prawa. Ale przede wszystkim możliwości. Spędzamy z nimi godzinę po wstaniu i jakieś dwie, trzy godziny wieczorem. Do 15.00 czy 16.00 oni są w szkole, pod wpływem zupełnie innych ludzi, nauczycieli i najważniejszych w procesie edukacji – rówieśników. Mamy z nimi weekendy, wakacje. Ale oni są zupełnie innymi dziećmi, kiedy nas nie ma. Bardzo chcemy, żeby siebie nawzajem w rodzinie jako bracia szanowali. Dbamy o ich bezpieczeństwo, uczymy zaradności, ale pozwalamy też popełniać błędy.

Co chłopaki mają z Ciebie?

Fryderyk ma dużo moich cech: lubi się stroić, ma Jackson’owy klimat i artystyczne, sceniczne zacięcie: pięknie śpiewa. Często też gada sam do siebie, mam tak samo. Christian jest bardzo opiekuńczy – troszczy się o innych i stwarza taką atmosferę, że ludzie dobrze się czują w jego towarzystwie. A Julek to jest człowiek demolka. Ja też potrafię taki być, choć nie w tak konkretny sposób (śmiech). On jest cesarzem rzeczywistości, determinuje nasze życie zupełnie, ustawia sobie dwóch starszych braci, po prostu rządzi. Mając obok siebie 4 dorosłych ludzi: mnie, Malinę, szwagra i babcię mówi, wskazując palcem na jednego z nas: Dzisiaj usypiasz mnie Ty. Kiedy słyszy: A magiczne słowo? Odpowiada: Natychmiast.

Jakie relacje chłopcy mają między sobą?

Oni nigdy się nie pobili. Każdy z nich przytulał się do młodszego braciszka. Ostatnio się kłócą, bo każdy walczy o swoją przestrzeń, a Christian nigdy nie odpuszcza. To jest syndrom środkowego dziecka: on zawsze był pomiędzy, nigdy nie był oczkiem w głowie, więc walczy o swoją pozycję, o miłość, o to, żeby być najważniejszym, to jest podświadome. Jakie relacje Ty masz z nimi?

Ja się uczę odpuszczać, ale traktuje też moich synów jak kumpli, od których mogę oczekiwać. Bardzo pomaga czas spędzany tylko razem: rowery, kino, wspólne granie na playstation, oglądanie filmów czy futbolu. Zaczęliśmy też chodzić razem na tenisa. Julian ma 5 lat, Christian – 7, a Fryderyk – 9 lat. Mając 9 lat, ma 1,60 cm, to jest mały facet. Jego stopa jeszcze niedawno mieściła się w mojej dłoni, dziś ma rozmiar prawie taki jak moja. To jest niewiarygodne! Ojcostwo to dla mnie cały czas odkrywanie. Najtrudniejsze i najpiękniejsza jest to, że ono nigdy się nie kończy. Ja zawsze o tych małych chłopców będę się martwił, nawet wtedy, jak oni już będą wielkimi chłopami.

Olivier, Ty jesteś męski krawiec, miałeś kiedyś tęsknotę za córką?

Przy trzecim dziecku jedno z pierwszych badań pokazało, że to będzie córka. Cieszyliśmy się,bo to jednak różnorodność emocji i doświadczeń. Pamiętam też, jak lekarz zapewnił nas później, że to jednak będzie chłopiec: Malina się popłakała… Oboje twierdziliśmy, że fajnie byłoby mieć córkę, ale ona – kobieta, pewnie mocniej tego pragnęła. Kiedy płakała w samochodzie, chciałem z nią o tym porozmawiać. Powiedziała, że chce wysiąść i przespacerować się do domu. Poradziła sobie z tym bardzo szybko. Ja się nie nastawiałem, nie miało to dla mnie znaczeniu, chciałem tylko, żeby dziecko było zdrowe. Jak znajomi dowiadywali się, że będziemy mieli trzeciego chłopaka, to prawie nam kondolencje składali (śmiech). Ale my się już nie zastanawiamy, jakby to było, gdybyśmy mieli dziewczynkę. 

Nie będziecie mieli więcej dzieci?

Po trzech cesarkach to już jest problem. Poza tym ja też nie mogę oczekiwać od mojej żony, że ona cały czas będzie rodzić dzieci. Ona też ma prawo do własnego życia. Teraz po 9 latach zaczęła studia psychologiczne, wreszcie może zrobić coś dla siebie.  My faceci, nawet jeśli bardzo staramy się być równoprawnymi rodzicami, to co by się nie działo, bez matki ani rusz. A jeśli macierzyństwo multiplikuje ci się razy 3? Zawsze będę wdzięczny Karolinie, że 7 lat swojego życia zawodowego, osobistego rozwoju poświęciła na to, żeby nasze dzieci miały najlepiej. Dziś jest taki moment, że chłopcy idą do szkoły, a ona może zacząć żyć choć odrobinę własnym życiem. Ma szansę i prawo mieć moment dla siebie, a matką nie przestanie być ani na chwilę.

Jakimi jesteście rodzicami?

Staramy się być wrażliwi. Mamy swoje pokłady obowiązków i lenistwa, walczymy ze swoim ego. Ja lubię z chłopcami spędzać czas wieczorami, lubię kłaść ich spać, lubię te wieczorne rytuały: pomagam młodszym się kąpać, usypiam ich, czytam książki, rozmawiamy. Każdy z trzech pokoi muszę odwiedzić, spędzić w nim ileś czasu. Nieważne, o której wrócę z podróży, pracy czy imprezy, zawsze jest rytuał odwiedzenia ich, poprawienia kołdry, przewrócenia na zimną stronę. Sam nie położę się do łóżka, dopóki tego nie zrobię, uwielbiam to. Jestem ojcem, który – jak każdy inny – stara się być coraz lepszy. Ćwiczę swoją cierpliwość i jestem pod ręką. Oni wiedzą, że zawsze mogą zadzwonić, co by się nie działo. Zawsze odbieram.

Kiedy Cię wzruszają?

Wtedy, kiedy nawet po jakiejś burzy emocjonalnej, przychodzą i się przytulają. Lubię też, kiedy przychodzą do nas rano w leniwą sobotę czy niedzielę: wtedy nigdzie się nie musimy śpieszyć i po prostu się wygłupiamy. Kiedy są dumni z siebie, kiedy sami pokazują, że coś im się udało, kiedy troszczą się o siebie nawzajem, kiedy myślą o drugim człowieku – to są wzruszające momenty. 

Czym jest dla Ciebie bycie tatą?

Każda odsłona – ta pierwsza, druga i trzecia – była inna, bo każdy z naszych synów to indywidualność, za każdym razem dostaliśmy do opieki inny pakiet emocjonalny, ale ten wulkan energii, który buzował w naszą stronę. W rodzicielstwie wielokrotnym radość z bycia ojcem multiplikuje się. Mam nadzieję, że ona będzie towarzyszyć mi do końca życia. Moja potęga i szczęście bycia rodzicem jest podniesiona do potęgi trzeciej i za to dziękuje opatrzności i mojej żonie. Jedyne, o co mi chodzi, to żebym nauczył tych moich chłopaków, żeby umieli być szczęśliwi. To będzie dla mnie powód do ojcowskiej dumy: kiedy pomogę im nauczyć się żyć tak, że będą spełnionymi, szczęśliwymi ludźmi. Marzę, żeby wiedzieli, jaki jest ich potencjał. I chcę być zawsze wtedy, kiedy będą mnie potrzebować. Rodzicielstwo jest niezwykłe, bo to jest najlepsza lekcja, jaką mogłem odbyć, praca nad sobą, żeby być najlepszym partnerem dla moich dzieci, nauka pokory, cierpliwości, dystansu. W rodzicielstwie nie należy bać się niepowodzeń, ani przyznania, że jesteś bezradny, ani tego, że chce Ci się krzyczeć, czy że przeklniesz. To jest normalne. Nie można odpuścić tej lekcji. Jeśli zrozumiesz, że to Cię może rozwinąć, że możesz się tym bawić, że to jest eksperyment na tobie samym, na twojej wrażliwości i tym samym super przygoda, to wtedy rodzicielstwo przestanie Cię przerażać.

Zdjęcia: Aneta Zamielska